– Hanuś! Gdzie ty znów latasz? Czerwonaś jak ćwik, tchu złapać nie możesz, co się to ma znaczyć?
– Stryj kanonik1 do nas idą, matusiu – odrzekła dziesięcioletnia dzieweczka.
– Który?
– Stryj Daniel.
– Gdzieżeś go uwidziała? Wżdy nie ma nikogo.
– Zbiegłam ze schodów na sam dół za Mruczkiem, bo ino drzwi do komory uchyliliście, już się wymknęło kocisko.
– Jużci, taki on skory do myszy, jako ty do kądzieli. Ale powiadaj, jakożeś nadybała kanonika?
– Właśnie na dole, w sieni. Ino ja letka jak wiórek, tom duchem śmigała na górę, a stryjek wloką się pomaluśku. Poczekacie jeszcze ze trzy pacierze, zanim do drzwi zapukają.
– Sprawiedliwie gadają stryj Mikołaj, że Daniel cienki w pasie jak kazalnica u Panny Maryi… hi! hi! hi! – zaśmiał się brat Hanusi.
– Stanko, Stanko… Jeszcze jedno takie słowo, a powiem dziadkowi. Znać, żeś dawno bicia nie brał.