Krzyżacy, tom drugi
Henryk Sienkiewicz


Ciesz się klasyką! Miłego czytania!





Henryk Sienkiewicz

Krzyżacy Tom drugi











Rozdział pierwszy


Jurand, znalazłszy się na podwórzu zamkowym, nie wiedział zrazu[1 - zrazu (daw.) – z początku. [przypis edytorski]], dokąd iść, gdyż knecht[2 - knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]], który go przeprowadził przez bramę, opuścił go i udał się ku stajniom. Przy blankach[3 - blanki – zwieńczenie muru obronnego. [przypis edytorski]] stali wprawdzie żołdacy, to pojedynczo, to po kilku razem, ale twarze ich były tak zuchwałe, a spojrzenia tak szydercze, iż łatwo było rycerzowi odgadnąć, że mu drogi nie wskażą, a jeżeli na pytanie odpowiedzą, to chyba grubiaństwem lub zniewagą. Niektórzy śmieli się, pokazując go sobie palcami; inni poczęli nań znów miotać śniegiem, tak samo jak dnia wczorajszego. Lecz on, spostrzegłszy drzwi większe od innych, nad którymi wykuty był w kamieniu Chrystus na krzyżu, udał się ku nim w mniemaniu, że jeśli komtur i starszyzna znajdują się w innej części zamku lub w innych izbach, to go ktoś przecie musi z błędnej drogi nawrócić.

I tak się stało. W chwili gdy Jurand zbliżył się do owych drzwi, obie ich połowy otworzyły się nagle i stanął przed nimi młodzianek z wygoloną głową[4 - wygolona głowa – mowa o tzw. tonsurze; tonsura, stosowana od roku 633 do 1972, była kręgiem wygolonym na głowie zakonnika, oznaczającym jego przynależność do stanu duchownego. [przypis edytorski]] jak klerycy, ale przybrany w suknię[5 - suknia – szata, ubiór. [przypis edytorski]] świecką, i zapytał:

– Wyście, panie, Jurand ze Spychowa?

– Jam jest.

– Pobożny komtur[6 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] rozkazał mi prowadzić was. Pójdźcie za mną.

I począł go wieść przez sklepioną wielką sień ku schodom. Przy schodach jednak zatrzymał się i obrzuciwszy Juranda oczyma, znów spytał:

– Broni zaś nie macie przy sobie żadnej? Kazano mi was obszukać.

Jurand podniósł do góry oba ramiona, tak aby przewodnik mógł dobrze obejrzeć całą jego postać, i odpowiedział:

– Wczoraj oddałem wszystko.

Wówczas przewodnik zniżył głos i rzekł prawie szeptem:

– Tedy strzeżcie się gniewem wybuchnąć, boście pod mocą i przemocą.

– Aleć i pod wolą boską – odpowiedział Jurand.

I to rzekłszy, spojrzał uważnie na przewodnika, a spostrzegłszy w jego twarzy coś w rodzaju politowania i współczucia rzekł:

– Uczciwość patrzy ci z oczu, pachołku. Odpowieszże mi szczerze na to, o co spytam?

– Śpieszcie się, panie – rzekł przewodnik.

– Oddadzą dziecko za mnie?

A młodzieniec podniósł brwi ze zdziwieniem:

– To wasze dziecko tu jest?

– Córka.

– Owa panna w wieży przy bramie?

– Tak jest. Przyrzekli ją odesłać, jeśli im się sam oddam.

Przewodnik poruszył ręką na znak, że nic nie wie, ale twarz jego wyrażała niepokój i zwątpienie.

A Jurand spytał jeszcze:

– Prawda-li, że strzegą jej Szomberg[7 - Szomberg – nazwisko to, jako zabójcy dzieci księcia Witolda, pojawia się w tekstach pisarza i historyka Karola Szajnochy (1818-1868). [przypis edytorski]] i Markwart[8 - Markwart von Salzbach – komtur krzyżacki, ścięty przez wielkiego księcia Witolda po bitwie pod Grunwaldem, ponoć za krzywdę wyrządzoną Birucie. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Markwart von Salzbach był wieloletnim doradcą Witolda i współuczestnikiem bitwy nad Worsklą. [przypis edytorski]]?

– Nie ma tych braci w zamku. Odbierzcie ją jednak, panie, nim starosta Danveld ozdrowieje.

Usłyszawszy to, Jurand zadrżał, ale nie było już czasu pytać o nic więcej, gdyż doszli do sali na piętrze, w której Jurand miał stanąć przed obliczem starosty szczytnieńskiego. Pachołek, otworzywszy drzwi, cofnął się na powrót ku schodom.

Rycerz ze Spychowa wszedł i znalazł się w obszernej komnacie, bardzo ciemnej, gdyż szklane, oprawne w ołów gomółki przepuszczały niewiele światła, a przy tym dzień był zimowy, chmurny. W drugim końcu komnaty palił się wprawdzie na wielkim kominie ogień, ale źle wysuszone kłody mało dawały płomienia. Dopiero po niejakim czasie, gdy oczy Juranda oswoiły się ze zmrokiem, dostrzegł w głębi stół i siedzących za nim rycerzy, a dalej za ich plecami całą gromadę zbrojnych giermków i równie zbrojnych knechtów, między którymi błazen zamkowy trzymał na łańcuchu oswojonego niedźwiedzia.

Jurand potykał się niegdyś z Danveldem, po czym widział go dwukrotnie na dworze księcia mazowieckiego jako posła, ale od tych terminów[9 - terminy (daw.) – wydarzenia, zwł. niepomyślne. [przypis edytorski]] upłynęło kilka lat; poznał go jednak pomimo mroku natychmiast i po otyłości, i po twarzy, a wreszcie po tym, że siedział za stołem w pośrodku, w poręczastym krześle, mając rękę ujętą w drewniane łupki[10 - łupki – odłupane kawałki drewna, często wykorzystywane jako prowizoryczne usztywnienie złamanej kończyny. [przypis edytorski]], opartą na poręczy. Po prawej jego stronie siedział stary Zygfryd de Löwe z Insburka, nieubłagany wróg polskiego plemienia w ogóle, a Juranda ze Spychowa w szczególności; po lewej młodsi bracia Gotfryd i Rotgier. Danveld zaprosił ich umyślnie, aby patrzyli na jego tryumf nad groźnym wrogiem, a zarazem nacieszyli się owocami zdrady, którą na współkę[11 - na współkę – dziś popr. wspólnie bądź na spółkę. [przypis edytorski]] uknuli i do której wykonania dopomogli. Siedzieli więc teraz wygodnie, przybrani w miękkie, z ciemnego sukna szaty, z lekkimi mieczami przy boku – radośni, pewni siebie, spoglądając na Juranda z pychą i z taką niezmierną pogardą, którą mieli zawsze w sercach dla słabszych i zwyciężonych.

Długi czas trwało milczenie, albowiem pragnęli się nasycić widokiem męża, którego przedtem po prostu się bali, a który teraz stał przed nimi ze spuszczoną na piersi głową, przybrany w zgrzebny[12 - zgrzebny – utkany z grubego, szorstkiego płótna. [przypis edytorski]] wór pokutniczy, z powrozem u szyi, na którym wisiała pochwa miecza.

Chcieli też widocznie, by jak największa liczba ludzi widziała jego upokorzenie, gdyż przez boczne drzwi, prowadzące do innych izb, wchodził, kto chciał, i sala zapełniła się niemal do połowy zbrojnymi mężami. Wszyscy patrzyli z niezmierną ciekawością na Juranda, rozmawiając głośno i czyniąc nad nim uwagi. On zaś widząc ich, nabrał właśnie otuchy, albowiem myślał w duszy: „Gdyby Danveld nie chciał dotrzymać tego, co obiecywał, nie wzywałby tylu świadków”.

Tymczasem Danveld skinął ręką i uciszył rozmowy, po czym dał znak jednemu z giermków, ów zaś zbliżył się do Juranda i chwyciwszy dłonią za powróz otaczający jego szyję, przyciągnął go o kilka kroków bliżej do stołu.

A Danveld spojrzał z tryumfem po obecnych i rzekł:

– Patrzcie, jako moc Zakonu zwycięża złość i pychę.

– Daj tak Bóg zawsze! – odpowiedzieli obecni.

Nastała znów chwila milczenia, po której Danveld zwrócił się do jeńca:

– Kąsałeś Zakon jako pies zapieniony[13 - zapieniony – piana toczona z pyska psa jest objawem wścieklizny. [przypis edytorski]], przeto[14 - przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]] Bóg sprawił, że jako pies stoisz przed nami, z powrozem na szyi, wyglądając łaski i zmiłowania.

– Nie równaj mnie z psem, komturze – odrzekł Jurand – bo czci ujmujesz tym, którzy potykali się ze mną i z mojej ręki polegli.

Na te słowa szmer powstał między zbrojnymi Niemcami: nie wiadomo było, czy rozgniewała ich śmiałość odpowiedzi, czy uderzyła jej słuszność.

Lecz komtur nie był rad z takiego obrotu rozmowy, więc rzekł:

– Patrzcie, oto tu jeszcze pluje nam w oczy hardością i pychą!

A Jurand wyciągnął w górę dłonie jak człowiek, który niebiosa wzywa na świadki, i odrzekł kiwając głową:

– Bóg widzi, że moja hardość została za bramą tutejszą. Bóg widzi i będzie sądził, czy hańbiąc mój stan rycerski, nie pohańbiliście się i sami. Jedna jest cześć rycerska, którą każdy, kto opasan, szanować winien.

Danveld zmarszczył brwi, ale w tej chwili błazen zamkowy począł brząkać łańcuchem, na którym trzymał niedźwiadka, i wołał:

– Kazanie! kazanie! przyjechał kaznodzieja z Mazowsza! Słuchajcie! Kazanie!

Po czym zwrócił się do Danvelda:

– Panie! – rzekł – graf[15 - graf – tytuł szlachecki w dawnych Niemczech i w krajach od nich zależnych. [przypis edytorski]] Rosenheim, gdy go dzwonnik za wcześnie na kazanie dzwonieniem rozbudził, kazał mu zjeść sznur dzwonniczy od węzła do węzła; ma i ów kaznodzieja powróz na szyi – każcie mu go zjeść, nim kazania dokończy.

I to rzekłszy, począł patrzeć na komtura nieco niespokojnie, nie był bowiem pewien, czy ów roześmieje się, czy każe go za niewczesne odezwanie się wysmagać. Lecz bracia zakonni, gładcy, układni, a nawet i pokorni, gdy nie poczuwali się w sile, nie znali natomiast żadnej miary wobec zwyciężonych; więc Danveld nie tylko skinął głową skomorochowi[16 - skomorocha – wędrowny śpiewak a. aktor, zwł. słowiański. [przypis edytorski]] na znak, że na urągowisko pozwala, lecz i sam wybuchnął grubiaństwem tak niesłychanym, że na twarzach kilku młodszych giermków odbiło się zdumienie.

– Nie narzekaj, żeć pohańbiono – rzekł – bo choćbym cię psiarczykiem uczynił, lepszy psiarczyk zakonny niż wasz rycerz!

A ośmielony błazen począł krzyczeć:

– Przynieś zgrzebło, wyczesz mi niedźwiedzia, a on ci wzajem kudły łapą wyczesze!

Na to tu i owdzie ozwały się śmiechy, jakiś głos zawołał spoza pleców braci zakonnych:

– Latem będziesz trzcinę na jeziorze kosił!

– I raki na ścierwo łowił! – zawołał inny. Trzeci zaś dodał:

– A teraz pocznij wrony od wisielców odganiać! Nie zbraknieć tu roboty.

Tak to oni szydzili ze strasznego im niegdyś Juranda. Powoli wesołość ogarnęła zgromadzenie. Niektórzy, wyszedłszy zza stołu, poczęli zbliżać się do jeńca, opatrywać go z bliska i mówić: „Toć jest ów dzik ze Spychowa, któremu nasz komtur kły powybijał; pianę pewnie ma w pysku; rad by kogo ciął, ale nie może!” Danveld i inni bracia zakonni, którzy chcieli z początku dać posłuchaniu jakiś uroczysty pozór sądu, widząc, że rzecz obróciła się inaczej, popodnosili się także z ław i pomieszali się z tymi, którzy zbliżyli się ku Jurandowi.

Nie był wprawdzie z tego rad[17 - rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]] stary Zygfryd z Insburka, ale sam komtur mu rzekł: „Rozmarszczcie się, będzie jeszcze większa uciecha!” I poczęli także oglądać Juranda, gdyż to była sposobność rzadka, albowiem który z rycerzy lub knechtów widział go przedtem tak blisko, ten zwykle zamykał oczy potem na wieki. Więc niektórzy mówili także: „Pleczysty[18 - pleczysty (daw.) – o szerokich plecach, silny. [przypis edytorski]] jest, chociaż ma kożuch pod worem; można by go grochowinami[19 - grochowiny (daw.) – słoma z wymłóconego grochu. [przypis edytorski]] owinąć i po jarmarkach prowadzać…” Inni zaś jęli[20 - jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] wołać o piwo, aby dzień stał im się jeszcze weselszy.

Jakoż po chwili zadzwoniły kopiaste dzbańce, a ciemna sala wypełniła się zapachem spadającej spod pokryw piany. Rozweselony komtur rzekł: „Tak właśnie dobrze, niech nie myśli, że jego pohańbienie wielka rzecz!” Więc znowu zbliżali się do niego i trącając go pod brodę konwiami, mówili: „Rad byś pił, mazurski ryju!” – a niektórzy, ulewając na dłonie, chlustali mu w oczy, on zaś stał między nimi, zahukany, zelżony, aż wreszcie ruszył ku staremu Zygfrydowi i widocznie czując, że nie wytrzyma już długo, począł krzyczeć tak głośno, aby zagłuszyć gwar panujący w sali:

– Na mękę Zbawiciela i duszne zbawienie, oddajcie mi dziecko, jakoście obiecali!

I chciał chwycić prawą dłoń starego komtura, lecz ów odsunął się szybko i rzekł:

– Z dala, niewolniku! czego chcesz?

– Wypuściłem z jeństwa Bergowa i przyszedłem sam, boście obiecali, że za to oddacie mi dziecko, które się tu znajduje.

– Kto ci obiecywał? – spytał Danveld.

– W sumieniu i wierze ty, komturze!

– Świadków nie znajdziesz, ale za nic świadkowie, gdy chodzi o cześć i słowo.

– Na twoją cześć! na cześć Zakonu! – zawołał Jurand.

– Tedy[21 - tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]] córka będzie ci oddana! – odpowiedział Danveld.

Po czym zwrócił się do obecnych i rzekł:

– Wszystko, co go tu spotkało – niewinna to igraszka, nie w miarę jego występków i zbrodni. Ale żeśmy przyrzekli wrócić mu córkę, jeśli się stawi i upokorzy przed nami, tedy wiedzcie, że słowo Krzyżaka ma być jako słowo Boże niewzruszonym i że ową dziewkę, którąśmy rozbójnikom odjęli, darujem teraz wolnością, a po przykładnej pokucie za grzechy przeciw Zakonowi i jemu do domu wrócić dozwolimy.

Zdziwiła niektórych taka mowa, gdyż znając Danvelda i jego dawne do Juranda urazy, nie spodziewali się po nim tej uczciwości. Więc stary Zygfryd, a z nim razem Rotgier i brat Gotfryd spoglądali na niego, podnosząc ze zdumienia brwi i marszcząc czoła, ów jednakże udał, że tych pytających spojrzeń nie widzi, i rzekł:

– Córkę ci pod strażą odeślem, ty zaś tu ostaniesz, póki straż nasza bezpiecznie nie wróci i póki okupu nie zapłacisz.

Jurand sam był nieco zdumiony, albowiem już był stracił nadzieję, by nawet dla Danusi ofiara jego mogła się na coś przydać, więc spojrzał na Danvelda prawie z wdzięcznością i odpowiedział:

– Bóg ci zapłać, komturze!

– Poznaj rycerzy Chrystusa – rzekł Danveld.

A na to Jurand:

– Jużci z niego wszelkie miłosierdzie! Ale żem też dziecka kęs czasu[22 - kęs czasu (daw.) – długo. [przypis edytorski]] nie oglądał, pozwólże mi dziewkę obaczyć i pobłogosławić.

– Ba, i nie inaczej jak wobec nas wszystkich, aby zaś byli świadkowie naszej wiary i łaski.

To rzekłszy, kazał przybocznemu giermkowi sprowadzić Danusię, sam zaś zbliżył się do von Löwego, Rotgiera i Gotfryda, którzy otoczywszy go, poczęli szybką i żywą rozmowę.

– Nie przeciwię się, lubo[23 - lubo (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]] nie takiś miał zamiar – mówił stary Zygfryd.

A gorący, słynny z męstwa i okrucieństwa Rotgier mówił:

– Jak to? nie tylko dziewkę, ale i tego diabelskiego psa wypuścisz, aby znów kąsał?

– Nie tak ci jeszcze będzie kąsał! – zawołał Gotfryd.

– Ba!… zapłaci okup! – odparł niedbale Danveld.

– Choćby wszystko oddał, w rok dwa razy tyle złupi.

– Nie przeciwię się co do dziewki – powtórzył Zygfryd – ale na tego wilka nieraz jeszcze owieczki zakonne zapłaczą.

– A nasze słowo? – spytał uśmiechając się Danveld.

– Inaczej mówiłeś…

Danveld wzruszył ramionami.

– Mało wam było uciechy? – spytał. – Chcecie więcej?

Inni zaś otoczyli znów Juranda i w poczuciu chwały, która z uczciwego postępku Danvelda spadła na wszystkich ludzi zakonnych, poczęli mu się chełpić do oczu:

– A co, łamignacie! – mówił kapitan zamkowych łuczników – nie tak by postąpili twoi pogańscy bracia z chrześcijańskim naszym rycerzem!

– Krew zaś naszą toś pijał?

– A my ci za kamień chlebem…

Ale Jurand nie uważał już ni na pychę, ni na pogardę, która była w ich słowach: serce miał wezbrane a rzęsy wilgotne. Myślał, że oto za chwilę zobaczy Danusię i że zobaczy ją istotnie z ich łaski, więc spoglądał na mówiących prawie ze skruchą i wreszcie odrzekł:

– Prawda! prawda! bywałem wam ciężki, ale… nie zdradliwy.

Wtem w drugim końcu sali jakiś głos krzyknął nagle: „Wiodą dziewkę!” – i naraz w całej sali uczyniło się milczenie. Żołnierze rozstąpili się na obie strony, gdyż jakkolwiek żaden z nich nie widział dotąd Jurandówny, a większa ich część z powodu tajemniczości, którą Danveld otaczał swe uczynki, nie wiedziała nawet nic o jej pobycie w zamku, jednakże ci, którzy wiedzieli, zdążyli już teraz szepnąć innym o przecudnej jej urodzie. Wszystkie więc oczy skierowały się z nadzwyczajną ciekawością na drzwi, przez które miała się ukazać.

Tymczasem naprzód ukazał się giermek, za nim znana wszystkim służka zakonna, ta sama, która jeździła do leśnego dworca, za nią zaś weszła przybrana biało dziewczyna, z rozpuszczonymi włosami przewiązanymi wstążką na czole.

I nagle w całej sali rozległ się na kształt grzmotu jeden ogromny wybuch śmiechu. Jurand, który w pierwszej chwili skoczył był ku córce, cofnął się nagle i stał blady jak płótno, spoglądając ze zdumieniem na spiczastą głowę, na sine usta i na nieprzytomne oczy niedojdy[24 - niedojda – tu: niedorozwinięta. [przypis edytorski]], którą mu oddawano jako Danusię.

– To nie moja córka! – rzekł trwożnym głosem.

– Nie twoja córka? – zawołał Danveld. – Na świętego Liboriusza z Padebornu! To albośmy nie twoją zbójom odbili, albo ci ją jakiś czarownik zmienił, bo innej nie masz[25 - nie masz (daw.) – nie ma. [przypis edytorski]] w Szczytnie.

Stary Zygfryd, Rotgier i Gotfryd zamienili z sobą szybkie spojrzenia, pełne największego podziwu nad przebiegłością Danvelda, ale żaden z nich nie miał czasu odezwać się, gdyż Jurand począł wołać okropnym głosem:

– Jest! jest w Szczytnie! Słyszałem, jako śpiewała, słyszałem głos mojego dziecka!

Na to Danveld obrócił się do zebranych i rzekł spokojnie a dobitnie:

– Biorę was tu obecnych na świadków, a szczególnie ciebie, Zygfrydzie z Insburka, i was, pobożni bracia, Rotgierze i Gotfrydzie, że wedle słowa i uczynionej obietnicy oddaję tę dziewkę, o której pobici przez nas zbójcy powiadali, jako jest córką Juranda ze Spychowa. Jeśli zaś nią nie jest – nie nasza w tym wina, ale raczej wola Pana naszego, który w ten sposób chciał wydać Juranda w nasze ręce.

Zygfryd i dwaj młodsi bracia skłonili głowy na znak, że słyszą i będą w potrzebie świadczyli. Potem znów zmienili szybkie spojrzenia – gdyż było to więcej, niż sami mogli się spodziewać: schwytać Juranda, nie oddać mu córki, a jednak pozornie dotrzymać obietnicy, któż inny by to potrafił!

Lecz Jurand rzucił się na kolana i począł zaklinać Danvelda na wszystkie relikwie w Malborgu, a potem na prochy i głowy rodziców, by oddał mu prawdziwe jego dziecko i nie postępował jako oszust i zdrajca łamiący przysięgi i obietnice. W głosie jego tyle było rozpaczy i prawdy, że niektórzy poczęli się domyślać podstępu, innym zaś przychodziło na myśl, że może naprawdę jaki czarownik odmienił postać dziewczyny.

– Bóg patrzy na twoją zdradę! – wołał Jurand. – Na rany Zbawiciela! na godzinę śmierci twojej, oddaj mi dziecko!

I wstawszy z klęczek, szedł zgięty we dwoje ku Danveldowi, jakby chciał mu objąć kolana, i oczy błyszczały mu prawie szaleństwem, a głos łamał mu się na przemian bólem, trwogą, rozpaczą i groźbą. Danveld zaś, słysząc wobec wszystkich zarzuty zdrady i oszustwa, począł parskać nozdrzami, wreszcie gniew buchnął mu na twarz jak płomień, więc chcąc do reszty zdeptać nieszczęśnika, posunął się również ku niemu i pochyliwszy się do jego ucha, szepnął przez zaciśnięte zęby:

– Jeślić ją oddam – to z moim bękartem[26 - bękart – dziecko poczęte poza małżeństwem. [przypis edytorski]]…

Lecz w tej samej chwili Jurand ryknął jak buhaj[27 - buhaj – byk. [przypis edytorski]]: obie jego dłonie chwyciły Danvelda i podniosły go w górę. W sali rozległ się przeraźliwy krzyk: „Oszczędź!!” – po czym ciało komtura uderzyło z tak straszną siłą o kamienną podłogę, że mózg z roztrzaskanej czaszki obryzgał bliżej stojących Zygfryda i Rotgiera.

