Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie1 paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.
– No, a teraz którędy? – spytał paź, biegnący przodem, zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze krzyżowały.
– Prosto przed się, paniczku – odpowiedział parobek – dopiero na drugim zakręcie obrócimy2 się na lewo, potem przyjdą trzy schodki na dół, znowuj3 prosto, potem pięć schodków do góry, jeszcze raz na lewo, no i już.
– Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny zgubić może w onym4 labiryncie… – zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.
– Ino5 łaska boska, że smoka nie masz6! – dodał krępy rudawy blondynek, rzucając czapką na najbliższego kolegę.
– Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! – zaśmiał się tamten, odrzucając czapkę dalej.
– Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?
– Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie7, że ściany mają uszy!
– Ostroróg własnego cienia się boi!
– Nie boję się niczego! – krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.