(Studium – powiastka)
Bobo jest już stare: ma dwa dolne i cztery górne zęby, waży dwadzieścia trzy funty i jest zdaniem matki najmądrzejszym z bobów całego świata. Ojciec twierdzi, że bobo jest głupie jak but.
Matka jest tak dumna, jak gdyby bobo było jej własnym, nikomu uprzednio nieznanym wynalazkiem, który należy opatentować, opatrzyć numerem i oddać dla dalszej eksploatacji amerykańskiemu konsorcjum kapitalistów. Miewały wprawdzie kobiety bobów; ale to jest zupełnie inne, znakomicie ulepszone, nie dające się naśladować i niepodobne do żadnego z istniejących bobów świata…
Bobo siedzi na kolanach ojca, ciągnie go za brodę, stara się pochwycić czytaną przez niego gazetę.
– Nie przeszkadzaj – mruczy ojciec, zmiatając bobowe ręce z gazety.
Bobo przechyla głowę i przygląda się ojcu ciekawie:
– Dobry cień nieruchomo pochylony nad plamą koloru mleka – co robi dobry cień?
Bobo się dziwi szeroko otwartymi oczami, lekko uchylonymi ustami i powolnym, zrównoważonym oddechem.
– Powiedz mi bobo – zapytuje wreszcie ojciec, odkładając gazetę – jaki jest twój pogląd na dzisiejszy układ stosunków politycznych?
Bobo pociąga za sznurek ojcowskich binokli1 i odpowiedziawszy: „grr… mff… waua” – podskakuje z wielkiej uciechy.
– Ach bobo, bobo – mówi ojciec z żalem – ty o polityce nie masz najmniejszego wyobrażenia.
Bobo zaś, ściągnąwszy binokle, podnosi do góry rękę, i mówi tonem zdobywcy:
– O-o-o-o!
A matka zwraca się do ojca:
– Rzućże ten wstrętny papieros, bo dziecko poparzysz.
– Ach bobo, bobo – ciągnie gorzko ojciec – ty jesteś wielki, wielki cymbał.
Tu bobo zaczęło mruczeć i przeszło z rąk ojca do matki.
– Biedny bobuś – żali sią matka – od cymbałów mu wymyślają, ubliżają bobasiowi, znieważają; nikt bobasia nie szanuje.
Bobo nos kułakiem2 wyciera.
– Biedny bobaś, nosek go swędzi. Tata w nos nadymił. Powiedz: „be tata” – pogroź mu na nosku.
Tu bobo mruknęło po raz drugi, tym razem już energiczniej – i matka wybiegła z nim śpiesznie do sąsiedniego pokoju.
Tak, tak – bobo jest stare.
Małe bobo o sześciu zębach i dwudziestu trzech funtach3 wagi przeżyło już tak wiele, że przeszłość jego może stanowić temat do wielotomowej powieści.
Wielotomowej powieści o bobie nikt nie chciałby czytać. Niechby nie czytali? Ale powieści też nikt nie chciałby drukować.
Postanowiłem o bobie napisać tylko powiastkę.
Przyćmij4 lampę i czytaj powoli cichym szeptem – bo mówić będę o tajemniczym i dziwów pełnym przedhistorycznym prastarym okresie życia bobowego.
Tak było już. Tak było, gdy Bóg dzielił światło od ciemności i zawieszał gwiazdy, każdą na swym miejscu i wiązał je niewidzialnymi nićmi wzajemnego ciążenia. Tak było, gdy światy rodziły się z chaosu.
Jeszcze się światy nie rodziły; istniała dopiero myśl ich stworzenia, czy też – myśli nawet nie było.
Błąkały się barwy i dźwięki, siły cieniami się ledwie znaczyły i dymem nikłym snuły uczucia, bezładnie pomieszane i rozproszone. A każdy ich okruch, krzyżując się, a obojętnie mijając z podobnym lub obcym sobie, żył sam dla siebie.
Nie, nie żył jeszcze, bo nie było życia, nie błąkał się, bo ruchu nie było. Toż nie było jeszcze przestrzeni ani czasu. Chwila równała się stuleciom, kilometr kurczył się, rozpadał, rozrastał w kilometrów setki i tysiące.