Jurand skoczył ku bocznej ścianie, przy której stały zbroje, i porwawszy wielki dwuręczny miecz, runął jak burza na skamieniałych z przerażenia Niemców.

Byli to ludzie przywykli do bitew, rzezi i krwi, a jednak upadły w nich serca tak dalece, że nawet gdy odrętwienie minęło, poczęli się cofać i pierzchać, jak stado owiec pierzcha przed wilkiem, który jednym uderzeniem kłów zabija. Sala zabrzmiała okrzykami przerażenia, tupotem nóg ludzkich, brzękiem przewracanych naczyń, wyciem pachołków, rykiem niedźwiedzia, który wyrwawszy się z rąk skomorocha, począł wdrapywać się na wysokie okno – i rozpaczliwym wołaniem o zbroje, o tarcze, o miecze i kusze. Zabłysła wreszcie broń i kilkadziesiąt ostrzy skierowało się ku Jurandowi, lecz on niebaczny na nic, na wpół obłąkany, sam skoczył ku nim i rozpoczęła się walka dzika, niesłychana, podobniejsza do rzezi niż do orężnej rozprawy. Młody i zapalczywy brat Gotfryd pierwszy zastąpił drogę Jurandowi, lecz ów odwalił mu błyskawicą miecza głowę wraz z ręką i łopatką; za czym padł z jego ręki kapitan łuczników i ekonom zamkowy von Bracht i Anglik Hugues, który choć nie bardzo rozumiał, o co chodzi, litował się jednak nad Jurandem i jego męką, a wydobył oręż dopiero po zabiciu Danvelda. Inni, widząc straszliwą siłę i rozpętanie męża, zbili się w kupę, by razem stawić opór, ale sposób ten gorszą jeszcze sprowadził klęskę, gdyż on z włosem zjeżonym na głowie, z obłąkanymi oczyma, cały oblany krwią i krwią dyszący, rozhukany, zapamiętały, łamał, rozrywał i rozcinał strasznymi cięciami miecza tę zbitą ciżbę[28 - ciżba (daw.) – tłum. [przypis edytorski]], waląc ludzi na podłogę spluskaną posoką[29 - posoka – krew. [przypis edytorski]], jak burza wali krze[30 - kierz (daw.) – krzak. [przypis edytorski]] i drzewa. I przyszła znów chwila okropnej trwogi, w której zdawało się, że ten straszliwy Mazur sam jeden wytnie i wymorduje tych wszystkich ludzi i że równie jak wrzaskliwa psiarnia nie może bez pomocy strzelców pokonać srogiego odyńca[31 - odyniec – samiec dzika. [przypis edytorski]], tak i ci zbrojni Niemcy do tego stopnia nie mogą się zrównać z jego potęgą i wściekłością, że walka z nim jest tylko dla nich śmiercią i zagubą.

– Rozproszyć się! otoczyć go! z tyłu razić[32 - razić (daw.) – uderzać. [przypis edytorski]]! – krzyknął stary Zygfryd de Löwe.

Więc rozbiegli się po sali, jak rozprasza się stado szpaków na polu, na które runie z góry jastrząb krzywodzioby, lecz nie mogli go otoczyć, albowiem w szale bojowym zamiast szukać miejsca do obrony, począł ich gonić wokół ścian i kogo dognał – ten marł jakby rażony gromem. Upokorzenia, rozpacz, zawiedziona nadzieja, zmienione w jedną żądzę krwi, zdawały się mnożyć w dziesięcioro jego okrutną przyrodzoną siłę. Mieczem, do którego najtężsi między Krzyżaki[33 - między Krzyżaki – dziś popr.: między Krzyżakami. [przypis edytorski]] mocarze potrzebowali obu rąk, władał jak piórem, jedną. Nie szukał życia, nie szukał ocalenia, nie szukał nawet zwycięstwa, szukał pomsty, i jako ogień albo jako rzeka, która zerwawszy tamy, niszczy ślepo wszystko, co jej prądowi opór stawi, tak i on, straszliwy, zaślepiony niszczyciel – porywał, łamał, deptał, mordował i gasił żywoty ludzkie.

Nie mogli go razić przez plecy, gdyż z początku nie mogli go dognać, a przy tym pospolici żołdacy bali się zbliżać nawet z tyłu, rozumiejąc, że gdyby się obrócił, żadna moc ludzka nie wyrwie ich śmierci. Innych chwyciło zupełne przerażenie na myśl, że zwykły mąż nie mógłby sprawić tylu klęsk i że mają do czynienia z człowiekiem, któremu jakieś nadludzkie siły w pomoc przychodzą.

Lecz stary Zygfryd, a z nim brat Rotgier wpadli na galerię, która biegła ponad wielkimi oknami sali, i poczęli nawoływać innych aby chronili się za nimi, ci zaś czyniąc to skwapliwie, tak że na wąskich schodkach przepychali się wzajem, pragnąc jak najprędzej dostać się na górę i stamtąd razić mocarza, z którym wszelka walka wręcz okazywała się niepodobną. Wreszcie ostatni zatrzasnął drzwi prowadzące na chór i Jurand pozostał sam na dole. Z galerii ozwały się krzyki radości, tryumfu i wnet poczęły lecieć na rycerza dębowe ciężkie zydle, ławy i żelazne kuny[34 - kuna – tu: obręcz. [przypis edytorski]] od pochodni. Jeden z pocisków trafił go w czoło nad brwiami i zalał mu krwią twarz. Jednocześnie rozwarły się wielkie drzwi wchodowe i przywołani przez górne okna knechci wpadli hurmem do sali, zbrojni w dzidy, halabardy, topory, kusze, w ostrokoły, drągi, powrozy i we wszelką broń, jaką każdy mógł naprędce pochwycić.

A szalony Jurand obtarł lewą ręką krew z twarzy, aby nie ćmiła[35 - ćmić – zaćmiewać, zasłaniać. [przypis edytorski]] mu wzroku, zebrał się w sobie – i rzucił się na cały tłum. W sali rozległy się znów jęki, szczęk żelaza, zgrzyt zębów i przeraźliwe głosy mordowanych mężów.




Rozdział drugi


W tej samej sali wieczorem siedział za stołem stary Zygfryd de Löwe, który po wójcie Danveldzie objął tymczasem zarząd Szczytna, a obok niego brat Rotgier, rycerz de Bergow, dawny jeniec Juranda, i dwaj szlachetni młodzieńcy, nowicjusze[36 - nowicjusz – osoba przygotowująca się do wstąpienia do zakonu. [przypis edytorski]], którzy wkrótce przywdziać mieli białe płaszcze. Wicher zimowy wył za oknami, wstrząsał ołowiane osady okien, chwiał płomieniem pochodni palących się w żelaznych kunach, a kiedy niekiedy wypychał z komina kłęby dymu na salę. Między braćmi, chociaż zebrali się na naradę, panowała cisza, albowiem czekali na słowo Zygfryda, ów zaś, wsparłszy łokcie na stole i splótłszy dłonie na siwej pochylonej głowie, siedział posępny, z twarzą w cieniu i z ponurymi myślami w duszy.

– Nad czym mamy radzić? – spytał wreszcie brat Rotgier.

Zygfryd podniósł głowę, popatrzył na mówiącego i zbudziwszy się z zamyślenia, rzekł:

– Nad klęską, nad tym, co powie mistrz i kapituła, i nad tym, by z naszych uczynków nie wynikła szkoda dla Zakonu.

Po czym umilkł znów, lecz po chwili rozejrzał się naokół i poruszył nozdrzami:

– Tu czuć jeszcze krew.

– Nie, komturze[37 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] – odpowiedział Rotgier – kazałem zmyć podłogę i wykadzić siarką. Tu czuć siarkę[38 - tu czuć siarkę – zapach siarki symbolizował piekło. [przypis edytorski]].

A Zygfryd spojrzał dziwnym wzrokiem po obecnych i rzekł:

– Zmiłuj się, Duchu Światłości, nad duszą brata Danvelda i brata Gotfryda!

Oni zaś zrozumieli, że wzywał miłosierdzia boskiego nad tymi duszami i że wzywał dlatego, iż po wzmiance o siarce przyszło mu na myśl piekło, więc dreszcz przebiegł im przez kości i odrzekli wszyscy naraz:

– Amen! amen! amen!

Przez chwilę znów było słychać wycie wiatru i drganie osad okiennych.

– Gdzie ciało komtura i brata Gotfryda? – spytał starzec.

– W kaplicy; księża śpiewają nad nimi litanie.

– W trumnach już?

– W trumnach, jeno[39 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] komtur głowę ma zakrytą, bo i czaszka, i twarz zmiażdżone. – Gdzie inne trupy? i ranni?

– Trupy na śniegu, aby zesztywniały, zanim porobią trumny, a ranni opatrzeni już w szpitalu.

Zygfryd splótł powtórnie dłonie nad głową:

– I to jeden człowiek uczynił!… Duchu Światłości, miej w swojej pieczy Zakon, gdy przyjdzie do wielkiej wojny z tym wilczym plemieniem!

Na to Rotgier podniósł wzrok w górę, jakby coś sobie przypominając, i rzekł:

– Słyszałem pod Wilnem, jako wójt sambijski mówił bratu swemu, mistrzowi: „Jeśli nie uczynisz wielkiej wojny i nie wytracisz ich tak, aby i imię nie zostało – tedy biada nam i naszemu narodowi”.

– Daj Bóg takową wojnę i spotkanie z nimi! – rzekł jeden ze szlachetnych nowicjuszów.

Zygfryd spojrzał na niego przeciągle, jak gdyby miał ochotę powiedzieć: „Mogłeś dziś spotkać się z jednym z nich” – lecz widząc drobną i młodą postać nowicjusza, a może wspomniawszy, że i sam, choć sławion z odwagi, nie chciał iść na pewną zgubę, zaniechał wymówki i zapytał:

– Który z was widział Juranda?

– Ja – odrzekł de Bergow.

– Żyje?

– Żyje, leży w tej samej sieci, w któraśmy go zaplątali. Gdy się ocknął, chcieli go knechci[40 - knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]] dobić, ale kapelan nie pozwolił.

– Dobić nie można. Człek to znaczny między swymi i byłby krzyk okrutny – odparł Zygfryd. – Niepodobna[41 - niepodobna (daw.) – niemożliwe, nie da się. [przypis edytorski]] też będzie ukryć tego, co zaszło, gdyż zbyt wielu było świadków.

– Jako więc mamy mówić i co czynić? – spytał Rotgier.

Zygfryd zamyślił się i wreszcie tak rzekł:

– Wy, szlachetny grafie de Bergow, jedźcie do Malborga do mistrza. Jęczeliście w niewoli u Juranda i jesteście gościem Zakonu, więc jako gościowi, który niekoniecznie potrzebuje mówić na stronę zakonników, tym snadniej[42 - snadnie (daw.) – łatwo. [przypis edytorski]] wam uwierzą. Mówcie przeto, coście widzieli, że Danveld, odbiwszy pogranicznym łotrzykom jakowąś dziewczynę i myśląc, że to dziewka Jurandowa, dał znać o tym Jurandowi, któren też przybył do Szczytna, i… co się dalej stało – sami wiecie…

– Wybaczcie, pobożny komturze – rzekł de Bergow. – Ciężką niewolę znosiłem w Spychowie i jako gość wasz rad[43 - rad (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]] bym zawsze świadczył za wami, ale dla pokoju sumienia mego powiedzcie mi: zali[44 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] nie było prawdziwej Jurandówny w Szczytnie i zali nie zdrada Danvelda doprowadziła do szału strasznego jej rodzica?

Zygfryd de Löwe zawahał się przez chwilę z odpowiedzią; w naturze jego leżała głęboka nienawiść do polskiego plemienia, leżało okrucieństwo, którym nawet Danvelda przewyższał, i drapieżność, gdy chodziło o Zakon, i pycha, i chciwość, ale nie było w nim zamiłowania do niskich[45 - niski (daw.) – zły, podły, nie zasługujący na szacunek. [przypis edytorski]] wykrętów. Największą też goryczą i zgryzotą życia jego było, że w ostatnich czasach sprawy zakonne przez niekarność i swawolę ułożyły się w ten sposób, że wykręty stały się jednym z najwalniejszych[46 - walny – mający decydujące znaczenie. [przypis edytorski]] i nieodzownych[47 - nieodzowny – niezastąpiony. [przypis edytorski]] już środków zakonnego życia. Przeto pytanie de Bergowa poruszyło w nim tę najboleśniejszą stronę duszy i dopiero po długiej chwili milczenia rzekł:

– Danveld stoi przed Bogiem i Bóg go sądzi, a wy, grafie, jeśli was zapytają o domysły, tedy[48 - tedy (daw.) – więc, zatem, wówczas. [przypis edytorski]] mówcie, co chcecie: jeśli zasie[49 - zasie – dziś popr.: zaś. [przypis edytorski]] o to, co widziały oczy wasze, tedy powiedzcie, iż nim splątaliśmy siecią wściekłego męża, widzieliście dziewięciu trupów, prócz rannych na tej podłodze, a między nimi trup Danvelda, brata Gotfryda, von Brachta i Huga, i dwóch szlachetnych młodzianów… Boże, daj im wieczny odpoczynek. Amen!

– Amen! amen! – powtórzyli znów nowicjusze.

– I mówcie także – dodał Zygfryd – że jakkolwiek Danveld chciał przycisnąć nieprzyjaciela Zakonu, nikt tu jednak pierwszy miecza na Juranda nie wydobył.

– Będę mówił jeno[50 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] to, co widziały oczy moje – odrzekł de Bergow.

– Przed północą zaś bądźcie w kaplicy, gdzie i my przyjdziemy modlić się za dusze zmarłych – odpowiedział Zygfryd.

I wyciągnął do niego rękę, zarazem na znak podzięki i pożegnania, albowiem pragnął do dalszej narady pozostać tylko z bratem Rotgierem, którego miłował jak źrenicę oka i jak tylko ojciec mógł miłować jedynego syna. W Zakonie czyniono nawet z powodu tej niezmiernej miłości różne przypuszczenia, ale nikt nic dobrze nie wiedział, zwłaszcza że rycerz, którego Rotgier uważał za ojca, żył jeszcze na swym zameczku w Niemczech i nie wypierał się tego syna nigdy.

Jakoż po odejściu Bergowa Zygfryd wyprawił również i dwóch nowicjuszów pod pozorem, aby dopilnowali roboty trumien dla pobitych przez Juranda prostych knechtów, a gdy drzwi zamknęły się za nimi, zwrócił się żywo[51 - żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]] do Rotgiera i rzekł:

– Słuchaj, coć powiem: jedna jest tylko rada, aby żadna żywa dusza nie dowiedziała się nigdy, że prawdziwa Jurandówna była u nas.

– Nie będzie to trudno – odrzekł Rotgier – gdyż o tym, że ona tu jest, nie wiedział nikt prócz Danvelda, Gotfryda, nas dwóch i tej służki zakonnej, która jej dozoruje. Ludzi, którzy ją przywieźli z leśnego dworca, kazał Danveld popoić[52 - popoić (daw.) – upić. [przypis edytorski]] i powiesić. Byli tacy w załodze, którzy się czegoś domyślali, ale tym pomieszała w głowie owa niedojda[53 - niedojda – niedorozwinięta. [przypis edytorski]] i sami nie wiedzą teraz, czy stała się pomyłka z naszej strony, czy też jakiś czarownik naprawdę przemienił Jurandównę.

– To dobrze – rzekł Zygfryd.

– Ja zaś myślałem, szlachetny komturze, czyby, ponieważ Danveld nie żyje, nie zwalić na niego całej winy…

– I przyznać się przed całym światem, żeśmy w czasie pokoju i układów z księciem mazowieckim porwali z jego dworu wychowankę księżny i ulubioną jej dworkę? Nie, to nie może być!… Na dworze widziano nas razem z Danveldem i wielki szpitalnik[54 - wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]], jego krewny, wie, iżeśmy przedsiębrali zawsze wszystko razem… Gdy oskarżym Danvelda, zechce się mścić za jego pamięć…

– Radźmy nad tym – rzekł Rotgier.

– Radźmy i znajdźmy dobrą radę, bo inaczej biada nam! Gdyby Jurandównę oddać, to ona sama powie, żeśmy nie od zbójów ją odebrali, jeno że ludzie, którzy ją pochwycili, zawiedli ją wprost do Szczytna.

– Tak jest.

– I nie tylko o odpowiedzialność mi chodzi. Będzie się książę skarżył królowi polskiemu i wysłańcy ich nie omieszkają krzyczeć na wszystkich dworach na nasze gwałty, na naszą zdradę, na naszą zbrodnię. Ile może być z tego szkody dla Zakonu! Sam mistrz, gdyby wiedział prawdę, powinien rozkazać nam ukryć tę dziewkę.

– A czy i tak, gdy ona przepadnie, nie będą oskarżali nas? – zapytał Rotgier.

– Nie! Brat Danveld był człowiekiem przebiegłym. Czy pamiętasz, że postawił warunek Jurandowi, aby nie tylko sam stawił się w Szczytnie, ale by przedtem ogłosił i do księcia napisał, iż jedzie córkę od zbójów wykupywać i wie, że nie ma jej u nas.

– Prawda, ale jakże usprawiedliwim w takim razie to, co stało się w Szczytnie?

– Powiemy, iż wiedząc, że Jurand szuka dziecka, a odjąwszy zbójom jakowąś dziewkę, która nie umiała powiedzieć, kto jest, daliśmy znać o tym Jurandowi, myśląc, że to być może jego córka, ów zaś, przybywszy, wpadł na widok tej dziewki w szaleństwo i opętan przez złego ducha rozlał tyle krwi niewinnej, że i niejedna potyczka więcej nie kosztuje.

– Zaprawdę – odrzekł Rotgier – mówi przez was rozum i doświadczenie wieku. Złe uczynki Danvelda, choćbyśmy na niego tylko winę zwalili, zawsze by poszły na karb[55 - na karb (daw.) – na odpowiedzialność. [przypis edytorski]] Zakonu, zatem na karb nas wszystkich, kapituły[56 - kapituła – rada sprawująca władzę w zakonie. [przypis edytorski]] i samego mistrza; tak zaś wykaże się nasza niewinność, wszystko zaś spadnie na Juranda, na złość polską i związki ich z piekielnymi mocami…

– I niech nas sądzi wówczas, kto chce: papież czy cesarz rzymski!

– Tak.

Nastała chwila milczenia, po czym brat Rotgier spytał:

– Więc co uczynim z Jurandówną?

– Radźmy.

– Dajcie ją mnie.

A Zygfryd popatrzył na niego i odpowiedział:

– Nie! Słuchaj, młody bracie! Gdy chodzi o Zakon, nie folgujcie[57 - folgować (daw.) – traktować łagodniej. [przypis edytorski]] mężowi ni niewieście, ale nie folgujcie i sobie. Danvelda dosięgła ręka Boża, bo nie tylko chciał pomścić krzywdy Zakonu, ale i własnym chuciom[58 - chuć (daw.) – żądza. [przypis edytorski]] dogodzić.

– Źle mnie sądzicie! – rzekł Rotgier.

– Nie folgujcie sobie – przerwał mu Zygfryd – bo zniewieścieją w was ciała i dusze, i kolano tamtego twardego plemienia przyciśnie kiedyś pierś waszą tak, iż nie powstaniecie więcej.

I po raz trzeci wsparł posępną głowę na ręku, ale widocznie rozmawiał tylko z własnym sumieniem i o sobie tylko myślał, gdyż po chwili rzekł:

– I na mnie dużo ciąży krwi ludzkiej, dużo bólu, dużo łez… I ja, gdy chodziło o Zakon i gdym widział, że samą siłą nie wskóram, nie wahałem się szukać innych dróg; ale gdy stanę przed tym Panem, którego czczę i miłuję, rzeknę mu: „To uczyniłem dla Zakonu, a dla siebie – wybrałem jeno cierpienie”.

Po czym chwycił rękoma skronie, a głowę i oczy podniósł w górę i zawołał:

– Wyrzeczcie się rozkoszy i rozpusty, zatwardzijcie wasze ciała i serca, gdyż oto widzę białość orłowych piór na powietrzu i szpony orła, czerwone od krwi krzyżackiej…

Dalsze słowa przerwało mu uderzenie wichru tak straszne, że jedno okno w górze nad galerią otworzyło się z trzaskiem, a cała sala napełniła się wyciem, poświstem zawiei oraz płatkami śniegu.

– W imię Ducha Światłości! Zła ta noc – rzekł stary Krzyżak.

– Noc mocy nieczystych – odrzekł Rotgier. – Ale dlaczego, panie, zamiast: w imię Boga, mówicie: „w imię Ducha Światłości[59 - Duch Światłości – być może Sienkiewicz czyni tu aluzję do imienia Lucyfera, pochodzącego od łac. lux ferrens, niosący światło. [przypis edytorski]]”?

– Duch światłości to Bóg – odparł starzec, po czym, jakby chcąc odwrócić rozmowę, spytał: – A przy ciele Danvelda są księża?

– Są…

– Boże, bądź mu miłościw!

I umilkli obaj, po czym Rotgier przywołał pachołków, którym rozkazał zamknąć okno i objaśnić pochodnie, a gdy poszli precz, znów zapytał:

– Co uczynicie z Jurandówną? Weźmiecie ją stąd do Insburka?

– Wezmę ją do Insburka i uczynię z nią to, czego dobro Zakonu wymagać będzie.

– Ja zasię co mam czynić?

– Masz-li w duszy odwagę?

– Cóżem takiego uczynił, abyście mieli o tym wątpić?

– Nie wątpię, bo cię znam, a za twoje męstwo miłuję cię więcej niż kogokolwiek w świecie. Tedy jedź na dwór księcia mazowieckiego i opowiedz mu wszystko, co się tu stało, tak jakeśmy miedzy sobą ułożyli.

– Mogęż się na pewną zgubę narażać?

– Jeśli twa zguba wyjdzie na chwałę Krzyża i Zakonu, to powinieneś. Ale nie! Nie czeka cię zguba. Oni gościowi krzywdy nie czynią: chybaby cię kto chciał pozwać, jako uczynił ów młody rycerz, który nas wszystkich pozwał… On lub kto inny, lecz to przecie niestraszne…

– Daj to Bóg! mogą mnie jednak chwycić i do podziemi wtrącić.

– Nie uczynią tego. Pamiętaj, że jest list Jurandowy do księcia, a ty pojedziesz prócz tego skarżyć na Juranda. Opowiesz wiernie, co uczynił w Szczytnie, i muszą ci uwierzyć… Oto pierwsi daliśmy mu znać, że jest jakaś dziewka, pierwsi zaprosiliśmy go, by przybył i obaczył ją, a on przyjechał, oszalał, komtura zabił, ludzi nam powytracał. Tak będziesz mówił, a oni cóż ci na to powiedzą? Jużci śmierć Danvelda rozgłosi się po całym Mazowszu. Wobec tego zaniechają skarg. Jurandówny będą oczywiście szukali, ale skoro sam Jurand pisał, że nie u nas jest, więc nie na nas padnie posąd. Trzeba nadrobić odwagą i pozamykać im paszczęki, bo i to także pomyślą, że gdybyśmy byli winni, nikt z nas nie odważyłby się przyjechać.

– Prawda. Po pogrzebie Danvelda wyruszę zaraz w drogę.

– Niech cię Bóg błogosławi, synaczku! Gdy wszystko uczynim jak należy, tedy nie tylko nie zatrzymają cię, ale się muszą wyprzeć Juranda, abyśmy zaś nie mogli rzec: Oto jak oni z nami postępują!

– I tak trzeba się będzie skarżyć na wszystkich dworach.

– Wielki szpitalnik[60 - wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]] dopilnuje tego i dla dobra Zakonu, i jako krewny Danvelda.

– Ba, ale gdyby ten diabeł spychowski wyżył i odzyskał wolność…

A Zygfryd począł patrzeć posępnie przed siebie, następnie zaś odpowiedział z wolna i dobitnie:

– Choćby odzyskał wolność, nigdy on nie wypowie jednego słowa skargi na Zakon.

Po czym jął jeszcze nauczać Rotgiera, co ma mówić i czego żądać na mazowieckim dworze.




Rozdział trzeci


Wieść o zajściu w Szczytnie przybyła jednak do Warszawy przed bratem Rotgierem i wzbudziła tam zdumienie i niepokój. Ani sam książę[61 - Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]], ani nikt z dworu nie mógł zrozumieć, co zaszło. Przed niedawnym czasem, właśnie gdy Mikołaj z Długolasu miał jechać do Malborga z listem księcia, w którym tenże skarżył się gorzko na porwanie przez niesfornych pogranicznych komturów[62 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] Danusi i niemal groźnie upominał się o niezwłoczne jej oddanie, przyszedł list od dziedzica ze Spychowa oznajmiający, że córka jego pochwycona została nie przez Krzyżaków, ale przez zwyczajnych zbójów nadgranicznych, i że wkrótce będzie za okup uwolniona. Wskutek tego poseł nie pojechał, nikomu bowiem ani przez głowę nie przeszło, żeby Krzyżacy wymogli takie pismo na Jurandzie pod groźbą śmierci dziecka. Trudno było i tak zrozumieć, co zaszło, gdyż warchołowie[63 - warchoł – siejący zamieszanie hulaka a. przestępca. [przypis edytorski]] pograniczni, tak poddani księcia jak i Zakonu, czynili wzajemne na się napady latem, nie zaś zimą, gdy śniegi zdradzały ich ślady. Napadali też zwykle kupców albo dopuszczali się grabieży po wioskach, chwytając ludzi i zagarniając ich stada, by jednak ośmielili się zahaczyć samego księcia i porwać jego wychowankę, a przy tym córkę potężnego i wzbudzającego powszechną obawę rycerza, to zdawało się przechodzić[64 - przechodzić (daw.) – przekraczać. [przypis edytorski]] wprost wiarę ludzką. Na to jednak, jak również na inne wątpliwości, był odpowiedzią list Juranda z jego własną pieczęcią i przywieziony tym razem przez człowieka, o którym wiedziano, że pochodzi ze Spychowa; wobec czego wszelkie podejrzenia stały się niemożliwe, książę tylko wpadł w gniew, w którym go dawno nie widziano, i nakazał pościg opryszków na całej granicy swego księstwa, wezwawszy zarazem księcia płockiego[65 - Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]], aby uczynił również to samo i również nie szczędził kar na zuchwalców.

A wówczas właśnie przyszła wieść o tym, co zdarzyło się w Szczytnie.

I przechodząc z ust do ust, przyszła powiększona dziesięciokrotnie, opowiadano, iż Jurand, przybywszy samosześć[66 - samosześć (daw.) – w sześciu ludzi. [przypis edytorski]] do zamku, wpadł przez otwarte bramy i uczynił w nim rzeź taką, iż z załogi mało kto pozostał, że musiano posyłać po ratunek do pobliskich zamków, zwoływać rycerstwo i zbrojne zastępy ludu pieszego, które dopiero po dwóch dniach oblężenia zdołały wedrzeć się na powrót do zamku i tam zgładzić Juranda zarówno jak jego towarzyszów. Mówiono też, że wojska owe wejdą prawdopodobnie teraz w granice i że wielka wojna niechybnie się rozpocznie. Książę, który wiedział, jak wiele zależy wielkiemu mistrzowi na tym, by na wypadek wojny z królem polskim siły obu księstw mazowieckich pozostały na stronie, nie wierzył tym wieściom, albowiem nietajnym mu było, że gdyby Krzyżacy rozpoczęli wojnę z nim lub z Ziemowitem płockim[67 - Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]], żadna siła ludzka nie powstrzyma Polaków z Królestwa, mistrz zaś obawiał się tej wojny. Wiedział, że musi przyjść, ale pragnął ją odwlec, raz dlatego, że był pokojowego ducha, a po wtóre dlatego, że aby zmierzyć się z potęgą Jagiełły[68 - Władysław II Jagiełło – (ok. 1362–1434), syn wlk. księcia Olgierda, wielki książę litewski, król Polski od małżeństwa z Jadwigą (1386). Dwukrotnie ochrzczony (przez matkę Juliannę w obrządku wschodnim i przez biskupów polskich przed ślubem w obrządku łacińskim), osobiście dowodził w bitwie pod Grunwaldem. [przypis edytorski]], trzeba było przygotować siłę, jakiej nigdy dotychczas Zakon nie wystawił i zarazem zapewnić sobie pomoc książąt i rycerstwa nie tylko w Niemczech, ale na całym Zachodzie.

Nie obawiał sie więc książę wojny, chciał jednak wiedzieć, co się stało, co ma naprawdę myśleć o zajściu w Szczytnie, o zniknięciu Danusi i o tych wszystkich wieściach, które przychodziły znad granicy, więc też, jakkolwiek nie cierpiał Krzyżaków, rad[69 - rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]] był, gdy pewnego wieczora kapitan łuczników doniósł mu, że przyjechał rycerz zakonny i prosi o posłuchanie.

Przyjął go jednak wyniośle i jakkolwiek natychmiast poznał, że to jest jeden z braci, którzy byli w leśnym dworcu, udał, że go sobie nie przypomina, i zapytał, kto jest, skąd przybywa i co go do Warszawy sprowadza.

– Jestem brat Rotgier – odpowiedział Krzyżak – i przed niedawnym czasem miałem zaszczyt pochylić się do kolan waszej książęcej miłości.

– Czemu zaś, bratem będąc, nie masz na sobie zakonnych znamion?

Rycerz począł tłumaczyć się, że białego płaszcza z krzyżem nie przywdział tylko dlatego, iż gdyby to był uczynił, niechybnie byłby pojman lub zabit przez mazowieckie rycerstwo: wszędzie na całym świecie, we wszystkich królestwach i księstwach, znak krzyża na płaszczu ochrania, zjednywa życzliwość i gościnność ludzką, i tylko w jednym księstwie mazowieckim krzyż na pewną zgubę naraża człowieka, który go nosi.

Lecz książę przerwał mu gniewnie:

– Nie krzyż – rzekł – bo krzyż i my całujem, jeno[70 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] wasza niecnota… A jeśli was gdzie indziej lepiej przyjmują, to dlatego, że was mniej znają.

Po czym widząc, że rycerz stropił się[71 - stropić się – wpaść w zakłopotanie, stracić pewność siebie. [przypis edytorski]] bardzo tymi słowy, zapytał:

– Byłeś w Szczytnie, albo-li wiesz, co się tam stało?

– Byłem w Szczytnie i wiem, co się tam stało – odrzekł Rotgier – a przybywam tu nie jako czyjś wysłannik, ale z tej jeno przyczyny, że doświadczony i świątobliwy komtur[72 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] z Insburka rzekł mi: Nasz mistrz miłuje pobożnego księcia i ufa w jego sprawiedliwość, więc gdy ja pośpieszę do Malborga, ty jedź na Mazowsze i przedstaw naszą krzywdę, nasze pohańbienie, naszą niedolę. Jużci nie pochwali sprawiedliwy Pan gwałciciela pokoju i srogiego napastnika, który rozlał tyle krwi chrześcijańskiej, jakby nie Chrystusa, ale szatana był sługą.

I tu począł opowiadać wszystko, co stało się w Szczytnie: jako Jurand przez nich samych wezwany, aby zobaczył, czy dziewczyna, którą zbójom odjęli[73 - odjąć (daw.) – zabrać. [przypis edytorski]], nie jest jego córką, zamiast wdzięcznością się wypłacić wpadł w szał; jak zabił Danvelda, brata Gotfryda, Anglika Huga, von Brachta i dwóch szlachetnych giermków, nie licząc knechtów[74 - knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]]; jak oni, pomni na przykazania boskie, nie chcąc zabijać, musieli w końcu splątać siecią strasznego męża, który wówczas przeciw sobie samemu podniósł broń i poranił się okrutnie; jak wreszcie nie tylko w zamku, ale i w mieście byli ludzie, którzy wśród wichury zimowej słyszeli podczas nocy po walce straszliwe jakieś śmiechy i głosy wołające w powietrzu: „Nasz Jurand! krzywdziciel Krzyża! rozlewca krwi niewinnej! Nasz Jurand!”

I całe opowiadanie, a zwłaszcza ostatnie słowa Krzyżaka wielkie uczyniły wrażenie na wszystkich obecnych. Zdjął ich po prostu strach, czy istotnie Jurand nie wezwał w pomoc sił nieczystych – i zapadło głuche milczenie. Lecz księżna, która była obecna przy posłuchaniu i która kochając Danusię, nosiła w sercu nieutulony żal po niej, zwróciła się z niespodzianym pytaniem do Rotgiera:

– Mówicie, rycerzu – rzekła – że odbiwszy dziewczynę–niedojdę myśleliście, iż to Jurandowa córka, i dlatego wezwaliście go do Szczytna?

– Tak, miłościwa pani – odrzekł Rotgier.

– A jakożeście mogli to myśleć, skoroście w leśnym dworze widzieli przy mnie prawdziwą Jurandównę?

Na to brat Rotgier zmieszał się, gdyż nie był przygotowany na podobne pytanie. Książę powstał i utkwił surowy wzrok w Krzyżaku, zaś Mikołaj z Długolasu, Mrokota z Mocarzewa, Jaśko z Jagielnicy i inni rycerze mazowieccy przyskoczyli zaraz do mnicha, pytając na przemian groźnymi głosami:

– Jakożeście mogli to myśleć? Mów, Niemcze! Jako to być mogło?

A brat Rotgier ochłonął i rzekł:

– My, zakonnicy, nie podnosim oczu na niewiasty. Było w leśnym dworze przy miłościwej księżnie dwórek niemało, ale która była między nimi Jurandówna, nikt z nas nie wiedział.

– Danveld wiedział – ozwał się Mikołaj z Długolasu. – Gadał ci z nią nawet na łowach.

– Danveld stoi przed Bogiem – odparł Rotgier – i powiem o nim jeno to, że nazajutrz znaleziono rozkwitłe róże na jego trumnie, których, jako w czasie zimowym, nie mogła położyć ręka ludzka.

Znów nastało milczenie.

– Skąd wiedzieliście o porwaniu Jurandówny? – zapytał książę.

– Sama bezbożność i zuchwalstwo uczynku zrobiły go rozgłośnym[75 - rozgłośny (daw.) – głośny, znany. [przypis edytorski]] tu i u nas. Więc dowiedziawszy się o tym, daliśmy na msze dziękczynne, że jeno zwykła dwórka, a nie które z rodzonych dzieci waszych miłości było porwane z leśnego dworca.

– Ale to mi zawsze dziwno, żeście mogli niedojdę poczytać[76 - poczytać (daw.) – uznać. [przypis edytorski]] za córkę Juranda.

Na to brat Rotgier:

– Danveld mówił tak: „Często szatan zdradza swych sług, więc może odmienił Jurandównę”.

– Zbóje wszelako nie mogli, jako prostacy, podrobić pisma Kalebowego i pieczęci Juranda. Któż mógł to uczynić?

– Zły duch.

I znów nikt nie umiał znaleźć odpowiedzi.

Rotgier zaś począł patrzyć pilnie w oczy księciu i rzekł:

– Zaiste, są mi jako miecze w piersi te pytania, albowiem posąd w nich tkwi i podejrzenie. Ale ja, ufny w sprawiedliwość Bożą i w moc prawdy, pytam waszą książęcą mość: zali[77 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] sam Jurand posądzał nas o ten uczynek, a jeśli posądzał, to czemu, nim wezwaliśmy go do Szczytna, szukał na całym pograniczu zbójów, aby od nich córkę wykupić?

– Jużci… prawda! – rzekł książę. – Choćbyś co ukrył przed ludźmi, nie ukryjesz przed Bogiem. Posądzał was w pierwszej chwili, ale potem… potem myślał co innego.

– Oto jak blask prawdy zwycięża ciemności! – rzekł Rotgier.

I potoczył zwycięskim wzrokiem po sali, pomyślał bowiem, że w głowach krzyżackich więcej jest obrotności i rozumu niż w polskich i że to plemię zawsze będzie łupem i karmią Zakonu, równie jak mucha bywa łupem i karmią[78 - karmia – dziś popr.: karma. [przypis edytorski]] pająka.

Więc, porzuciwszy poprzednią układność, przystąpił ku księciu i począł mówić głosem podniesionym i natarczywym:

– Nagródź nam, panie, nasze straty, nasze krzywdy, nasze łzy i naszą krew! Twoim był ten piekielnik poddanym, więc w imię Boga, z którego władza królów i książąt wypływa, w imię sprawiedliwości i Krzyża, nagródź nam nasze krzywdy i krew!

A książę popatrzył na niego w zdumieniu:

– Na miły Bóg! – rzekł – czegóż ty chcesz? Jeśli Jurand wytoczył w szaleństwie waszą krew, zali ja mam za jego szaleństwa odpowiadać?

– Twoim był, panie, poddanym – rzekł Krzyżak – w twoim księstwie leżą jego ziemie, jego wsie i jego gród, w którym więził sług Zakonu; niechaj więc chociaż ta majętność, niech chociaż te ziemie i ów bezbożny kasztel[79 - kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]] staną się odtąd własnością Zakonu. Zaprawdę nie będzie to godna zapłata za tę szlachetną krew przelaną! Zaprawdę nie wskrzesi ona zmarłych, ale może choć w części uspokoi gniew Boży i zetrze niesławę, która inaczej na całe to księstwo spadnie. O, panie! Wszędzie posiada Zakon ziemie i zamki, które łaska i pobożność chrześcijańskich książąt mu nadała, jeno tu nie masz ni piędzi[80 - piędź – dawna miara długości, ok. 18–22 cm. [przypis edytorski]] ziemi w jego władaniu. Niechże nasza krzywda, która o pomstę do Boga woła, choć tak nam się nagrodzi, abyśmy mogli powiedzieć, że i tu żywią ludzie mający w sercach bojaźń Bożą.

Usłyszawszy to, książę zdumiał się jeszcze więcej i dopiero po długiej chwili milczenia odrzekł:

– Rany boskie!… A wżdy[81 - wżdy (daw.) – przecież. [przypis edytorski]], jeśli ten wasz Zakon tutaj siedzi, z czyjejże łaski, jeśli nie z łaski przodków moich? Małoż wam jeszcze tych krajów, ziem i miast, które do nas i do naszego kraju niegdyś należały, a które dzisiaj są wasze? Żyje przecie jeszcze dziewka Jurandowa, gdyż nikt nam o jej śmierci nie doniósł, wy zaś już chcecie sierocie wiano[82 - wiano (daw.) – posag. [przypis edytorski]] zagarnąć i sierocym chlebem wasze krzywdy sobie nagrodzić?

– Panie, przyznajesz krzywdę – rzekł Rotgier – więc tak ją nagródź, jako ci twoje książęce sumienie i twoja sprawiedliwa dusza nakaże.

I znowu rad był w sercu, gdyż myślał sobie: „Teraz nie tylko nie będą skarżyli, ale będą jeszcze uradzać, jakby samym ręce umyć i z tej sprawy się wykręcić. Nikt już nic nam nie zarzuci i sława nasza będzie jako biały płaszcz zakonny – bez skazy”.

A wtem ozwał się niespodzianie głos starego Mikołaja z Długolasu:

– Pomawiają was o chciwość i Bóg wie, czyli nie słusznie, bo oto i w tej sprawie więcej wam o zysk niż o cześć Zakonu chodzi.

– Prawda! – odrzekli chórem rycerze mazowieccy.

A Krzyżak postąpił kilka kroków, podniósł dumnie głowę i mierząc ich wyniosłym wzrokiem, rzekł:

– Nie przybywam tu jako poseł, jeno jako świadek sprawy i rycerz zakonny gotów czci Zakonu krwią własną do ostatniego tchnienia bronić!… Kto by tedy[83 - tedy (daw.) – zatem. [przypis edytorski]], wbrew temu, co mówił sam Jurand, śmiał Zakon o uczestnictwo w porwaniu onego[84 - onego (daw.) – tego. [przypis edytorski]] córki posądzać – niechaj podniesie ten rycerski zakład i niechaj zda się na sąd Boży!

To rzekłszy, rzucił przed nich rycerską rękawicę, która upadła na podłogę, oni zaś stali w głuchym milczeniu, bo choć niejeden z nich rad by był wyszczerbić miecz na krzyżackim karku, jednakże bali się sądu Bożego. Nikomu nie było tajno, że Jurand wyraźnie oświadczył, iż nie rycerze zakonni porwali mu dziecko, każdy przeto[85 - przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]] w duszy myślał, że jest słuszność, a zatem będzie i zwycięstwo po stronie Rotgiera.

Ów zaś uzuchwalił się tym bardziej i wsparłszy się w boki, zapytał:

– Jest-li taki, któren by podniósł tę rękawicę?

A wtem jakiś rycerz, którego wejścia poprzednio nikt nie zauważył i który od niejakiego czasu słuchał przy drzwiach rozmowy, wystąpił na środek, podniósł rękawicę i rzekł:

– Jam ci jest!

I powiedziawszy to, rzucił swoją prosto w twarz Rotgiera, po czym jął mówić głosem, który wśród powszechnego milczenia rozlegał się jak grzmot po sali:

– Wobec Boga, wobec dostojnego księcia i wszystkiego zacnego rycerstwa tej ziemi mówię ci, Krzyżaku, że szczekasz jako pies przeciw sprawiedliwości a prawdzie – i pozywam cię w szranki[86 - szranki – ogrodzenie placu na turnieju rycerskim. [przypis edytorski]] na walkę pieszą alibo konną, na kopie, na topory, na krótkie alibo długie miecze – i nie na niewolę, jeno do ostatniego tchnienia, na śmierć!

W sali można by było usłyszeć przelatującą muchę. Wszystkie oczy zwróciły się na Rotgiera i na wyzywającego rycerza, którego nikt nie poznał, albowiem na głowie miał hełm, wprawdzie bez przyłbicy, ale z kolistym okapem schodzącym niżej uszu, który zakrywał zupełnie górną część twarzy, na dolną zaś rzucał cień głęboki. Krzyżak nie mniej był zdumiony od wszystkich. Pomieszanie, bladość i wściekły gniew mignęły mu tak po twarzy, jak błyskawica miga po nocnym niebie. Schwycił dłonią łosiową rękawicę, która obsunąwszy mu się z oblicza, zahaczyła na końcu naramiennika, i zapytał:

– Ktoś jest, który wyzywasz sprawiedliwość boską?

A ów odpiął sprzączkę pod brodą, zdjął hełm, spod którego ukazała się jasna, młoda głowa, i rzekł:

– Zbyszko z Bogdańca, mąż Jurandowej córki.

Zdziwili się wszyscy i Rotgier wraz z innymi, gdyż nikt z nich prócz obojga księstwa, ojca Wyszońka i de Lorchego nie wiedział o ślubie Danusi, Krzyżacy zaś byli pewni, że prócz ojca nie ma Jurandówna innego przyrodzonego obrońcy, lecz w tej chwili wystąpił pan de Lorche i rzekł:

– Na moją rycerską cześć poświadczam prawdę słów jego; kto by zaś śmiał wątpić, oto moja rękojmia[87 - rękojmia (daw.) – poręczenie, gwarancja. [przypis edytorski]].

Rotgier, który nie znał, co to trwoga, i w którym serce burzyło się w tej chwili gniewem, byłby może podniósł i tę rękawicę, ale wspomniawszy, że ten, który ją rzucił, był sam przez się możnym panem, a w dodatku, krewnym hrabiego Geldrii, powstrzymał się, uczynił zaś tak tym bardziej, że sam książę wstał i zmarszczywszy brwi, rzekł:

– Nie wolno tej rękojmi podnosić, albowiem i ja poświadczam, jako prawdę powiedział ów rycerz.

Krzyżak, usłyszawszy to, skłonił się, po czym rzekł do Zbyszka:

– Jeślić wola, to pieszo, w zamkniętych szrankach[88 - szranki – drewniane ogrodzenie placu turniejowego a. miejsca pojedynku. [przypis edytorski]] na topory.

– Jam cię już i tak wprzód[89 - wprzód (daw.) – wcześniej, dawniej. [przypis edytorski]] pozwał – odpowiedział Zbyszko.

– Boże, daj zwycięstwo sprawiedliwości – zawołali mazowieccy rycerze.




Rozdział czwarty


O Zbyszka niepokój był na całym dworze tak między rycerstwem, jak między niewiastami, gdyż lubiono go powszechnie, wobec zaś listu Juranda nikt nie wątpił, że słuszność jest po stronie Krzyżaka. Z drugiej strony wiedziano, że Rotgier jest jednym ze sławniejszych braci w Zakonie. Giermek van Krist rozpowiadał, może umyślnie, między mazowiecką szlachtą, że pan jego, nim został zbrojnym mnichem, zasiadał raz u stołu honorowego Krzyżaków, do którego to stołu dopuszczano tylko słynnych w świecie rycerzy, takich, którzy odbyli wyprawę do Ziemi Świętej albo też walczyli zwycięsko przeciw olbrzymom-smokom lub możnym[90 - możny (daw.) – potężny. [przypis edytorski]] czarnoksiężnikom. Słysząc takie opowiadania van Krista, a zarazem i chełpliwe zapewnienia, że pan jego nieraz potykał się z mizerykordią[91 - mizerykordia – (od łac. misericordia czyli miłosierdzie), krótki, wąski sztylet do dobijania rannych. [przypis edytorski]] w jednej, a toporem lub mieczem w drugiej ręce, z pięciu naraz przeciwnikami, niepokoili się Mazurowie, i poniektóry mówił: „Hej, gdyby tu był Jurand, ten dałby i takim dwóm rady, jemu nigdy się żaden Niemiec nie odjął[92 - odjąć się – tu: uratować się. [przypis edytorski]], ale młodziankowi gorze! gdyż tamten siłą, laty i ćwiczeniem góruje”. Więc inni żałowali, że nie podnieśli rękawicy, twierdząc, że gdyby nie owa wiadomość od Juranda, niechybnie byliby to uczynili… „Ale wyroku boskiego strach…” Wymieniano też przy sposobności i dla wzajemnej pociechy nazwiska mazowieckich i w ogóle polskich rycerzy, którzy bądź na dworskich igrzyskach, bądź goniąc na ostre[93 - gonić na ostre – pojedynkować się konno na ostre, nie zaś stępione kopie a. włócznie. [przypis edytorski]], liczne nad zachodnimi rycerzami odnosili zwycięstwa, przede wszystkim zaś Zawiszę z Garbowa[94 - Zawisza Czarny z Garbowa – (ok. 1370–1428) polski rycerz, przez pewien czas na służbie króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. [przypis edytorski]], z którym żaden rycerz w chrześcijaństwie mierzyć się nie mógł. Lecz byli i tacy, którzy co do Zbyszka mieli także dobrą nadzieję: „Nie ułomek[95 - ułomek (daw.) – słabeusz. [przypis edytorski]] ci to jest – mówili – i jakośwa[96 - jakośwa (daw.) – jak żeśmy. [przypis edytorski]] słyszeli, godnie[97 - godnie (daw.) – porządnie, solidnie. [przypis edytorski]] już raz Niemcom porozwalał łby na udeptanej ziemi”. Lecz szczególnie skrzepiły się serca z powodu uczynku giermka Zbyszkowego, Czecha Hlawy, który w wigilię[98 - w wigilię (daw.) – w przeddzień. [przypis edytorski]] spotkania słysząc van Krista opowiadającego o niesłychanych zwycięstwach Rotgiera, a będąc młodzianem porywczym, chwycił tegoż van Krista za brodę, zadarł mu głowę i rzekł: „Jeślić nie wstyd łgać wobec ludzi, spójrz w górę, że to i Bóg cię słyszy!” I trzymał go tak przez tyle czasu, ile trzeba na zmówienie „Ojcze nasz”, zaś ów, wreszcie uwolnion, zaraz jął go wypytywać o ród i dowiedziawszy się, że pochodzi z włodyków[99 - włodyka – rycerz, zwł. biedny lub bez pełni praw stanowych. [przypis edytorski]], pozwał go także na topory.

Ucieszyli się tedy tym postępkiem Mazurowie i znów niejeden mówił: „Juże tacy nie będą chramać[100 - chramać (daw.) – kuleć, przen. nie radzić sobie. [przypis edytorski]] na boisku[101 - boisko – tu: plac boju. [przypis edytorski]] i byle po ich stronie była prawda a Bóg, nie wyniosą zdrowych gnatów te krzyżackie macie”. Lecz właśnie Rotgier tak potrafił zasypać piaskiem oczy wszystkim, że wielu niepokoiło się o to, po której stronie prawda – i sam książę[102 - Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]] podzielał ten niepokój.

Więc wieczorem przed bitką wezwał Zbyszka na rozmowę, przy której obecną była tylko księżna[103 - Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]], i zapytał:

– Pewnyżeś, że Bóg będzie z tobą? Skąd wiesz, że oni chycili[104 - chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]] Danuśkę? Zali[105 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] Jurand mówił ci co? Bo, ot, widzisz – tu jest list Jurandowy – pismo księdza Kaleba, a jego pieczęć, i w tym liście Jurand powiada, iż wie, że to nie Krzyżacy. Co on ci mówił?

– Mówił, że to nie Krzyżacy.

– Jakoże tedy[106 - tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]] możesz życie ważyć i na sąd boski stawać?

A Zbyszko umilkł, tylko przez czas jakiś drgały mu szczęki i łzy zbierały się w oczach.

– Ja nic nie wiem, miłościwy panie – rzekł. – Wyjechaliśmy stąd razem z Jurandem i po drodze przyznałem mu się do ślubu. Począł wówczas narzekać, iże to może być krzywda Boża, ale gdym mu rzekł, że to wola Boża, uspokoił się – i przebaczył. Przez całą drogę mówił, że nikt inny nie porwał Danusi, jeno[107 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] Krzyżacy, a potem już ja sam nie wiem, co się stało!… Do Spychowa przyjechała ta sama niewiasta, która przywiozła dla mnie jakoweś leki do leśnego dworu, a z nią jeszcze jeden wysłannik. Zamknęli się z Jurandem i uradzali[108 - uradzać (daw.) – radzić, rozmawiać. [przypis edytorski]]. Co mówili, też nie wiem, jeno po onej[109 - onej (daw.) – tej. [przypis edytorski]] rozmowie właśni słudzy nie mogli poznać Juranda, bo taki był, jakby go z truchły[110 - truchła (daw.) – trumna. [przypis edytorski]] wyjęto. Powiedział nam: „Nie Krzyżacy”, ale Bergowa i co miał jeńców z podziemia puścił, Bóg wie dlaczego, sam zaś pojechał bez żadnego giermka ni sługi… Mówił, że jedzie do zbójów Danuśkę wykupić, a mnie przykazał czekać. Ano! – czekałem. Aż tu przychodzi wiadomość ze Szczytna, że Jurand namordował Niemców i sam legł! O, miłościwy panie! Już mnie parzyła spychowska ziemia i małom nie oszalał. Ludzi wsadziłem na koń, by pomścić śmierć Jurandową, a tu ksiądz Kaleb powiada: „Kasztelu[111 - kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]] nie weźmiesz, a wojny nie wszczynaj. Jedź do księcia, może tam co o Danuśce wiedzą”. Tom i przyjechał, i właśnie trafiłem, jako ów pies szczekał o krzyżackiej krzywdzie i Jurandowym szaleństwie… Jam, panie, podniósł jego rękawicę, bom go już przedtem pozwał, a chociaż nie wiem nic, to jedno wiem tylko, że to łgarze są piekielni – bez wstydu, bez czci i wiary! Patrzcie, miłościwi państwo! Toż oni zadżgali[112 - zadżgali – dziś popr.: zadźgali. [przypis edytorski]] Fourcy'ego, a na mojego giermka chcieli zwalić ten uczynek. Na Boga! zadżgali go jako wołu, a potem do cię, Panie, przyszli po pomstę i po zapłatę! Kto tedy przysięgnie, że nie nałgali i przedtem przed Jurandem, i teraz przed tobą, panie?… Nie wiem, nie wiem, gdzie Danuśka! alem go pozwał, bo choćby mi też i żywota stradać przyszło, wolej[113 - wolej (daw.) – lepiej. [przypis edytorski]] mi śmierć niż żywot bez mojego kochania, bez mojej najmilszej na świecie całym.

To rzekłszy, zerwał w uniesieniu pątlik[114 - pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]] z głowy, aż włosy rozsypały mu się po ramionach, i chwyciwszy je, począł szlochać ciężko. Księżna Anna Danuta, sama do głębi strapiona stratą Danusi i litując się nad jego bólem, położyła mu ręce na głowie i rzekła:

– Boże cię wspomagaj, pociesz i błogosław!




Rozdział piąty


Książę[115 - Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]] nie sprzeciwił się pojedynkowi, gdyż wedle[116 - wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]] ówczesnych obyczajów nie był w możności[117 - nie był w możności (daw.) – nie miał władzy. [przypis edytorski]] tego uczynić. Wymógł tylko, by Rotgier napisał list do mistrza i do Zygfryda de Löwe, że sam pierwszy rzucił rękawicę rycerzom mazowieckim, wskutek czego staje do walki z mężem Jurandówny, który zresztą już pierwej[118 - pierwej (daw.) – wcześniej. [przypis edytorski]] go był pozwał. Tłumaczył się też Krzyżak wielkiemu mistrzowi, że jeśli staje bez pozwolenia, to dlatego, że chodzi o cześć Zakonu i odwrócenie szpetnych podejrzeń, które by hańbę przynieść mogły, a które on, Rotgier, gotów jest zawsze własną krwią okupić. List ten wysłany był natychmiast do granicy przez jednego z pachołków rycerza, dalej zaś miał iść do Malborga pocztą, którą Krzyżacy na wiele lat przed innymi wynaleźli i zaprowadzili w swoich ziemiach.

Tymczasem na podwórcu zamkowym ubito śnieg i posypano go popiołem, aby nogi walczących nie grzęzły lub nie ślizgały się po gładkiej powierzchni. W całym zamku panował ruch nadzwyczajny. Wzruszenie tak opanowało rycerzy i dwórki, że w nocy poprzedzającej bitwę nikt nie spał. Mówiono sobie, że walka konna na kopie, a nawet na miecze, często kończy się na ranach, natomiast piesza, a zwłaszcza na straszliwe topory, zawsze bywa śmiertelna. Wszystkie serca były po stronie Zbyszka, ale właśnie im kto więcej miał przyjaźni dla niego lub dla Danusi, z tym większym niepokojem przypominał sobie, co rozpowiadano o sławie i sprawności Krzyżaka. Wiele niewiast spędziło noc w kościele, gdzie też po odbytej przed księdzem Wyszońkiem spowiedzi kajał się[119 - kajać się – tu: wyrażać żal za grzechy. [przypis edytorski]] i Zbyszko. Mówiły więc jedna do drugiej, patrząc na jego prawie chłopięcą twarz: „Toż to jeszcze dzieciuch!… jakże mu młodą głowę pod niemiecki topór oddawać?” I tym gorliwiej modliły się dla niego o wspomożenie. Ale gdy świtaniem podniósł się i szedł przez kaplicę, aby przywdziać zbroję w izbie zamkowej, znowu przybyło im nieco serca, gdyż głowa i twarz Zbyszka były wprawdzie chłopięce, natomiast ciało nad miarę rosłe i silne, tak iż wydawał im się chłopem na schwał, który poradzi sobie choćby z najtęższym mężem.

Bitka miała się odbyć na podwórzu zamkowym, które wkoło otaczał krużganek.

Gdy dzień uczynił się już zupełny, przybyli książę i księżna[120 - Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]] razem z dziećmi i zasiedli w środku między słupami, skąd najlepiej widać było cały podwórzec. Obok nich zajęli miejsca co przedniejsi dworzanie, szlachetne niewiasty i rycerstwo. Zapełniły się wszystkie kąty krużganku[121 - krużganek – zadaszenie z kolumnadą obiegające budynek bądź jego wewnętrzny dziedziniec. [przypis edytorski]]; czeladź[122 - czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]] usadowiła się za wałem, który utworzon był z wymiecionego śniegu, niektórzy poprzyczepiali się na wykuszach[123 - wykusz – część budynku wystająca z fasady a zaczynająca się na pewnej wysokości nad ziemią. [przypis edytorski]], a nawet na dachu. Tam prostactwo gwarzyło między sobą: „Daj Bóg, aby się nasz nie dał!” Dzień był zimny, wilgotny, ale jasny; powietrze roiło się od kawek, które zamieszkiwały dachy i szczyty baszt, a które spłoszone niezwykłym ruchem, kołowały z wielkim łopotaniem skrzydeł nad zamkiem. Mimo chłodu ludzie potnieli[124 - potnieć – dziś: pocić się. [przypis edytorski]] ze wzruszenia, a gdy ozwała się[125 - ozwać się (daw.) – odezwać się. [przypis edytorski]] pierwsza trąba oznajmująca wejście zapaśników, wszystkie serca poczęły bić jak młoty.

Oni zaś weszli z przeciwnych stron szranków[126 - szranki – ogrodzenie placu, na którym odbywał się turniej rycerski a. pojedynek. [przypis edytorski]] i zatrzymali się na krańcach. Każdy z patrzących utaił wówczas dech w piersiach, każdy pomyślał, że oto niezadługo dwie dusze ulecą ku sądowym progom boskim, a dwa trupy zostaną na śniegu – i usta oraz jagody[127 - jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]] niewiast pobladły i posiniały na tę myśl, oczy zaś mężów wpatrzone były jak w tęczę w przeciwników, każdy bowiem pragnął z samej postawy i z uzbrojenia ich wywróżyć sobie, na czyją stronę padnie zwycięstwo.

Krzyżak przybrany był w szmelcowany[128 - szmelcowanie – metoda konserwacji metalu, polega na kilkakrotnym pokryciu go olejem jadalnym i każdorazowo wypaleniu. Powstaje wówczas twarda, szklista powłoka. [przypis edytorski]] błękitny pancerz, w takież nabiodrza i w takiż hełm z podniesioną przyłbicą i ze wspaniałym pawim pióropuszem na grzebieniu. Zbyszkowi piersi, boki i grzbiet opinała pyszna mediolańska zbroja, którą był swego czasu zdobył na Fryzach[129 - Fryz a. Fryzyjczyk – mieszkaniec Fryzji, krainy nad Morzem Północnym, obecnie stanowiącej pogranicze Niemiec, Danii i Holandii. [przypis edytorski]]. Na głowie miał hełm z okapem nie zamknięty i bez piór, na nogach bycze skórznie[130 - skórznie (daw.) – wysokie, skórzane buty. [przypis edytorski]]. Na lewych ramionach dźwigali tarcze z herbami: na krzyżackiej była u góry szachownica, u dołu trzy lwy stojące na zadnich[131 - zadni (daw.) – tylny. [przypis edytorski]] łapach, na Zbyszkowej – tępa podkowa[132 - tępa podkowa – autentyczny herb: złoty krzyż pod białą podkową na niebieskim tle. [przypis edytorski]]. W prawicach dźwigali szerokie, straszne topory, osadzone na dębowych poczerniałych toporzyskach[133 - toporzysko – drewniana rękojeść topora a. siekiery. [przypis edytorski]], dłuższych niż ramię rosłego męża. Towarzyszyli im giermkowie: Hlawa, zwany przez Zbyszka Głowaczem – i van Krist, obaj przybrani w ciemne żelazne blachy, obaj również z toporami i tarczami: van Krist miał w herbie krzak janowca, herb Czecha podobny był do Pomiana, z tą różnicą, że zamiast topora tkwił w byczej głowie krótki miecz do połowy w oku pogrążon.

Trąba ozwała się po raz drugi, a za trzecim mieli przeciwnicy wedle umowy na się nastąpić[134 - następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]]. Dzieliła ich już teraz tylko niewielka, posypana szarym popiołem przestrzeń, nad tą zaś przestrzenią unosiła się jako złowrogi ptak – śmierć. Zanim jednak dano trzeci znak, Rotgier zbliżył się ku słupom, między którymi siedzieli księstwo, podniósł swą zakutą w stal głowę i ozwał się głosem tak donośnym, że słyszano go we wszystkich zakątkach krużganku:

– Biorę na świadka Boga, ciebie, dostojny panie, i całe rycerstwo tej ziemi, jakom nie winien tej krwi, która będzie przelana.

Na te słowa ścisnęły się znów serca, że Krzyżak tak był pewien siebie i swego zwycięstwa. Lecz Zbyszko, mając duszę prostą, zwrócił się do swego Czecha i rzekł:

– Śmierdzi mi ta krzyżacka chwalba, gdyż byłaby do rzeczy po mojej śmierci, nie zaś pókim żyw. Ma też ów samochwał pawi czub na hełmie, a ja nasamprzód[135 - nasamprzód a. najsamprzód (daw.) – najpierw. [przypis edytorski]] takich trzy ślubował, a potem, ile paliców[136 - paliców – dziś popr.: palców. [przypis edytorski]] u rąk. Bóg zdarzył[137 - zdarzyć – tu: obdarzyć. [przypis edytorski]]!

– Panie… – zapytał Hlawa, pochylając się i nabierając w ręce nieco popiołu ze śniegiem, aby toporzysko nie ślizgało mu się w dłoniach – może da Chrystus, że prędko uwinę się z tym pruskim chmyzem[138 - chmyz (daw.) – słabeusz (często stosowane do zwierząt). [przypis edytorski]], zali mi wolno będzie wówczas jeśli nie sięgnąć Krzyżaka, to przynajmniej wsadzić mu toporzysko między kolana i zwalić go na ziemię?

– Boże cię uchowaj! – zawołał żywo Zbyszko – hańbą byś okrył mnie i siebie.

A wtem zabrzmiał po raz trzeci głos trąby. Usłyszawszy to, giermkowie skoczyli jeden ku drugiemu żywo[139 - żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]] i zapalczywie, rycerze zaś posunęli się ku sobie wolniej i rozważniej, jako aż do pierwszego starcia nakazywała ich dostojność i powaga.

Mało kto zważał na giermków, ale ci z doświadczonych mężów i z czeladzi[140 - czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]], którzy na nich patrzyli, zrozumieli od razu, jak okrutna przewaga jest po stronie Hlawy. Topór chodził ciężej w ręku Niemca, a również i ruchy jego tarczy były wolniejsze. Spod puklerza[141 - puklerz – okrągła, wypukła tarcza. [przypis edytorski]] widać było jego nogi dłuższe, ale wątłe i mniej sprężyste od potężnych, pokrytych obcisłym ubraniem nóg Czecha. Hlawa natarł też tak zapalczywie, że van Krist prawie od pierwszej chwili musiał się cofać. Zrozumiano od razu, że jeden z tych przeciwników zwalił się na drugiego jak burza, że prze, naciska, razi jak piorun, drugi zaś w poczuciu, że śmierć nad nim, broni się tylko, aby jak najbardziej opóźnić okropną chwilę. Jakoż tak było istotnie. Ów samochwał, który w ogóle stawał do bitki tylko wówczas, gdy inaczej nie mógł uczynić, poznał, że zuchwałe a niebaczne słowa przywiodły go do walki ze strasznym osiłkiem, którego powinien był jak zguby unikać; więc gdy poczuł teraz, że każde z tych uderzeń mogłoby zwalić wołu, upadło w nim zupełnie serce. Zapomniał prawie, że nie dość chwytać ciosy tarczą, ale że trzeba je także zadawać. Widział nad sobą błyski toporu i myślał, że każdy z nich jest ostatni. Nadstawiając puklerz, mrużył mimo woli oczy z poczuciem trwogi i zwątpienia, czy je jeszcze otworzy. Z rzadka sam zadał cios, bez nadziei, że przeciwnika dosięże[142 - dosięże – dziś: dosięgnie. [przypis edytorski]], puklerz tylko podnosił coraz wyżej nad głowę, aby ją jeszcze i jeszcze uchronić.

Wreszcie począł się męczyć, a Czech bił w niego coraz potężniej. Równie jak z rosłego chojara odszczepiają się pod toporem chłopa wióry ogromne, tak i pod razami Czecha poczęły kruszyć się i odpadać blachy ze zbroi niemieckiego giermka. Górny brzeg tarczy wygiął się i spękał, naramiennik z prawego barku[143 - bark – ramię. [przypis edytorski]] stoczył się wraz z przeciętym i pokrwawionym już rzemieniem na ziemię. Van Kristowi włosy stanęły dębem na głowie – i chwyciła go trwoga śmiertelna. Uderzył jeszcze raz i drugi całą siłą ramienia w puklerz Czecha, wreszcie widząc, że wobec okrutnej siły przeciwnika nie ma dla niego ratunku i że ocalić go tylko może jakiś nadzwyczajny wysiłek, rzucił się nagle całym ciężarem zbroi i ciała pod nogi Hlawy.

Padli obaj na ziemię i zmagali się wzajem, tocząc i przewracając się po śniegu. Lecz Czech wnet wydostał się na wierzch, przez chwilę tłumił jeszcze rozpaczliwe ruchy przeciwnika, wreszcie przycisnął kolanem żelazną siatkę pokrywającą jego brzuch i wydobył zza pasa krótką, trójgranną[144 - trójgrany (daw.) – o trójkątnym przekroju. [przypis edytorski]] mizerykordię[145 - mizerykordia – (od łac. misericordia czyli miłosierdzie), krótki, wąski sztylet do dobijania rannych. [przypis edytorski]].

– Oszczędź! – wyszeptał cicho van Krist, wznosząc oczy ku oczom Czecha.

Lecz ów zamiast odpowiedzieć rozciągnął się na nim, by łatwiej rękoma dostać jego szyi, i przeciąwszy rzemienną zapinkę hełmu pod brodą, pchnął nieszczęśnika dwukrotnie w gardło, kierując ostrze w dół, ku środkowi piersi.

Wówczas źrenice van Krista uciekły w głąb czaszki, ręce i nogi poczęły trzepać śnieg, jakby chciały go oczyścić z popiołu, po chwili jednak wyprężył się – i pozostał nieruchomy wydymając tylko jeszcze pokryte czerwoną pianą wargi i krwawiąc nadzwyczaj obficie. A Czech wstał, obtarł o suknię Niemca mizerykordię, następnie podniósł topór i wsparłszy się na nim, począł spoglądać na cięższą i upartszą bitkę swego rycerza z bratem Rotgierem.

Rycerze zachodni przywykli już byli do wygód i zbytków, podczas gdy „dziedzice” w Małopolsce i Wielkopolsce oraz na Mazowszu wiedli jeszcze życie surowe i twarde, wskutek czego nawet w obcych i niechętnych budzili podziw krzepkością[146 - krzepkość (daw.) – siła. [przypis edytorski]] ciała i wytrzymałością na wszelki trud bądź ciągły, bądź doraźny. Pokazało się też i teraz, że Zbyszko góruje nad Krzyżakiem siłą rąk i nóg nie mniej, niż jego giermek górował nad van Kristem, ale pokazało się także, że jako młody ustępuje mu w ćwiczeniu rycerskim.

Było to dla Zbyszka rzeczą poniekąd pomyślną, iż wybrał walkę na topory, albowiem fechtunek[147 - fechtunek (z niem.) – szermierka. [przypis edytorski]] tego rodzaju bronią był niemożliwy. Na krótkie lub długie miecze, przy których trzeba było znać cięcia, sztychy[148 - sztych – pchnięcie. [przypis edytorski]] i umieć ciosy odbijać, miałby Niemiec znaczną przewagę. Lecz i tak zarówno sam Zbyszko, jak i widzowie po ruchach i władaniu tarczą poznali, iż mają przed sobą męża doświadczonego i groźnego, który widocznie nie pierwszy raz staje do tego rodzaju walki. Za każdym ciosem Zbyszka Rotgier podstawiał tarczę i w chwili uderzenia cofał ją nieco, przez co rozmach, choćby największy, tracił na sile i nie mógł przeciąć ani też pokruszyć gładkiej powierzchni. Chwilami cofał się, chwilami nacierał, czyniąc to spokojnie, lubo[149 - lubo (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]] tak szybko, że ledwie można było pochwycić oczyma jego ruchy. Zląkł się książę o Zbyszka, a twarze mężów zasępiły się, wydało im się bowiem, że Niemiec igra jakby umyślnie z przeciwnikiem. Nieraz nie podstawiał nawet tarczy, ale w chwili gdy Zbyszko uderzał, czynił pół obrotu w bok w ten sposób, że ostrze topora przecinało puste powietrze. Było to najstraszniejsze, gdyż Zbyszko mógł przy tym stracić równowagę i upaść, a wówczas zguba jego stałaby się nieuchronna. Widząc to, Czech stojący nad zarżniętym Kristem trwożył się także i mówił sobie w duszy: „Boga mi, jeśli pan padnie, huknę Niemca obuchem między łopatki, aby się też wykopyrtnął”. Zbyszko jednak nie padał, gdyż mając w nogach siłę ogromną i rozstawiając je szeroko, mógł utrzymać na każdej cały ciężar ciała i rozmachu. Rotgier zauważył to natychmiast i widzowie mylili się przypuszczając, że lekceważy przeciwnika. Owszem, po pierwszych uderzeniach, gdy pomimo całej umiejętności cofania tarczy ręka prawie zdrętwiała mu pod nią, zrozumiał, że czeka go z tym młodziankiem ciężki trud i że jeśli go nie zwali dobrym pomysłem, to walka może być długą i niebezpieczną. Liczył, że po cięciu w próżnię Zbyszko runie na śnieg, a gdy to się nie stało, począł się wprost niepokoić. Spod stalowego okapu widział zaciśnięte nozdrza i usta przeciwnika, a chwilami błyszczące oczy, i mówił sobie, że zapalczywosć powinna go unieść, że się zapamięta[150 - zapamiętać się (daw.) – zamyślić się a. zająć jedną rzeczą, nie zwracając uwagi na nic innego. [przypis edytorski]], straci głowę i w zaślepieniu więcej będzie myślał o zadawaniu razów[151 - raz (daw.) – cios. [przypis edytorski]] niż obronie. Ale pomylił się i w tym.

Zbyszko nie umiał uchylać się od ciosów półobrotem, ale nie zapomniał o tarczy i wznosząc topór, nie odsłaniał się więcej, niż należało. Widocznie uwaga jego zdwoiła się, a poznawszy doświadczenie i sprawność przeciwnika nie tylko się nie zapamiętał, ale skupił się w sobie, stał się ostrożniejszym i w uderzeniach jego coraz straszniejszych był jakiś rozmysł, na który nie gorąca, ale tylko zimna zawziętość zdobyć się może.

Rotgier, który niemało wojen odbył i niemało staczał bitew bądź kupą, bądź w pojedynkę, wiedział z doświadczenia, że bywają ludzie jako ptaki drapieżne stworzeni do walki i szczególnie obdarowani przez naturę, którzy jakby odgadują to wszystko, do czego inni dochodzą przez całe lata ćwiczeń, i wraz[152 - wraz (daw.) – zaraz, jednocześnie. [przypis edytorski]] pomiarkował[153 - pomiarkować (daw.) – zorientować się, zauważyć. [przypis edytorski]], że ma z jednym z takich do czynienia. Od pierwszych uderzeń zrozumiał, że w tym młodziku jest coś takiego, co jest w jastrzębiu, który w przeciwniku widzi jedynie łup swój i nie myśli o niczym więcej, tylko aby go dosięgnąć szponami. Pomimo swej siły spostrzegł się również, że nie dorównywa w niej Zbyszkowi i że jeśli wyczerpie się przedtem, niż zdoła zadać cios stanowczy, to walka z tym strasznym, choć mniej doświadczonym wyrostkiem może się stać dla niego zgubną. Pomyślawszy to, postanowił walczyć z najmniejszym możliwie wysiłkiem, przyciągnął ku sobie tarczę, ni zbyt następował, ni zbyt się cofał, ograniczył ruchy, zebrał całą moc duszy i ramienia na jeden cios stanowczy i czekał pory.

Okrutna walka przeciągała się dłużej nad zwykłą miarę. Na krużgankach zaległa cisza śmiertelna. Słychać było tylko czasem dźwiękliwe, a czasem głuche uderzenie ostrzy i obuchów o tarcze. I księstwu, i rycerzom, i dwórkom nieobce były podobne widowiska, a jednakże jakieś uczucie podobne do przerażenia ścisnęło jakby kleszczami wszystkie serca. Rozumiano, że tu nie chodzi o wykazanie siły, sprawności, męstwa i że większa jest w tej walce zaciekłość, większa rozpacz, większa i bardziej nieubłagana zawziętość, głębsza zemsta. Z jednej strony: straszne krzywdy, miłość i żal bez dna, z drugiej: cześć całego Zakonu i głęboka nienawiść szły na tym pobojowisku na sąd Boży.

Tymczasem pojaśniał nieco zimowy, blady ranek, przetarła się szara opona[154 - opona (daw.) – zasłona. [przypis edytorski]] mgły i promień słońca rozświecił błękitny pancerz Krzyżaka i srebrnawą mediolańską zbroję Zbyszka. W kaplicy zadzwoniono na tercję[155 - tercja – jedna z godzin liturgicznych, sygnalizowanych kościelnymi dzwonami, ok. 9.00 rano. [przypis edytorski]], a razem z odgłosem dzwonu całe stada kawek zerwały się z dachów zamkowych, łopocąc skrzydłami i kracząc zgiełkliwie jakby z radości na widok krwi i tego trupa, który leżał już nieruchomo na śniegu. Rotgier rzucił na niego w czasie walki raz i drugi oczyma i nagle uczuł się ogromnie samotnym. Wszystkie oczy, które na niego patrzyły, były to oczy wrogów. Wszystkie modły, życzenia i ciche wota[156 - wota – tu: śluby, ślubowania. [przypis edytorski]], które czyniły niewiasty, były po stronie Zbyszka. Prócz tego, jakkolwiek Krzyżak był zupełnie pewien, że giermek Zbyszków nie rzuci się na niego z tyłu i nie sięgnie go zdradliwie, jednakże obecność i bliskość tej groźnej postaci przejmowała go takim mimowolnym niepokojem, jakim przejmuje ludzi widok wilka, niedźwiedzia lub bawołu, od którego nie przedziela ich krata. I nie mógł się temu uczuciu obronić, tym bardziej że Czech, chcąc śledzić przebieg walki, poruszał się i zmieniał miejsce, zachodząc walczącym to z boku, to z tyłu, to od czoła – pochylając przy tym głowę i przypatrując się mu złowrogo przez szpary w żelaznej przyłbicy hełmu, a czasem podnosząc nieco, jakby mimo woli, zakrwawione ostrze.

Zmęczenie poczęło wreszcie Krzyżaka ogarniać. Raz po raz zadał dwa ciosy krótkie, ale straszne, kierując je na prawe ramię Zbyszka, ten jednakże odepchnął je tarczą z taką siłą, że toporzysko zachwiało się w dłoni Rotgiera, sam zaś musiał się cofnąć nagle, aby nie upaść. I od tej pory cofał się ciągle. Wyczerpywały się zresztą nie tylko jego siły, ale zimna krew i cierpliwość. Z piersi widzów na widok jego cofania się wyrwało się kilka okrzyków jakby tryumfu, które wzbudziły w nim złość i rozpacz. Uderzenia toporów stały się coraz gęstsze. Pot zlewał czoła obu walczących, a przez zwarte zęby dobywał im się z piersi chrapliwy oddech. Patrzący przestali zachowywać się spokojnie i co chwila teraz odzywały się wołania to męskie, to niewieście: „Bij! W niego!… Sąd Boży! Kara Boża! Bóg ci pomagaj!” Książę skinął kilka razy dłonią, by je uciszyć, ale nie mógł ich powstrzymać. Czyniło się coraz głośniej, gdyż dzieci poczęły tu i ówdzie płakać na krużgankach, a wreszcie przy samym boku księżny jakiś młody, łkający głos niewieści zawołał:

– Za Danuśkę, Zbyszku! za Danuśkę!

Zbyszko wiedział przecie, że idzie o Danusię. Był pewny, że ten Krzyżak przyłożył ręki do jej porwania, i walcząc z nim – walczył za jej krzywdy. Ale jako młody i chciwy bitew, w chwili walki myślał o samej walce. Nagle ów krzyk uprzytomnił mu jej stratę i jej niedolę. Miłość, żal i zemsta nalały mu ognia do żył. Serce zaskowyczało w nim z rozbudzonego bólu i chwycił go po prostu szał bojowy. Strasznych, podobnych do uderzeń burzy jego ciosów nie mógł już Krzyżak pochwycić ni im wydążyć[157 - wydążyć (daw.) – zdążyć, nadążyć. [przypis edytorski]]. Zbyszko uderzył tarczą w jego tarczę z tak nadludzką siłą, że ramię Niemca zdrętwiało nagle i opadło bezwładnie. Ów zaś cofnął się w trwodze i przerażeniu i przechylił się w tył, a wtem w oczach mignął mu błysk topora i ostrze spadło mu jak piorun na prawy bark.

Do uszu widzów doszedł tylko rozdzierający krzyk: „Jesus!…” – po czym Rotgier odstąpił jeszcze krok i runął na wznak na ziemię.

Wnet zagrzmiało i zaroiło się na krużgankach jak w pasiece, w której pszczoły przygrzane słońcem poczynają ruszać się i szumieć. Rycerze zbiegali całymi tłumami po schodach, czeladź przeskakiwała wał śnieżny, by się trupom przypatrzyć. Wszędy rozlegały się okrzyki: „Ot, sąd Boży!… Ma Jurand dziedzica. Chwała mu i podzięka! To ci chłop do topora!” inni zaś wołali: „Patrzcie, a dziwujcie się! Już by sam Jurand godniej[158 - godniej – tu: lepiej. [przypis edytorski]] nie ciął!” Jakoż utworzyła się cała gromada ciekawych naokół trupa Rotgiera, a on leżał na grzbiecie, z twarzą białą jak śnieg, z szeroko otwartymi ustami i z krwawym ramieniem, odwalonym tak strasznie od szyi aż do pachy, że ledwie się na kilku włóknach trzymało. Więc mówili znów niektórzy: „Ot, żyw był i w hardości po ziemi chodził, a teraz i palcem ci nie ruszy!” A tak mówiąc, jedni podziwiali jego wzrost, gdyż wielką przestrzeń na pobojowisku zajmował i po śmierci wydawał się jeszcze ogromniejszy, drudzy zaś pawi pióropusz mieniący się cudnie na śniegu, a trzeci zbroję, którą na dobrą wieś oceniano. Lecz Czech Hlawa zbliżył się właśnie z dwoma Zbyszkowymi pachołkami, by ją zdjąć z nieboszczyka, więc ciekawi otoczyli Zbyszka, wychwalając go i wynosząc pod niebiosa, bo im się słusznie zdawało, że sława jego spadnie na całe mazowieckie i polskie rycerstwo. Tymczasem odjęto[159 - odjąć (daw.) – zabrać. [przypis edytorski]] mu tarczę i topór, by mu ulżyć, a Mrokota z Mocarzewa odpiął mu i hełm, spotniałe zaś włosy przykrył czapką ze szkarłatnego[160 - szkarłatny – ciemnoczerwony. [przypis edytorski]] sukna. Zbyszko stał jakby w osłupieniu, oddychając ciężko, z ogniem jeszcze niezgasłym w oczach, z twarzą pobladłą z wysiłku i zawziętą, drżąc nieco ze wzruszenia i trudu. Ale chwycono go pod ręce i poprowadzono do księstwa, którzy czekali nań w ogrzanej komnacie przy kominie. Tam Zbyszko klęknął przed nimi, a gdy ojciec Wyszoniek przeżegnał go i zarazem odmówił wieczny odpoczynek za dusze zmarłe, książę uścisnął za głowę młodego rycerzyka i rzekł:

– Bóg najwyższy rozsądził między wami i prowadził rękę twoją, za co niech będzie błogosławione imię Jego – amen!

Po czym, zwróciwszy się do rycerza de Lorche i do innych, dodał:

– Ciebie, obcy rycerzu, i was wszystkich obecnych biorę na świadków w tym, o czym i sam świadczę, jako się potykali wedle prawa i obyczaju, a jako się sądy Boże wszędy odprawują, tak się też i ten odprawił po rycersku i po bożemu.

Okrzyknęli się na to zgodnym chórem miejscowi wojownicy, gdy zaś panu de Lorche przetłumaczono słowa książęce, wstał i oznajmił, że nie tylko świadczy, jako wszystko odbyło się po rycersku i po bożemu, ale gdyby nawet ktokolwiek w Malborgu lub na jakim innym dworze książęcym śmiał o tym wątpić – on, de Lorche, pozwie go natychmiast w szranki na walkę pieszą lub konną, choćby to był nie tylko zwyczajny rycerz, ale olbrzym lub czarnoksiężnik, samego Merlina magiczną siłą przewyższający.

A tymczasem księżna Anna Danuta, w chwili gdy Zbyszko z kolei objął jej nogi, mówiła pochylając się ku niemu:

– Czemu się zaś nie radujesz? Raduj się i dziękuj Bogu, bo jeśli cię Bóg w miłosierdziu swym wyzuł z tej obieży, to cię i dalej nie opuści i do szczęśliwości doprowadzi.

A Zbyszko odrzekł:

– Jakoże mam się radować, miłościwa pani? Dał ci mi Bóg zwycięstwo i pomstę nad onym Krzyżakiem, ale Danuśki jako nie było, tak i nie ma – i nie bliżej mi do niej teraz niż przedtem.

– Najzawziętsi nieprzyjaciele, Danveld, Gotfryd i Rotgier nie żyją – odpowiedziała księżna – a o Zygfrydzie mówią, iż sprawiedliwszy od nich, choć okrutny. Chwalże miłosierdzie boskie i za to. A mówił także pan de Lorche, że jeśli Krzyżak legnie, to on ciało jego odwiezie, a potem wraz do Malborga pojedzie i u samego wielkiego mistrza o Danuśkę się upomni. Jużci nie ośmielą się wielkiego mistrza nie posłuchać.

– Bóg daj zdrowie panu de Lorche – rzekł Zbyszko – i ja z nim pojadę do Malborga.

A księżna przestraszyła się tych słów, jak gdyby Zbyszko rzekł, że bezbronny pójdzie między wilki, które zbierały się zimą w stada w głębokich borach Mazowsza.

– Po co? – zawołała. – Na zgubę pewną? Zaraz po spotkaniu nie pomoże ci ni de Lorche, ni te listy, które Rotgier pisał przed walką. Nie zratujesz nikogo, a zgubisz siebie.

Lecz on wstał, złożył w krzyż dłonie i rzekł:

– Tak mi dopomóż Bóg, że pojadę do Malborga i choćby za morza. Tak mi błogosław, Chryste, jako jej będę szukał do ostatniego tchu w nozdrzach i jako nie ustanę, póki nie zginę. Łacniej[161 - łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]] mi bić Niemców i potykać się we zbroi niż sierocie jęczeć w podziemiu. Oj, łacniej! łacniej!

I mówił to, jak zresztą zawsze, gdy wspominał Danusię, w takim uniesieniu, w takim bólu, że aż chwilami słowa urywały mu się, tak jakby go kto chwytał za gardło. Księżna poznała, że próżno[162 - próżno (daw.) – bezskutecznie. [przypis edytorski]] by go odwodzić, że kto by go chciał powstrzymać, ten musiałby go chyba skuć i wtrącić do podziemia.

Zbyszko nie mógł jednak wyjechać natychmiast. Wolno było ówczesnemu rycerzowi nie zważać na żadne przeszkody, ale nie wolno było złamać obyczaju rycerskiego, który nakazywał, by zwycięzca w pojedynku spędził na miejscu walki cały dzień aż do następnej północy, a to dla okazania, że został panem pobojowiska, jak i dla okazania gotowości do nowej walki, gdyby ktokolwiek z krewnych lub przyjaciół zwyciężonego chciał go ponownie do niej wyzwać. Obyczaj ten zachowywały nawet całe wojska, tracąc nieraz korzyści, jakie by pośpiech po zwycięstwie mógł przynieść. Zbyszko nie próbował nawet wyłamać się spod nieubłaganego prawa i posiliwszy się nieco, a następnie przywdziawszy zbroję, tkwił aż do północy na dziedzińcu zamkowym pod zasępionym niebem zimowym, czekając na nieprzyjaciela, który znikąd przybyć nie mógł.

O północy dopiero, gdy heroldowie obwieścili ostatecznie przy dźwięku trąb jego zwycięstwo, Mikołaj z Długolasu zawezwał go na wieczerzę, a zarazem na naradę do księcia.




Rozdział szósty


Książę[163 - Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]] pierwszy zabrał głos na naradzie i tak mówił:

– To bieda, że nie mamy nijakiego pisma ani świadectwa przeciw komturom[164 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]]. Bo choć posąd nasz zdaje się słuszny i ja sam myślę, że Jurandównę oni chwycili, nie kto inny, ale co z tego? Wyprą się. A jak wielki mistrz spyta o jakowyś dowód, co mu pokażem? Ba! jeszcze list Jurandowy świadczy za nimi.

Tu zwrócił się do Zbyszka:

– Powiadasz, że ten list groźbą na nim wymusili. Może być i pewnie tak jest, bo gdyby po ich stronie była sprawiedliwość, to by ci był Bóg przeciw Rotgierowi nie pomógł. Ale skoro wymusili jeden, to mogli wymusić i dwa. Może i oni mają od Juranda świadectwo, że nie winni porwania nieszczęsnej dziewki. A w takim razie pokażą je mistrzowi – i co będzie?

– Sami przecie przyznali, miłościwy panie, że Danuśkę niby zbójom odbili i że ją mają.

– To wiem. Ale teraz powiadają, że się omylili i że to inna dziewka, a najlepszy dowód, że sam Jurand jej się zaparł[165 - zaprzeć się – zaprzeczyć, nie przyznać się. [przypis edytorski]].

– Zaparł się, bo mu pokazali inną, przez co go właśnie rozjuszyli[166 - rozjuszyć (daw.) – rozwścieczyć. [przypis edytorski]].

– Pewnie tak było, ale mogą powiedzieć, że to jeno[167 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] nasze domysły.

– Ich łgarstwa – rzekł Mikołaj z Długolasu – są jakoby bór. Z brzega jeszcze coś widać, ale im głębiej, tym większa gęstwa, że się człek zabłąka i całkiem drogę straci.

Po czym powtórzył swoje słowa po niemiecku panu de Lorche, który rzekł:

– Sam wielki mistrz lepszy od nich, a i brat jego, choć duszę ma zuchwałą, ale na cześć rycerską czułą.

– Tak jest – odpowiedział Mikołaj. – Mistrz człowiek ludzki. Nie umie ci on hamować komturów ni kapituły i nie poradzi na to, że wszystko w Zakonie na ludzkich krzywdach stoi, ale im nierad[168 - nierad (daw.) – niechętny. [przypis edytorski]]. Jedźcie, jedźcie, rycerzu de Lorche, i opowiedzcie mu, co tu się działo. Obcych więcej się oni wstydzą niż nas, by zaś nie opowiadali na obcych dworach o ich zdradach i nieuczciwych postępkach. A gdy mistrz spyta was o dowody, tedy rzeknijcie mu tak: „Znać prawdę boska rzecz, a ludzka jej szukać, więc jeśli chcesz, panie, dowodów, to ich poszukaj: każ przetrząść zamki, wybadaj ludzi, pozwól nam szukać, boć to głupstwo i bajka, że oną sierotę chwycili zbóje leśni”.

– Głupstwo i bajka – powtórzył de Lorche.

– Bo zbóje nie podnieśliby ręki na książęcy dworzec ni na Jurandowe dziecko. A gdyby wreszcie nawet ją chwycili, to dla okupu, i sami by dali znać, że ją mają.

– Wszystko to powiem – rzekł Lotaryńczyk – i de Bergowa też odszukam. My z jednego kraju, a choć go nie znam, mówią, że i on jakowyś krewniak hrabiego Geldrii. Był w Szczytnie, niech mistrzowi opowie, co widział.

Zbyszko zrozumiał cośkolwiek z tych słów, a czego nie zrozumiał, to wytłumaczył mu Mikołaj, więc chwycił przez pół pana de Lorche i przycisnął go do piersi tak, że aż rycerz jęknął.

Książę zaś rzekł do Zbyszka:

– A ty koniecznie chcesz też jechać?

– Koniecznie, miłościwy panie. Cóż mam innego czynić? Chciałem Szczytna dobywać, choćby zębami przyszło mur gryźć, ale jakoże mi bez pozwoleństwa wojnę wszczynać?

– Kto by wojnę bez pozwoleństwa wszczął, pod katowskim by się mieczem kajał – rzekł książę.

– Juści prawo prawem – odpowiedział Zbyszko. – Ba! chciałem potem pozywać wszystkich, którzy byli w Szczytnie, ale powiadali ludzie, że Jurand narznął ich tam jak wołów, i nie wiedziałem, który żyw, a który zabit… Bo, tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż, jako ja Juranda do ostatniego tchu nie opuszczę!

– To zacnie mówisz i udałeś mi się – rzekł Mikołaj z Długolasu. – A żeś do Szczytna sam nie leciał, to też widać, że rozum masz, bo i głupi by się domyślił, że oni tam ni Juranda, ni jego córki nie trzymają, jeno musieli ich do innych zamków wywieźć. Bóg cię Rotgierem nagrodził za to, żeś tu przyjechał.

– Ano! – rzekł książę – jako się od Rotgiera słyszało, to z tych czterech jeden tylko stary Zygfryd żywie, a innych Bóg już pokarał albo twoją, albo Jurandową ręką. Co do Zygfryda, mniejszy od tamtych szelma, ale okrutnik może największy. Źle, że Jurand i Danuśka w jego ręku, i trzeba ich prędko ratować. Aby zaś i ciebie zła przygoda nie spotkała, dam ci do mistrza list. Słuchaj jeno dobrze i rozumiej, że nie jedziesz jako poseł, jeno jako wysłannik, a ja mistrzowi piszę tak: Skoro się swego czasu na naszą osobę, potomka ich dobrodziejów, targnęli, to rzecz podobna jest, że Jurandównę chwycili, zwłaszcza mając złość do Juranda. Proszę tedy[169 - tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]] mistrza, aby pilnie jej szukać nakazał i jeśli chce przyjaźni mojej, zaraz ci ją w ręce oddał.

Zbyszko, usłyszawszy to, rzucił się do nóg księcia i objąwszy jego kolana, począł mówić:

– A Jurand, miłościwy panie! A Jurand? Wstawcie się też za nim! Jeśli śmiertelne ma rany, niech choć u siebie na dziedzinie i przy dzieciach zamrze.

– Jest i o Jurandzie – rzekł łaskawie książę. – Ma wysłać mistrz dwóch sędziów i ja też dwóch, którzy uczynki komturów i Jurandowe wedle praw czci rycerskiej rozpatrzą. A ci zaś wybiorą jeszcze jednego, by zaś był im głową, i jako wszyscy uradzą, tak będzie.

Na tym skończyła się narada, po której Zbyszko pożegnał księcia, gdyż wnet mieli wyruszyć w drogę. Lecz przed rozejściem się doświadczony i znający Krzyżaków Mikołaj z Długolasu wziął Zbyszka na bok i zapytał:

– A onego pachołka Czecha weźmiesz z sobą do Niemców?

– Pewnie, że mnie nie odstąpi[170 - odstąpić – odejść od kogoś. [przypis edytorski]]. Albo co?

– Bo mi go żal. Chłop ci jest na schwał, a zaś miarkuj, co ci rzekę: ty z Malborga zdrową głowę wyniesiesz, chyba że potykając się tam, trafisz na lepszego, ale jego zguba pewna.

– A dlaczego?

– Bo go psubraty oskarżali, że on de Fourcy'ego zadżgał[171 - zadżgał – dziś popr.: zadźgał. [przypis edytorski]]. Musieli też do mistrza o jego śmierci pisać i też pewnikiem[172 - pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]] napisali, iż Czech onę[173 - onę (daw.) – tę. [przypis edytorski]] krew rozlał. Tego mu w Malborgu nie darują. Czeka go sąd i pomsta, bo jakże o jego niewinności mistrza przekonasz? A przecie on także i Danveldowi ramię pokruszył, który wielkiego szpitalnika był krewny. Szkoda mi go, a powtarzam ci, że jeśli pojedzie, to po śmierć.

– Nie pojedzie po śmierć, bo go w Spychowie ostawię.

Lecz stało się inaczej, gdyż zaszły powody, dla których Czech nie został w Spychowie. Zbyszko i de Lorche ruszyli wraz ze swymi pocztami nazajutrz. De Lorche, którego ksiądz Wyszoniek rozwiązał ze ślubów względem Ulryki de Elner, jechał szczęśliwy i cały oddany rozpamiętywaniu urody Jagienki z Długolasu, więc milczący; Zbyszko zaś nie mogąc z nim rozmawiać o Danuśce także i z tej przyczyny, że nie bardzo się z sobą rozumieli, rozmawiał z Hlawą, który dotąd nic o zamierzonej w dzierżawy krzyżackie wyprawie nie wiedział.

– Jedziem do Malborga – rzekł – a kiedy ja wrócę, to w mocy boskiej… Może prędko, może na wiosnę, może za rok, a może i wcale, rozumiesz?

– Rozumiem. Wasza miłość jedzie też także pewnie i dlatego, aby tamtejszych rycerzy pozywać. I chwała Bogu, boć przy każdym rycerzu jest przecie giermek.

– Nie – odrzekł Zbyszko. – Nie po to ja tam jadę, by ich pozywać, chybaby się samo zdarzyło, a ty wcale nie pojedziesz, jeno w domu, w Spychowie, zostaniesz.

Usłyszawszy to Czech naprzód zmartwił się okrutnie i począł żałośnie narzekać, a potem nuż[174 - nuż (daw.) – szybko i gwałtownie (wykrzyknienie). [przypis edytorski]] prosić młodego pana, by go nie ostawiał.

– Ja poprzysiągł, że waszej miłości nie opuszczę: poprzysiągł na Krzyż i na cześć. A gdyby waszą miłość jakować przygoda spotkała, jakoże pokazałbym się na oczy mojej pani w Zgorzelicach! Ja jej przysięgał, panie! więc zmiłujcie wy się nade mną, bym się nie pohańbił przed nią.

– A nie przysięgałeś jej, że mi będziesz posłuszny? – zapytał Zbyszko.

– Jakże nie! We wszystkim, jeno nie w tym, bym poszedł precz. Jeśli mnie wasza miłość odpędzi, pojadę opodal, abym w razie potrzeby był pod ręką.

– Ja cię nie odpędzam i nie odpędzę – odpowiedział Zbyszko – ale niewola by mi to była, gdybym cię nie mógł nigdzie wysłać, choćby w najdalszą drogę, ni też odczepić się od ciebie bogdaj[175 - bogdaj (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]] na jeden dzień. Nie będziesz-że stał bez przestanku[176 - bez przestanku (daw.) – bez przerwy. [przypis edytorski]] nade mną jak kat nad dobrą duszą! A co do bitwy, jakże mi pomożesz? Nie mówię, na wojnie, bo na wojnie ludzie się kupą biją, a w spotkaniu samowtór[177 - samowtór (daw.) – tylko we dwóch. [przypis edytorski]] jużci się nie będziesz za mnie bił. Gdyby Rotgier był tęższy[178 - tęższy (daw.) – silniejszy. [przypis edytorski]] ode mnie, nie na naszym wozie byłaby jego zbroja, jeno moja na jego. A przy tym wiedz, że mi tam z tobą będzie gorzej i że mnie na niebezpieczeństwo podać możesz.

– Jak to, wasza miłość?

Więc Zbyszko począł mu opowiadać to, co słyszał od Mikołaja z Długolasu, że komturowie, nie mogąc się przyznać do zamordowania de Fourcy'ego, jego oskarżyli i będą go zemstą ścigali.

– A jeśli cię schwycą – rzekł w końcu – przecie cię im jako psom w gardle nie ostawię, przez co i sam mogę głową nałożyć[179 - głową nałożyć – zginąć. [przypis edytorski]].

Zasępił się usłyszawszy te słowa Czech, albowiem czuł w nich prawdę: jednakże usiłował jeszcze rzecz wedle swojej chęci wykręcić.

– Toć już nie ma na świecie tych, którzy mię widzieli, bo jednych, jako mówią, stary pan ze Spychowa pobił, a Rotgiera wasza miłość.

– Widzieli cię pachołcy, którzy się opodal za nimi wlekli, i żywie[180 - żywie (daw.) – żyje. [przypis edytorski]] ów stary Krzyżak, który pewnie w Malborgu teraz siedzi, a jeśli nie siedzi, to przyjedzie, gdyż go, da Bóg, mistrz wezwie.

Na to nie było już co odpowiedzieć, więc jechali w milczeniu aż do Spychowa. Zastali tam zupełną gotowość wojenną, gdyż stary Tolima spodziewał się, że albo Krzyżacy na gródek uderzą, albo Zbyszko, wróciwszy, poprowadzi ich na ratunek staremu panu. Straże czuwały wszędy[181 - wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]], na przejściach przez bagniska i w samym gródku. Chłopi byli zbrojni, że zaś nie nowina im była wojna, więc czekali na Niemców z ochotą, obiecując sobie łup znamienity. W kasztelu[182 - kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]] przyjął Zbyszka i de Lorchego ksiądz Kaleb i zaraz po wieczerzy[183 - wieczerza (daw.) – kolacja. [przypis edytorski]] pokazał im pergamin z pieczęcią Juranda, w którym własnoręcznie spisał ostatnią wolę rycerza ze Spychowa.

– Dyktował ci mi ją – rzekł – tej nocy, której do Szczytna ruszył. No – i nie spodziewał się wrócić.

– A czemuście nie mówili nic?

– Nie mówiłem nic, bo mi pod tajemnicą spowiedzi wyznał, co chce czynić. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niech mu świeci…

– Nie mówcie za niego pacierza. Żyw jeszcze. Wiem to ze słów Krzyżaka Rotgiera, z którym potykałem się na dworze księcia. Był między nami sąd Boży i zabiłem go.

– Tym bardziej Jurand nie wróci… Chybaby moc Boża!…

– Jadę z tym oto rycerzem, aby go z ich rąk wyrwać.

– To nie znasz widać krzyżackich rąk; jać je znam, gdyż nim mnie Jurand w Spychowie przygarnął, byłem piętnaście roków[184 - roków (gw.) – lat. [przypis edytorski]] księdzem w ich kraju. Jeden Bóg może Juranda ratować.

– I może też nam pomóc.

– Amen.

Po czym rozwinął dokument i jął go czytać. Jurand zapisywał wszystkie swe ziemie i całą majętność Danusi i jej potomstwu, w razie zaś bezpotomnej śmierci tejże, jej mężowi, Zbyszkowi z Bogdańca. W końcu polecał tę swoją wolę opiece książęcej: „by zaś jeśliby co nie było wedle[185 - wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]] prawa, łaska książęca w prawo zmieniła”. Koniec ów dodany był dlatego, że ksiądz Kaleb znał się tylko na prawie kanonicznym[186 - prawo kanoniczne – prawo kościelne. [przypis edytorski]], a sam Jurand, zajęty wyłącznie wojną, tylko na rycerskim. Po odczytaniu dokumentu Zbyszkowi ksiądz odczytał go starszym[187 - starszy (daw.) – tu: przełożony. [przypis edytorski]] ludziom załogi spychowskiej, którzy uznali zaraz młodego rycerza jako dziedzica i przyrzekli mu posłuszeństwo.

Myśleli też, że Zbyszko wnet ich poprowadzi na ratunek staremu panu, i radowali się, albowiem w piersiach ich biły serca srogie i łakome na wojnę, a do Juranda przywiązane. Toteż smutek ogarnął ich wielki, gdy dowiedzieli się, że zostaną w domu i że pan z małym jeno pocztem uda się do Malborga, i nie na wojnę, lecz na skargę. Dzielił ten ich smutek Czech Głowacz, choć z drugiej strony rad był z tak znacznego pomnożenia Zbyszkowego dobra.

– Hej! komu by była uciecha – rzekł – to staremu panu z Bogdańca! I umiałby też on tu rządzić! Co tam Bogdaniec w porównaniu z taką dziedziną[188 - dziedzina (daw.) – ziemia, gospodarstwo, dziedzictwo, coś, co się dziedziczy. [przypis edytorski]]!

A Zbyszka zdjęła w tej chwili nagła tęsknota do stryjca, taka, jaka zdejmowała go często, zwłaszcza zaś w trudnych i ciężkich wypadkach życia, więc zwróciwszy się do giermka, rzekł bez namysłu:

– Co masz tu po próżnicy[189 - po próżnicy – na darmo. [przypis edytorski]] siedzieć! Jedź do Bogdańca, list powieziesz.

– Jeśli nie mam z waszą miłością iść, to już wolałbym tam jechać! – odrzekł uradowany pacholik.

– Wołaj mi księdza Kaleba, niech wypisze jako się patrzy wszystko, co tu było, a stryjcowi odczyta list proboszcz z Krześni albo-li też opat[190 - opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]], jeśli jest w Zgorzelicach.

Lecz powiedziawszy to, uderzył się dłonią po młodych wąsiętach i dodał, mówiąc jakby sam do siebie:

– Ba! opat!…

I zaraz przed oczyma przesunęła mu się Jagienka – modrooka, ciemnowłosa, hoża[191 - hoży – zdrowo wyglądający, urodziwy. [przypis edytorski]] jak łania, a ze łzami na rzęsach! Uczyniło mu się kłopotliwie i przez czas jakiś tarł ręką czoło, lecz wreszcie rzekł:

– Jużci, będzie ci smutno, dziewczyno, ale nie gorzej niźli mnie.

Tymczasem nadszedł ksiądz Kaleb i zaraz zasiadł do pisania. Zbyszko dyktował mu obszernie wszystko, co się zdarzyło od chwili, gdy przybył do leśnego dworca. Nic nie zataił, gdyż wiedział, że stary Maćko, gdy się dobrze w tych sprawach rozpatrzy[192 - rozpatrzyć się (daw.) – rozeznać się. [przypis edytorski]], to w końcu będzie rad[193 - rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]]. Bogdańca istotnie ani porównać ze Spychowem, który był włością[194 - włość (daw.) – posiadłość. [przypis edytorski]] obszerną i bogatą, a Zbyszko wiedział, że Maćkowi okrutnie zawsze o takie rzeczy chodziło.

Lecz gdy po długich mozołach[195 - mozoł – trud, wysiłek. [przypis edytorski]] list był napisany i pieczęcią zamknięty, zawołał znów Zbyszko giermka i wręczył mu go, mówiąc:

– A może ze stryjcem tu wrócisz, z czego wielce bym był rad.

Lecz Czech miał twarz także jakby zakłopotaną; marudził, z nogi na nogę przestępował i nie odchodził, póki młody rycerz nie ozwał się:

– Masz-li co jeszcze powiedzieć, to mów.

– Chciałbym, wasza miłość… – odrzekł Czech – chciałbym ot! jeszcze zapytać, jako tam mam ludziom rozpowiadać?

– Jakim ludziom?

– Niby, nie w Bogdańcu, ale w okolicy… Bo się też z pewnością będą chcieli dowiedzieć.

Na to Zbyszko, który postanowił już nic nie ukrywać, spojrzał na niego bystro i rzekł:

– Tobie nie o ludzi chodzi, jeno o Jagienkę ze Zgorzelic.

A Czech spłonął[196 - spłonąć (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]], potem przybladł nieco i odpowiedział:

– O nią, panie.

– A skąd wiesz, czy się tam nie wydała za Cztana z Rogowa albo za Wilka z Brzozowej?

– Panienka nie wydała się za niego – odrzekł stanowczo giermek.

– Mógł jej opat rozkazać.

– Opat panienki słucha, nie ona jego.

– To czegóż chcesz? Powiadaj prawdę tak jej, jak wszystkim.

Czech skłonił się i odszedł nieco zły.

– Daj Bóg – mówił sobie, myśląc o Zbyszku – by cię zapomniała. Daj jej Bóg jeszcze lepszego niż ty. Ale jeślić nie zapomniała, to też jej rzekę, żeś żeniaty[197 - żeniaty – dziś popr.: żonaty. [przypis edytorski]], ale bez niewiasty i że bogdaj owdowiejesz, nim do łożnicy wstąpisz.

Giermek przywiązał się był jednak do Zbyszka, litował się i nad Danusią, ale Jagienkę miłował nad wszystko w świecie i od czasu, jak się przed ostatnią bitką w Ciechanowie dowiedział o małżeństwie Zbyszkowym, nosił ból i gorycz w sercu.

– Bogdaj, że wprzód[198 - wprzód (daw.) – najpierw, wcześniej. [przypis edytorski]] owdowiejesz! – powtórzył.

Lecz następnie inne, widocznie słodsze myśli poczęły mu przychodzić do głowy, gdyż schodząc ku koniom, mówił:

– Chwała Bogu, że jej choć nogi obejmę.

Tymczasem Zbyszko rwał się do drogi, gdyż trawiła go gorączka – i o ile z konieczności nie musiał zajmować się innymi sprawami, o tyle znosił po prostu męki, myśląc bez ustanku o Danusi i Jurandzie. Trzeba było jednak zostać w Spychowie chociaż na jeden nocleg, choćby dla[199 - dla – tu: ze względu na. [przypis edytorski]] pana de Lorche i dla przygotowań, których tak długa podróż wymagała. Sam był wreszcie utrudzon nad wszelką miarę walką, czuwaniem, drogą, bezsennością, zmartwieniem. Gdy więc noc uczyniła się bardzo późna, rzucił się na twarde Jurandowe łoże w nadziei, że choć krótki sen go nawiedzi. Lecz nim zasnął, zapukał do niego Sanderus i skłoniwszy się, rzekł:

– Panie, ocaliliście mnie od śmierci i dobrze mi było przy was, jako dawno przedtem nie bywało. Bóg wam dał teraz włość wielką, żeście jeszcze bogatsi niż wprzódy[200 - wprzódy (daw.) – wcześniej. [przypis edytorski]], a i skarbiec spychowski niepusty. Dajcie mi, panie, trzos jaki taki, a ja pójdę do Prus od zamku do zamku i choć mi tam nie bardzo bezpieczno, może wam usłużę.

Zbyszko, który chciał go w pierwszej chwili wyrzucić z izby, zastanowił się nad tymi słowami i po chwili, wydobywszy ze stojącej wedle łoża podróżnej kalety[201 - kaleta – noszony przy pasie skórzany woreczek na pieniądze lub inne drobiazgi. [przypis edytorski]] spory worek, rzucił mu go i rzekł:

– Masz, idź! Jeśliś szelma[202 - szelma – osoba sprytna a nieuczciwa. [przypis edytorski]] – odrwisz[203 - odrwić (daw.) – oszukać. [przypis edytorski]], jeśliś uczciwy – usłużysz.

– Odrwię jako szelma, panie – rzekł Sanderus – ale nie was, a usłużę poczciwie – wam.




Rozdział siódmy


Zygfryd de Löwe miał właśnie wyjeżdżać do Malborga, gdy niespodzianie pocztowy pachołek przyniósł mu list od Rotgiera z wiadomościami z mazowieckiego dworu. Wiadomości te poruszyły do żywego starego Krzyżaka. Przede wszystkim widać było z listu, iż Rotgier wybornie przedstawił i poprowadził wobec księcia Janusza sprawę Juranda. Zygfryd uśmiechnął się czytając, że Rotgier zażądał jeszcze, by książę za krzywdy Zakonu oddał jeszcze Spychów w maństwo[204 - maństwo (daw.) – posiadłość, zarząd; od man – lennik, hołdownik. [przypis edytorski]] Krzyżakom. Natomiast druga część listu zawierała nowiny niespodziane i mniej korzystne. Oto donosił także Rotgier, że dla tym lepszego okazania niewinności Zakonu w porwaniu Jurandówny rzucił był rękawicę rycerzom mazowieckim, pozywając każdego, kto by o tym wątpił, na sąd Boży, to jest na walkę wobec całego dworu… „Żaden jej nie podnosił – pisał dalej Rotgier – wszyscy bowiem wiedzieli, iż świadczył za nami list samego Juranda, więc bali się sprawiedliwości Bożej, gdy wtem znalazł się młodzik, któregośmy w leśnym dworcu widzieli – i ów zakład podjął. Z której przyczyny nie dziwujcie się, pobożny i mądry bracie, że się z powrotem o dwa albo trzy dni opóźnię, gdyż – sam pozwawszy, stanąć muszę. A iżem to dla chwały Zakonu uczynił, mam nadzieję, że nie poczyta mi tego za złe ani wielki mistrz, ani też wy, którego czczę i synowskim sercem miłuję. Przeciwnik – prawy[205 - prawy (daw.) – prawdziwy. [przypis edytorski]] dzieciuch, a mnie walka, jako wiecie, nie nowina, więc łatwie tę krew na chwałę Zakonu rozleję, a zwłaszcza przy pomocy Pana Chrystusowej, któremu pewnie więcej chodzi o tych, którzy krzyż Jego noszą, niż o jakowegoś Juranda albo o krzywdy jednej mizernej dziewki z mazurskiego narodu!”

Zygfryda zdziwiła przede wszystkim wiadomość, że Jurandówna była zamężna. Na myśl, że w Spychowie osiąść może nowy groźny i mściwy nieprzyjaciel, objął nawet starego komtura pewien niepokój: „Oczywiście – mówił sobie – zemsty nie poniecha, a tym bardziej gdyby niewiastę odzyskał i gdyby mu powiedziała, że to myśmy ją porwali z leśnego dworca! Ba, wydałoby się też zaraz, żeśmy Juranda sprowadzili jeno[206 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] dlatego, by go zagubić, i że córki nikt nie myślał mu oddawać”. Tu przyszło Zygfrydowi na myśl, że jednak na skutek listów księcia wielki mistrz prawdopodobnie każe czynić poszukiwania w Szczytnie choćby dlatego, by się przed tymże księciem oczyścić. Przecież mistrzowi i kapitule[207 - kapituła – rada sprawująca władzę w zakonie. [przypis edytorski]] tak chodziło o to, by na wypadek wojny z potężnym królem polskim książęta mazowieccy pozostali na stronie[208 - na stronie – obok, tu w sensie: neutralni. [przypis edytorski]]. Pominąwszy siły książąt wobec rojności[209 - rojny (daw.) – liczny. [przypis edytorski]] mazowieckiej szlachty, niepoślednie[210 - niepośledni (daw.) – nie byle jaki. [przypis edytorski]], a wobec jej bitności – godne, by ich nie lekceważyć, pokój z nimi zabezpieczał granicę krzyżacką na ogromnej, rozciągłej przestrzeni i pozwalał im skupić lepiej swe siły. Nieraz mówiono o tym przy Zygfrydzie w Malborgu, nieraz cieszono się nadzieją, że po zwycięstwie nad królem znajdzie się później byle pozór przeciw Mazowszu, a wówczas żadna siła nie wyrwie tej krainy z rąk krzyżackich. Był to rachunek i wielki, i pewny, dlatego było rzeczą równie pewną, że mistrz uczyni tymczasem wszystko, by nie rozdrażniać księcia Janusza[211 - Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]], albowiem pan ów, żonaty z córką Kiejstuta[212 - Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]], trudniejszym był do zjednania niż Ziemowit Płocki[213 - Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]], którego małżonka[214 - Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]] była nie wiadomo dlaczego całkiem Zakonowi oddana.

I wobec tych myśli stary Zygfryd, który przy całej swej gotowości do wszelkich zbrodni, zdrad i okrucieństw miłował jednak nad wszystko Zakon i chwałę jego, począł się rachować z sumieniem: „Zali[215 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] nie lepiej będzie wypuścić Juranda i jego córkę? Zdrada i ohyda wyda się wprawdzie wówczas w całej pełni, ale obciąży imię Danvelda, ten zaś nie żyje. A choćby też – myślał – mistrz pokarał srodze mnie i Rotgiera, którzyśmy byli jednak wspólnikami Danveldowych uczynków, to czy nie lepiej tak będzie dla Zakonu?” Lecz tu jego mściwe i okrutne serce poczęło burzyć się na myśl o Jurandzie.

Wypuścić go, tego ciemięzcę i kata zakonnych ludzi, zwycięzcę w tylu spotkaniach, przyczynę tylu klęsk i hańby, pogromcę, a potem zabójcę Danvelda, pogromcę de Bergowa, zabójcę Majnegera, zabójcę Gotfryda i Huga, tego, który w samym Szczytnie wytoczył więcej krwi niemieckiej, niż jej wytacza niejedna dobra utarczka czasu wojny: „Nie mogę! nie mogę! – powtarzał w duszy Zygfryd i na samą tę myśl drapieżne palce zaciskały mu się kurczowo, a stara, wyschła pierś z trudnością łowiła oddech. – A jednak, gdyby to było z większym pożytkiem i chwałą Zakonu? Gdyby kara, która by spadła w takim razie na jeszcze żyjących sprawców zbrodni, miała przejednać wrogiego dotychczas księcia Janusza i ułatwić z nim układ albo nawet i przymierze?… Zapalczywi są oni – myślał dalej stary komtur[216 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] – lecz byle im trochę dobroci okazać, łatwo krzywd zapominają. Ot i książę sam był we własnym kraju pochwycon, a przecie czynnie się nie mścił…” Tu począł chodzić po sali w wielkiej rozterce wewnętrznej, gdy nagle wydało mu się, że mu coś z góry rzekło: „Wstań i czekaj na powrót Rotgiera”. Tak! należało czekać. Rotgier zabije niechybnie[217 - niechybnie (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]] onego młodzianka, a i potem albo trzeba będzie ukryć Juranda i jego córkę, albo ich oddać. W pierwszym razie książę wprawdzie o nich nie zapomni, ale nie mając pewności, kto porwał dziewkę, będzie jej szukał, będzie słał listy do mistrza nie z oskarżeniem, ale rozpytujące – i rzecz pójdzie w niezmierną odwłokę[218 - odwłoka (daw.) – zwłoka. [przypis edytorski]]. W drugim razie radość z powrotu Jurandówny większą będzie niż chęć zemsty za jej porwanie. „A wszak[219 - wszak (daw.) – przecież. [przypis edytorski]] ci zawsze możemy powiedzieć, żeśmy ją znaleźli już po Jurandowej napaści!” Ta ostatnia myśl uspokoiła całkiem Zygfryda. Co do samego Juranda, dawno już na współkę[220 - na współkę – dziś popr. wspólnie bądź na spółkę. [przypis edytorski]] z Rotgierem wymyślili sposób, żeby jeśli go przyjdzie wypuścić, nie mógł ni mścić się, ni skarżyć. Zygfryd radował się w srogiej duszy, myśląc teraz o tym sposobie. Radował się również na myśl o sądzie Bożym, który miał odbyć się w ciechanowskim zamku. Co do wyniku śmiertelnej walki nie nurtował go żaden niepokój. Przypomniał sobie pewien turniej w Królewcu, gdy Rotgier pokonał dwóch słynnych rycerzy, którzy w ojczystej swej andegaweńskiej krainie uchodzili za niezwalczonych[221 - niezwalczony – niepokonany. [przypis edytorski]] zapaśników. Wspomniał i walkę pod Wilnem z pewnym polskim rycerzem, dworzaninem Spytka z Melsztyna[222 - Spytko z Melsztyna – (1364–1399), wojewoda krakowski, poległ w bitwie z Tatarami nad Worsklą. [przypis edytorski]], którego Rotgier zabił. I rozjaśniła mu się twarz, a serce wezbrało dumą, gdyż Rotgiera, jakkolwiek już słynnego rycerza, on pierwszy na wyprawy do Litwy wodził[223 - wodzić (daw.) – prowadzić. [przypis edytorski]] i najlepszych sposobów wojny z tym plemieniem go uczył. A teraz ów synaczek rozleje raz jeszcze znienawidzoną krew polską i wróci okryty chwałą. Wszak ci to sąd Boży, więc i Zakon będzie zarazem z podejrzeń oczyszczon… „Sąd Boży!…” Na jedno mgnienie oka stare serce ścisnęło się uczuciem podobnym do trwogi. Oto Rotgier stanąć ma do walki śmiertelnej w obronie niewinności krzyżackiej, a przecie oni winni, będzie zatem walczył za kłamstwo… Nużby stało się nieszczęście. Lecz po chwili Zygfrydowi wydało się to znów niemożliwym. Rotgier nie może być zwyciężony.

Uspokoiwszy się w ten sposób, stary Krzyżak zamyślił się jeszcze nad tym, czyby nie lepiej wysłać tymczasem Danusi do którego odleglejszego zamku, który by w żadnym razie nie mógł ulec zamachowi Mazurów. Lecz po chwili zastanowienia zaniechał i tej myśli. Obmyślić zamach i stanąć na czele mógłby jeno mąż Jurandówny, a on przecie zginie pod ręką Rotgiera… Potem będą tylko ze strony księcia i księżny dochodzenia, przepytywania, pisania, skargi, ale przez to właśnie sprawa zatrze się i zaciemni, nie mówiąc o odwłoce niemal bez końca. „Wpierw nim do czego dojdą – rzekł sobie Zygfryd – ja umrę, a może i Jurandówna postarzeje się w krzyżackim zamknięciu”. Kazał jednakże, by wszystko było gotowe w zamku do obrony, a również i do drogi, nie wiedział bowiem dokładnie, co może z narady z Rotgierem wypaść, i czekał.

Tymczasem upłynęły od terminu, na który obiecywał pierwotnie Rotgier wrócić, dni dwa, po czym trzy i cztery, a żaden orszak nie ukazywał się przed szczytnieńską bramą. Dopiero piątego, prawie już o zmroku, rozległ się odgłos rogu przed basztą odźwiernego. Zygfryd, który ukończył był właśnie przedwieczorne czynności, wysłał natychmiast pachołka, aby się dowiedział, kto przybył.

Pachołek wrócił po chwili z twarzą zmieszaną, ale zmiany tej nie mógł Zygfryd dostrzec, gdyż w izbie ogień palił się w głębokim kominie i mało rozświecał mrok.

– Przyjechali? – spytał stary rycerz.

– Tak! – odpowiedziało pacholę.

Lecz w głosie jego było coś takiego, co nagle zaniepokoiło Krzyżaka, więc rzekł:

– A brat Rotgier?

– Przywieźli brata Rotgiera.

Na to Zygfryd podniósł się z krzesła. Przez długą chwilę trzymał dłonią za poręcz, jakby obawiał się upaść, po czym ozwał się przytłumionym głosem:

– Daj mi płaszcz.

Pachołek zarzucił mu płaszcz na ramiona, on zaś widocznie odzyskał już siły, gdyż sam nasunął kaptur na głowę i wyszedł z izby.

Po chwili znalazł się na dziedzińcu zamkowym, na którym mrok uczynił się już zupełny, i szedł przez skrzypiący śnieg powolnym krokiem ku orszakowi, który przejechawszy bramę, zatrzymał się w jej pobliżu. Stała tam już gęsta gromada ludzi i świeciło kilka pochodni, które żołnierze z załogi zdążyli przynieść. Na widok starego rycerza knechtowie[224 - knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]] rozstąpili się.

Przy blasku pochodni widać było jednak trwożne oblicza i ciche głosy szeptały w pomroce:

– Brat Rotgier…

– Brat Rotgier zabit…

Zygfryd przysunął się do sani, na których leżało na słomie pokryte płaszczem ciało, i podniósł koniec płaszcza.

– Zbliżcie światło – rzekł odchylając kaptur.

Jeden z knechtów pochylił pochodnię, przy której blasku stary Krzyżak dojrzał głowę Rotgiera i twarz białą jak śnieg, zmarzniętą, otoczoną ciemną chustą, którą zawiązano mu pod brodą widocznie w tym celu, aby usta nie pozostały otwarte. Jakoż cała twarz była jakby ściągnięta, a przez to zmieniona tak, że można by rzec, iż to kto inny. Oczy były zakryte powiekami, naokoło oczu i przy skroniach plamy błękitne. Na policzkach szklił się zamróz.

Komtur patrzył przez długą chwilę wśród ogólnego milczenia. Inni patrzyli na niego, wiedziano bowiem, że był jako ojciec dla zmarłego i że go miłował. Lecz jemu ani jedna łza nie wypłynęła z oczu, oblicze tylko miał jeszcze surowsze niż zwykle, a w nim jakiś skrzepły spokój.

– Tak go odesłali! – rzekł wreszcie.

Lecz zaraz potem zwrócił się do ekonoma zamku:

– Niech do północy zbiją trumnę i ustawią ciało w kaplicy.

– Została jedna trumna z tych, które robiono dla pobitych przez Juranda – odrzekł ekonom. – Każę ją tylko suknem obić.

– I przykryć go płaszczem – rzekł Zygfryd, zakrywając twarz Rotgiera – nie takim jak ten, jeno zakonnym.

Po chwili zaś dodał:

– A wieka nie przymykać.

Ludzie zbliżyli się do wozu. Zygfryd nasunął znów kaptur na głowę, lecz widocznie przypomniał sobie jeszcze coś przed odejściem, gdyż spytał:

– Gdzie jest van Krist?

– Zabit także – odpowiedział jeden z pachołków – ale musieli go pochować w Ciechanowie, bo począł gnić.

– To dobrze.

I to rzekłszy, odszedł powolnym krokiem, a wróciwszy do izby, siadł na tym samym krześle, na którym go wiadomość zastała – i siedział z twarzą kamienną, nieruchomy, tak długo, że mały pacholik począł się niepokoić i wsuwać coraz częściej głowę przeze drzwi. Godzina płynęła za godziną, w zamku ustawał zwykły ruch, tylko od strony kaplicy dochodziło głuche, niewyraźne stukanie młotka, a potem nic nie mąciło ciszy prócz nawoływań wartowników.

Była też już blisko północ, gdy stary rycerz rozbudził się jakby ze snu i zawołał pachołka.

– Gdzie jest brat Rotgier? – zapytał.

Lecz chłopak, rozstrojony ciszą, wypadkami i bezsennością, widocznie nie zrozumiał go, gdyż spojrzał nań z trwogą i odrzekł ze drżeniem w głosie:

– Nie wiem, panie!…

A starzec uśmiechnął się rozdzierającym uśmiechem i rzekł łagodnie:

– Jać, dziecko, pytam: zali już w kaplicy?

– Tak jest, panie.

– To dobrze. Powiedzże Diederichowi, by tu przyszedł z kluczami i latarnią i by czekał, póki nie wrócę. Niech ma także i kociełek[225 - kociełek – dziś popr.: kociołek. [przypis edytorski]] z węglami. Czy w kaplicy już jest światło?

– Goreją[226 - gorzeć (daw.) – palić się. [przypis edytorski]] świece wedle[227 - wedle (daw.) – obok. [przypis edytorski]] trumny.

Zygfryd zawdział[228 - zawdziać (daw.) – przywdziać, ubrać. [przypis edytorski]] płaszcz i wyszedł.

Przyszedłszy do kaplicy, rozejrzał się od drzwi, czy nie ma nikogo, potem zamknął je starannie, zbliżył się do trumny, odstawił dwie świece z sześciu, które przy niej gorzały w wielkich miedzianych lichtarzach, i kląkł przy niej.

Wargi nie poruszały mu się wcale, więc się nie modlił. Przez czas jakiś patrzył tylko w skrzepłą, ale piękną jeszcze twarz Rotgiera, jakby chciał śladów życia w niej dopatrzyć.

Po czym wśród ciszy kaplicznej począł wołać przyciszonym głosem:

– Synaczku! Synaczku!

I umilkł. Zdawało się, że czeka odpowiedzi.

Następnie wyciągnąwszy ręce, wsunął wychudłe, podobne do szponów palce pod płaszcz okrywający piersi Rotgiera i począł ich nimi dotykać: szukał wszędzie, w pośrodku i z boków, poniżej żeber i wedle obojczyków, zmacał na koniec przez sukno szczelinę ciągnącą się od wierzchu prawego barku aż pod pachę, zagłębił palce, przesunął je przez całą długość rany i znów jął mówić głosem, w którym drgała jakby skarga:

– Oo!… jakiż to niemiłosierny cios!… A mówiłeś, że tamten – prawy[229 - prawy (daw.) – prawdziwy. [przypis edytorski]] dzieciuch!… Całe ramię! całe ramię! Tyle razy wznosiłeś je na pogan w obronie Zakonu. A teraz odrąbał ci je polski topór… I ot ci koniec! Ot ci kres! Nie błogosławił ci On, bo mu może nie chodzi o nasz Zakon. Opuścił i mnie, chociażem mu służył od długich lat.

Słowa urwały mu się na ustach, wargi poczęły drżeć i w kaplicy znów uczyniło się głuche milczenie.

– Synaczku! Synaczku!

W głosie Zygfryda była teraz prośba, a zarazem wołał jeszcze ciszej, jak ludzie, którzy dopytują się o jakąś ważną i straszną tajemnicę:

– Jeśliś jest, jeśli mnie słyszysz, daj znak: porusz ręką albo otwórz na jedno mgnienie oczy – bo mi skowycze serce w starych piersiach… daj znak, jam cię miłował – przemów!…

I wsparłszy dłonie na krawędziach trumny, utkwił swe sępie oczy w zamkniętych powiekach Rotgiera i czekał.

– Ba! jakoże masz przemówić – rzekł wreszcie – bije od ciebie mróz i zaduch. Ale skoro ty milczysz, to ja ci coś powiem, a dusza twoja niech tu przyleci między gorejące świece i słucha.

To rzekłszy, pochylił się do twarzy trupa.

– Pamiętasz, jako kapelan nie dał dobić Juranda i jakośmy mu przysięgli. I dobrze: dotrzymam przysięgi, ale ciebie uraduję, gdzieśkolwiek jest.

To rzekłszy, cofnął się od trumny, przystawił na powrót lichtarze, które był poprzednio odsunął, nakrył trupa płaszczem wraz z twarzą i wyszedł z kaplicy.

Przy drzwiach komnaty spał zmorzony głębokim snem pachołek, wewnątrz zaś czekał wedle rozkazu na Zygfryda Diederich.

Był to niski, krępy człowiek, o kabłączastych[230 - kabłączasty (daw.) – krzywy, wygięty w kabłąk. [przypis edytorski]] nogach i z kwadratową, zwierzęcą twarzą, którą w części zasłaniał ciemny ząbkowany kaptur spadający na ramiona. Na sobie miał bawoli niewyprawny[231 - niewyprawny (daw.) – z niewyprawionej skóry. [przypis edytorski]] kaftan, na biodrach również bawoli pas, za który zatknięty był pęk kluczy i krótki nóż. W prawej ręce trzymał żelazną, pozasłanianą błonami latarnię, w drugiej miedziany kotlik i pochodnię.

– Gotów jesteś? – zapytał Zygfryd.

Diederich skłonił się w milczeniu.

– Kazałem, byś miał węgle w kotliku.

Krępy człowiek znów nic nie odpowiedział, wskazał tylko płonące w kominie bierwiona, wziął stojącą wedle komina żelazną łopatkę i począł wygarniać spod nich węgle do kociołka, po czym zapalił latarnię i czekał.

– A teraz słuchaj, psie – rzekł Zygfryd. – Niegdyś wygadałeś, co kazał ci czynić komtur Danveld, i komtur kazał ci wyciąć język. Ale że możesz kapelanowi pokazać wszystko, co chcesz, na palcach, więc ci zapowiadam, iż jeśli jednym ruchem pokażesz mu to, co z mego rozkazu uczynisz – każę cię powiesić.

Diederich znów skłonił się w milczeniu, tylko twarz ściągnęła mu się złowrogo strasznym wspomnieniem, albowiem wyrwano mu język z zupełnie innego powodu, niż mówił Zygfryd.

– Ruszaj teraz naprzód i prowadź do Jurandowego podziemia.

Kat chwycił swą olbrzymią dłonią pałąk kotlika, podniósł latarnię i wyszli. Za drzwiami minęli uśpionego pachołka i zszedłszy ze schodów, udali się nie ku drzwiom głównym, lecz w tył schodów, za którymi ciągnął się wąski korytarz idący przez całą szerokość gmachu, a zakończony ciężką furtą ukrytą we framudze muru. Diederich otworzył ją i znaleźli się znów pod gołym niebem, na małym podwórku, otoczonym z czterech stron murowanymi spichrzami, w których chowano zapasy zboża na wypadek oblężenia zamku. Pod jednym z tych spichrzów, od prawej strony, były podziemia dla więźniów. Nie stała tam żadna straż, albowiem więzień, choćby zdołał wyłamać się z podziemia, znalazłby się w dziedzińcu, którego jedyne wyjście było właśnie przez ową furtę.

– Czekaj! – rzekł Zygfryd.

I wsparłszy się ręką o mur, zatrzymał się, albowiem uczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego i że brak mu tchu, jak gdyby piersi jego były zakute w zbyt ciasny pancerz. Po prostu to, przez co przeszedł, było nad jego stare siły. Uczuł też, że czoło pokrywa mu się pod kapturem kroplami zimnego potu, i postanowił chwilę odetchnąć. Noc po posępnym dniu uczyniła się nadzwyczaj pogodna. Na niebie świecił księżyc i cały dziedzińczyk zalany był jasnym światłem, przy którym śnieg połyskiwał zielono. Zygfryd z chciwością wciągał w płuca rzeźwe i nieco mroźne powietrze. Ale przypomniało mu się zarazem, że w taką samą świetlistą noc wyjeżdżał Rotgier do Ciechanowa, skąd wrócił trupem.

– A teraz leżysz w kaplicy – mruknął z cicha.

Diederich zaś sądząc, że komtur do niego mówi, podniósł latarnię i oświecił jego twarz, bladą strasznie, niemal trupią, ale zarazem podobną do głowy starego sępa.

– Prowadź! – rzekł Zygfryd.

Żółte koło światła od latarni zachybotało znów na śniegu i poszli dalej. W grubym murze spichlerza było wgłębienie, przy którym kilka schodów wiodło do niskich żelaznych drzwi. Diederich otworzył je i znów począł schodzić po schodach w głąb czarnej czeluści, podnosząc mocno latarnię, by oświecić komturowi drogę. Na końcu schodów był korytarz, a w nim na prawo i na lewo nadzwyczaj niskie furty od cel więziennych.

– Do Juranda – rzekł Zygfryd.

Po chwili zaskrzypiały rygle i weszli. Ale w jamie było zupełnie ciemno, więc Zygfryd, nie widząc dobrze przy mdłym świetle latarni, rozkazał zapalić pochodnię i wkrótce w mocnym blasku jej płomienia ujrzał leżącego na słomie Juranda. Jeniec miał kajdany na nogach, na ręku zaś łańcuch nieco dłuższy, taki, by mu pozwalał podawać sobie pokarm do ust. Ubrany był w ten sam wór zgrzebny, w którym stanął przed komturami, lecz pokryty teraz ciemnymi śladami krwi, albowiem w dniu owym, w którym położono kres walce dopiero wówczas, gdy oszalałego z bólu i wściekłości rycerza splątano siecią, knechtowie chcieli go dobić i halabardami zadali mu kilkanaście ran. Dobiciu przeszkodził miejscowy, szczytnieński kapelan, ciosy zaś nie okazały się śmiertelne, natomiast uszło z Juranda tyle krwi, że go odniesiono do więzienia na wpół żywego. W zamku mniemano powszechnie, że lada godzina skończy[232 - skończyć – tu: umrzeć. [przypis edytorski]], lecz jego ogromna siła zmogła[233 - zmóc (daw.) – pokonać. [przypis edytorski]] śmierć i żył, chociaż nie opatrzono mu ran, a wtrącono go do strasznego podziemia, w którym w dniach odwilży kapało ze sklepień, w czasie zaś mrozów ściany pokrywały się grubą sadzią[234 - sadź a. szadź – biały osad powstały z zamarzniętej mgły. [przypis edytorski]] śnieżną i kryształkami lodu.

Leżał więc na słomie, w łańcuchach, niemocen[235 - niemocen (daw.) – słaby, chory, pozbawiony sił. [przypis edytorski]], ale ogromny, tak iż zwłaszcza leżąc, czynił wrażenie jakiegoś odłamu skały, który wykuto w kształt człowieczy. Zygfryd kazał mu świecić prosto w twarz i przez czas jakiś wpatrywał się w nią w milczeniu, po czym zwrócił się do Diedericha i rzekł:

– Widzisz, iże ma tylko jedną źrenicę, wykap mu ją.

W głosie jego była jakaś niemoc i zgrzybiałość, ale właśnie dlatego straszny rozkaz wydawał się jeszcze straszniejszy. Toteż pochodnia zadrżała nieco w ręku kata, jednakże pochylił ją i wkrótce na oko Juranda poczęły spadać wielkie, płonące krople smoły, a wreszcie pokryły je zupełnie od brwi aż do wystającej kości policzka.

Twarz Juranda skurczyła się, płowe[236 - płowy (daw.) – o włosach: jasny. [przypis edytorski]] wąsy jego podniosły się ku górze i odkryły zaciśnięte zęby, ale nie wyrzekł ani słowa i czy to z wyczerpania, czy przez zawziętość przyrodzoną strasznej jego naturze, nie wydał nawet jęku.

A Zygfryd rzekł:

– Przyrzeczono ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać Zakonu, gdyż język, którym przeciw niemu bluźniłeś, będzie ci odjęty.

I znów dał znak Diederichowi, lecz ów wydał dziwny, gardlany[237 - gardlany – dziś popr.: gardłowy. [przypis edytorski]] głos i pokazał zarazem na migi, że potrzebuje obu rąk, a nadto, że chce, by komtur mu poświecił.

Wówczas starzec wziął pochodnię i trzymał ją wyciągniętą drżącą ręką; jednakże gdy Diederich przycisnął kolanami piersi Juranda, odwrócił głowę i patrzał na pokrytą szronem ścianę.

Na chwilę rozległ się dźwięk łańcuchów, po czym dały się słyszeć zdyszane oddechy piersi ludzkich, coś jakby jedno głuche, głębokie stękniecie i nastąpiła cisza.

Wreszcie ozwał się znów głos Zygfryda.

– Jurandzie, kara, którą poniosłeś, i tak cię spotkać miała, ale prócz tego bratu Rotgierowi, którego mąż twej córki zabił, obiecałem włożyć prawą twoją dłoń do trumny.

Diederich, który już był podniósł się, usłyszawszy te słowa, przychylił się znów nad Jurandem.

Po niejakim czasie stary komtur i Diederich znaleźli się znów na owym dziedzińcu, zalanym światłem miesięcznym. Przeszedłszy korytarz, Zygfryd wziął z rąk kata latarnię i jakiś ciemny przedmiot owinięty w szmatę i rzekł do siebie głośno:

– Teraz do kaplicy z powrotem, a potem do wieży.

Diederich spojrzał na niego bystro, lecz komtur kazał mu iść spać, sam zaś powlókł się, kołysząc latarnią, w stronę oświeconych kaplicznych okien. Po drodze rozmyślał o tym, co się stało. Czuł jakąś pewność, że i na niego przychodzi już kres i że to są jego ostatnie uczynki na ziemi; a jednak jego dusza krzyżacka, chociaż z natury więcej okrutna niż kłamliwa, tak już pod wpływem nieubłaganej konieczności wzwyczaiła[238 - wzwyczaić się (daw.) – przyzwyczaić się. [przypis edytorski]] się do wykrętów, matactw[239 - matactwo – oszustwo, kłamstwo, wybieg. [przypis edytorski]] i osłaniania krwawych zakonnych postępków, że i teraz mimo woli myślał, iż mógłby zrzucić hańbę i odpowiedzialność za Jurandową mękę zarówno z siebie jak i z Zakonu. Diederich przecie niemowa, nic nie wyzna, a chociaż umie porozumieć się z kapelanem, nie porozumie się z samego strachu. Więc co? Więc któż dowiedzie, że Jurand nie otrzymał tych wszystkich ran w bitwie? Łatwo mógł stracić język od pchnięcia włócznią między zęby, łatwo miecz albo topór mógł odrąbać prawicę, a oko miał tylko jedno, więc cóż dziwnego, że mu je wybito, gdy sam jeden rzucił się w szaleństwie na całą załogę szczytnieńską? Ach, Jurand! Ostatnia w życiu radość wstrząsnęła na chwilę sercem starego Krzyżaka. Tak, Jurand, jeśli wyżyje, powinien być wypuszczon wolno! Tu Zygfryd przypomniał sobie, jak niegdyś radzili o tym z Rotgierem i jak młody brat, śmiejąc się, mówił: „Niech wówczas pójdzie, gdzie go oczy poniosą, a jeśli nie będzie mógł trafić do Spychowa, to niech się rozpyta o drogę”. Bo to, co się stało, było już w części postanowione między nimi. A teraz, gdy Zygfryd znów wszedł do kaplicy i klęknąwszy przy trumnie, złożył u nóg Rotgiera krwawą dłoń Jurandową, ta ostatnia radość, która przed chwilą w nim zadrgała, odbiła się również po raz ostatni na jego twarzy.

– Widzisz – rzekł – uczyniłem więcej, niżeśmy uradzili: bo król Jan Luksemburski[240 - Jan Luksemburski – (1296-1346), król Czech od 1310, zginął w bitwie pod Crécy. Źródła podają, że był wtedy niewidomy, a walczył przywiązany do dwóch rycerzy. [przypis edytorski]], chociaż był ślepy, stanął jeszcze do walki i zginął z chwałą, a Jurand nie stanie już i zginie jak pies pod płotem.

Tu znów uczuł brak oddechu, taki jak poprzednio, gdy szedł do Juranda, a na głowie ciężar jakby żelaznego hełmu, lecz trwało to jedno mgnienie oka. Odetchnął głęboko i rzekł.

– Hej, czas i na mnie. Miałem cię jednego, a teraz nie mam nikogo. Ale jeśli mi przeznaczono żyć jeszcze, to ci ślubuję, synaczku, że ci i tamtą rękę, która cię zabiła, na grobie położę albo sam zginę. Żyw jeszcze twój zabójca…

Tu zęby ścisnęły mu się, chwycił go kurcz tak silny, iż słowa urwały mu się w ustach, i dopiero po niejakim czasie począł znów mówić przerywanym głosem:

– Tak… żyw jeszcze twój zabójca, ale ja go dosięgnę… a nim dosięgnę, inną, gorszą od samej śmierci mękę mu zadam.

I umilkł.

Po chwili wstał i zbliżywszy się do trumny, jął mówić spokojnym głosem:

– Ot, pożegnam cię… Spojrzę ci w twarz raz ostatni, może poznam, czyś rad[241 - rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]] z obietnicy. Ostatni raz!

I odkrył oblicze Rotgiera, lecz nagle cofnął się.

– Śmiejesz się… – rzekł – ale się strasznie śmiejesz…

Jakoż ciało odtajało pod płaszczem, a może od ciepła świec, skutkiem czego poczęło się rozkładać z nadzwyczajną szybkością – i twarz młodego komtura stała się rzeczywiście straszną. Spuchłe ogromnie i poczerniałe uszy miały w sobie coś potwornego, sine zaś, wzdęte wargi wykrzywione były jakby uśmiechem.

Zygfryd zakrył co prędzej tę okropną maskę ludzką.

Po czym wziął latarnię i wyszedł. W drodze po raz trzeci zbrakło mu oddechu, wróciwszy więc do izby, rzucił się na swe twarde łoże zakonne i przez pewien czas leżał bez ruchu. Myślał, że zaśnie, gdy nagle ogarnęło go dziwne uczucie. Oto wydało mu się, że sen nie przyjdzie do niego już nigdy, a natomiast jeśli zostanie w tej izbie, to przyjdzie zaraz śmierć.

Zygfryd nie bał się jej. W niezmiernym zmęczeniu i bez nadziei snu widział w niej jakiś ogromny wypoczynek, ale nie chciał się jej poddać jeszcze tej nocy, więc siadłszy na łożu, począł mówić:

– Daj mi czas do jutra.

A wtem usłyszał wyraźnie jakiś głos szepcący mu do ucha:

– Wychodź z tej izby. Jutro będzie za późno i nie spełnisz tego, coś przyrzekł; wychodź z tej izby!

Komtur, podniósłszy się z trudem, wyszedł. Na blankach[242 - blanki – zwieńczenie muru obronnego. [przypis edytorski]] obwoływały się z narożników straże. Przy kaplicy padał na śnieg żółty blask z okien. W pośrodku, przy kamiennej studni dwa czarne psy bawiły się, ciągając jakąś szmatę; zresztą na dziedzińcu było pusto i cicho.

– Więc koniecznie jeszcze tej nocy? – mówił Zygfryd. – Otom utrudzon bez miary, ale idę… Wszyscy śpią. Jurand zmożon męką może także śpi, tylko ja nie zasnę. Idę, idę, bo w izbie śmierć, a jam ci przyrzekł… Ale potem niechże już przyjdzie śmierć, skoro nie ma przyjść sen. Ty się tam śmiejesz, a mnie sił brak. Śmiejesz się, toś widać rad. Jeno widzisz, palce mi podrętwiały, moc opuściła dłonie i sam już tego nie dokonam… Dokona służka, która z nią śpi…

Tak mówiąc, szedł ociężałym krokiem ku wieży leżącej przy bramie.

Tymczasem psy, które bawiły się przy kamiennej studni, przybiegły ku niemu i poczęły się łasić. W jednym z nich Zygfryd rozpoznał brytana, który był tak nieodstępnym towarzyszem Diedericha, iż w zamku mówiono, że służy mu w nocy za poduszkę.

Pies, powitawszy komtura, zaszczekał z cicha raz i drugi, po czym zwrócił się ku bramie i począł iść ku niej, jak gdyby odgadywał myśl człowieka.

Zygfryd znalazł się po chwili przed wąskimi drzwiczkami wieży, które na noc zaryglowywano z zewnątrz. Odsunąwszy rygle, zmacał poręcz schodów, które zaczynały się tuż za drzwiami, i począł iść na górę. Zapomniawszy, z powodu rozbicia myśli, latarni szedł omackiem, stąpając ostrożnie i szukając nogami stopni.

Nagle po kilku krokach zatrzymał się, gdyż wyżej, ale tuż nad sobą, usłyszał coś jakby sapanie człowieka albo zwierzęcia.

– Kto tam?

Nie było odpowiedzi, tylko sapanie stało się szybsze.

Zygfryd był człowiekiem nieustraszonym; nie bał się śmierci, ale i jego odwaga i panowanie nad sobą wyczerpały się już do dna tej strasznej nocy. Przez głowę przeleciała mu myśl, że drogę zastępuje mu Rotgier, i włosy zjeżyły mu się na głowie, a czoło okryło się zimnym potem.

I cofnął się prawie do samego wyjścia.

– Kto tam? – zapytał zdławionym głosem.

Lecz w tej chwili coś pchęło go w piersi z siłą tak straszliwą, że starzec padł zemdlony na wznak przez otworzone drzwi, nie wydawszy ani jęku.

Uczyniła się cisza. Potem z wieży wysunęła się jakaś ciemna postać i chyłkiem poczęła umykać ku stajniom leżącym obok cekhauzu[243 - cekhauz (z niem.) – arsenał, zbrojownia. [przypis edytorski]] po lewej stronie dziedzińca. Wielki brytan Diedericha popędził za nią w milczeniu. Drugi pies skoczył za nimi również i zniknął w cieniu muru, ale wkrótce zjawił się znowu ze łbem spuszczonym ku ziemi, biegnąc z wolna z powrotem i jakby wietrząc pod ślad tamtych. W ten sposób zbliżył się do leżącego bez ruchu Zygfryda, obwąchał go uważnie i wreszcie, siadłszy przy jego głowie, podniósł paszczę w górę i począł[244 - począć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] wyć.

Wycie rozlegało się przez długi czas, napełniając jakby nową żałością i zgrozą tę posępną noc. Na koniec zaskrzypiały drzwi ukryte we wnęku wielkiej bramy i na dziedzińcu zjawił się odźwierny z halebardą[245 - halebardą – dziś popr.: halabardą. [przypis edytorski]].

– Mór[246 - mór (daw.) – zaraza. [przypis edytorski]] na tego psa! – rzekł. – Nauczę ja cię wyć po nocy.

I nastawiwszy ostrze, chciał pchnąć nim zwierzę, lecz w tej samej chwili ujrzał, iż ktoś leży w pobliżu otwartych drzwiczek baszty.

– Herr Jesus![247 - Herr Jesus! (niem.) – Panie Jezu [przypis edytorski]] co to jest?…

Pochyliwszy głowę, spojrzał w twarz leżącego człowieka i począł krzyczeć:

– Bywaj[248 - bywaj (daw.) – okrzyk żądający przybycia, zwł. w chwili niebezpieczeństwa. [przypis edytorski]]! bywaj! ratunku!

Po czym skoczył do bramy i jął targać z całych sił za sznur dzwonu.




Rozdział ósmy


Jakkolwiek Głowaczowi pilno było do Zgorzelic, nie mógł jednakże jechać tak prędko, jakby chciał, albowiem drogi stały się niezmiernie trudne. Po zimie ostrej, po mrozach tęgich i po śniegach tak obfitych, że chowały się pod nimi całe wsie, przyszły wielkie odwilże. Luty, wbrew swojej nazwie, nie okazał się bynajmniej lutym[249 - luty (daw.) – groźny, srogi. [przypis edytorski]]. Naprzód powstały mgły gęste i nieprzeniknione, potem dżdże prawie ulewne, od których w oczach tajały białe zaspy, w przerwach zaś między ulewami dął wicher, taki, jaki zwykł dąć w marcu, więc przerywany, nagły, któren[250 - któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]] zganiał i rozganiał nabrzmiałe chmury po niebie, a na ziemi wył po zaroślach, huczał po lasach i pożerał śniegi, pod którymi niedawno jeszcze drzemały konary i gałęzie w zimowym cichym śnie. Poczerniały też wnet bory. Na łąkach marszczyła się szeroko rozlana woda, wezbrały rzeki i strumienie. Radzi[251 - rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]] byli z takiej obfitości mokrego żywiołu tylko rybitwowie[252 - rybitwa (daw.) – rybak. [przypis edytorski]], natomiast inna wszelka ludność, trzymana jakby na uwięzi, przykrzyła sobie po domach i chatach. W wielu miejscach od wsi do wsi można się było dostać tylko łodzią. Nie brakło wprawdzie nigdzie grobel[253 - grobla – wał ziemny przecinający jezioro bądź bagno, usypany w celach komunikacyjnych. [przypis edytorski]] ani gościńców przez bagna i bory poczynionych z pni i okrąglaków[254 - okrąglak – okorowany pień drzewa. [przypis edytorski]], ale teraz groble rozmiękły, a pnie na nizinnych miejscach pogrzęzły w rozmokłych młakach[255 - młakach – teren podmokły. [przypis edytorski]] i przejazd przez nie uczynił się niebezpieczny albo i wcale niepodobny[256 - niepodobny (daw.) – niemożliwy. [przypis edytorski]]. Szczególniej trudno było posuwać się Czechowi w jezierzystej Wielkopolsce, gdzie każdej wiosny roztopy bywały większe niż w innych stronach kraju, a przeto[257 - przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]] i droga, zwłaszcza dla konnych, cięższa.

Musiał też często zatrzymywać się i czekać po całych tygodniach bądź to po miasteczkach, bądź po wsiach u dziedziców, którzy zresztą przyjmowali go wraz z jego ludźmi, wedle obyczaju, gościnnie, radzi słuchając opowiadań o Krzyżakach i płacąc chlebem i solą za nowiny. Za czym wiosna dobrze już zapowiadała się na świecie i zbiegła większa część marca, zanim znalazł się w pobliżu Zgorzelic i Bogdańca.

Biło mu serce na myśl, iż niebawem ujrzy swoją panią, bo choć wiedział, że nie dostanie jej nigdy, tak jak nie dostanie i gwiazdy z nieba, jednakże wielbił ją i kochał z całej duszy. Postanowił jednak zajechać naprzód do Maćka, raz dlatego, że do niego był wysłany, a po wtóre, że prowadził ludzi, którzy mieli zostać w Bogdańcu. Zbyszko po zabiciu Rotgiera zabrał był jego orszak wynoszący wedle przepisów zakonnych dziesięć koni i tyluż ludzi. Dwaj spomiędzy nich odwieźli ciało zabitego do Szczytna, pozostałych zaś, wiedząc, jak chciwie stary Maćko poszukuje osadników, odesłał Zbyszko z Głowaczem w darze stryjcowi.

Czech, zajechawszy do Bogdańca, nie zastał Maćka w domu; powiedziano mu, iż poszedł z psami i kuszą do boru, lecz wrócił jeszcze za dnia i dowiedziawszy się, iż znaczny jakowyś poczet bawi[258 - bawić (daw.) – przebywać. [przypis edytorski]] u niego, przyśpieszył kroku, aby przyjezdnych powitać i ofiarować im gościnność. Nie poznał też zrazu Głowacza, a gdy ów pokłonił mu się i nazwał, w pierwszej chwili przeraził się okrutnie i rzuciwszy kuszę i czapkę o ziem[259 - o ziem – dziś popr.: na ziemię. [przypis edytorski]], zawołał:

– Dla Boga! zabili mi go! gadaj, co wiesz!

– Nie zabit – odparł Czech. – W dobrym zdrowiu!

Usłyszawszy to, Maćko zawstydził się nieco i począł sapać, wreszcie odetchnął głęboko.

– Chwała Chrystusowi Panu! – rzekł. – Gdzie zaś jest?

– Do Malborga pojechał, a mnie z nowinami tu przysłał.

– A on po co do Malborga?

– Po żonę.

– Bój się, chłopie, ran boskich! Po jaką żonę?

– Po Jurandową córkę. Będzie o czym prawić[260 - prawić (daw.) – mówić, opowiadać. [przypis edytorski]] choćby całą noc, ale pozwólcie, poczesny[261 - poczesny – tu: szanowny. [przypis edytorski]] panie, abym też odsapnął, bom się zdrożył[262 - zdrożyć się – zmęczyć się drogą. [przypis edytorski]] okrutnie, a od północka cięgiem[263 - cięgiem (daw.) – ciągle. [przypis edytorski]] jechałem.

Więc Maćko przestał na chwilę pytać, głównie jednak z tej przyczyny, że zdumienie odjęło mu mowę. Ochłonąwszy nieco, zakrzyknął na pachołka, by dorzucił drew do ogniska i przyniósł Czechowi jeść, po czym jął chodzić po izbie, wymachiwać rękoma i mówić sam do siebie:

– Uszom nie wierzyć… Jurandowa córka… Zbyszko żonaty…

– I żonaty, i nieżonaty – rzekł Czech.

Dopieroż jął[264 - jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] z wolna opowiadać, co i jak było, a tamten słuchał chciwie, przerywając kiedy niekiedy pytaniami, bo nie wszystko było jasne w opowiadaniu Czecha. Nie wiedział na przykład dokładnie Głowacz, kiedy się Zbyszko ożenił, bo nie było żadnego wesela, twierdził jednak na pewno, że ślub był i że się to stało za przyczyną samej księżny Anny Danuty[265 - Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]], a wydało się przed ludźmi dopiero po przyjeździe Krzyżaka Rotgiera, z którym Zbyszko, pozwawszy go na sąd Boży, potykał się wobec całego mazowieckiego dworu.

– Aa! Potykał ci się? – zawołał, błysnąwszy oczyma z okrutnym zaciekawieniem, Maćko. – No i co?

– Na dwie połowie[266 - dwie połowie – dziś popr.: dwie połowy (pozostałość tzw. liczby podwójnej). [przypis edytorski]] Niemca rozwalił, a i mnie też Bóg z giermkiem poszczęścił.

Maćko znów począł sapać, tym razem z zadowolenia.

– No! – rzekł – chłop to on jest nie na śmiech. Ostatni z Gradów, ale, tak mi dopomóż Bóg, niepośledni[267 - niepośledni (daw.) – nie byle jaki. [przypis edytorski]]. Juści, a wówczas z Fryzami[268 - Fryz a. Fryzyjczyk – mieszkaniec Fryzji, krainy nad Morzem Północnym, obecnie stanowiącej pogranicze Niemiec, Danii i Holandii. [przypis edytorski]]?… Prawy wyrostek był…

Tu spojrzał uważniej raz i drugi na Czecha, po czym znów:

– Ale i tyś mi się udał[269 - udać się (daw.) – spodobać się. [przypis edytorski]]. I widać nie łżesz[270 - łgać (daw.) – kłamać. [przypis edytorski]]. Ja ci łgarza i przez deskę poczuję. Nic jeszcze ten giermek, bo sam mówisz, żeś nie miał wiele roboty, ale żeś tamtemu psubratu ramię skruszył, a przedtem tura[271 - tur – wymarły dziki ssak z rzędu parzystokopytnych. [przypis edytorski]] zwalił, to godne uczynki.

Po czym spytał nagle:

– A łup? czy także godny?

– Wzięliśmy zbroje, konie i chłopa dziesięciu, a ośmiu wam młody pan przysyła.

– Cóże z dwoma uczynił?

– Odesłał z ciałem.

– Nie mógł to książę swoich pachołków wyprawić? Tamci już nie wrócą.

Czech uśmiechnął się na tę chciwość, z którą zresztą Maćko często się zdradzał.

– Młody pan nie potrzebuje na to teraz już zważać – rzekł. – Spychów wielka dziedzina.

– Wielka! ba, i co? Ale jeszcze nie jego.

– Jeno[272 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] czyja?

Maćko aż wstał.

– Powiadaj! A przecie Jurand!

– Jurand u Krzyżaków w podziemiu i śmierć nad nim. Bóg wie, czy wyżyje, a jeśli wyżyje, czy wróci; choćby zaś wyżył i wrócił, przecie czytał ksiądz Kaleb jego testament i zapowiedział wszystkim, że dziedzicem ma być młody pan.

Na Maćku nowiny te uczyniły widocznie ogromne wrażenie, tak dalece bowiem były zarazem pomyślne i niepomyślne, że nie mógł się w nich połapać ani przyprowadzić do ładu uczuć, które na przemian nim wstrząsały. Wiadomość, że Zbyszko się ożenił, ukłuła go w pierwszej chwili boleśnie, kochał bowiem jak rodzony ojciec Jagienkę i ze wszystkich sił pragnął Zbyszka z nią skojarzyć. Ale z drugiej strony już się był przyzwyczaił uważać tę rzecz za przepadłą, a znów Jurandówna przynosiła to, czego nie mogła przynieść Jagienka, bo i łaskę książęcą, i wiano[273 - wiano – posag. [przypis edytorski]], jako jedynaczka, wielekroć razy większe. Widział już Maćko w duszy Zbyszka książęcym komesem[274 - komes – tu: wyższy urzędnik. [przypis edytorski]], panem na Bogdańcu i Spychowie, ba, w przyszłości i kasztelanem. Rzecz nie była niepodobna, bo mówiło się przecie w onych czasach o szlachcicu chudopachołku[275 - chudopachołek (daw.) – niezamożny szlachcic. [przypis edytorski]]: „Miał ci synów dwunastu: sześciu w bitwach legło, sześciu zostało kasztelanami[276 - kasztelan – średniowieczny urzędnik, odpowiedzialny za ściąganie podatków, obronę i sądownictwo na terenie kasztelanii, to jest jednostki administracyjnej średniego szczebla. [przypis edytorski]]”. I naród, i rody były na dorobku do wielkości. Znaczne mienie mogło tylko pomóc Zbyszkowi na tej drodze, więc chciwość i pycha rodowa Maćka miały się z czego cieszyć. Nie brakło jednakże staremu powodów i do niepokoju. Sam jeździł niegdyś dla uratowania Zbyszka do Krzyżaków i przywiózł z tej podróży żelazny szczebrzuch[277 - szczebrzuch – słowniki podają znaczenie: wiano panny młodej. Sienkiewicz prawdop. skontaminował to ze słowem ”brzeszczot”. [przypis edytorski]] pod żebrem, a oto teraz pojechał Zbyszko do Malborga jakoby wilkowi w gardziel. Zali[278 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] doczeka się tam żony czy śmierci? „Nie będą tam na niego mile patrzyli – pomyślał Maćko – dopiero co zatłukł im przecie znacznego rycerza, a przedtem bił w Lichtensteina, one zaś, psiajuchy, miłują zemstę”. Na tę myśl zatroskał się stary rycerz wielce. Przyszło mu też do głowy, że nie będzie także bez tego, aby Zbyszko, jako „jest chłop prędki”, nie potykał się tam z jakim Niemcem. Ale o to mniejsza była trwoga. Najgorzej się obawiał Maćko, że go chwycą. „Chwycili starego Juranda i córkę, nie wzdragali się chwycić swego czasu samego księcia przy Złotoryi, czemu by zaś mieli Zbyszkowi pofolgować[279 - pofolgować (daw.) – potraktować łagodniej. [przypis edytorski]]”.

Tu przyszło mu do głowy pytanie: co będzie, jeśli młodzik, choćby sam uszedł z rąk krzyżackich, wcale żony nie odnajdzie? Na razie pocieszył się Maćko myślą, że mu zostanie po niej Spychów, ale była to krótka pociecha. Chodziło staremu mocno o mienie, ale chodziło niemniej o ród, o Zbyszkowe dzieci. „Jeśli Danuśka wpadnie jako kamień w wodę i nikt nie będzie wiedział, żywa-li czy umarła, nie będzie się mógł Zbyszko z drugą żenić – i wówczas nie stanie[280 - nie stanie (daw.) – nie będzie więcej. [przypis edytorski]] Gradów z Bogdańca na świecie. Hej! Z Jagienką byłoby inaczej!… Moczydołów też kwoka skrzydłami ani pies ogonem nie przykryje, a taka dziewka co rok by rodziła bez pochyby[281 - bez pochyby (daw.) – niechybnie, na pewno. [przypis edytorski]] jako ona jabłoń w sadzie”. Więc żal Maćka stał się większy od radości z nowego dziedzictwa – i z tego żalu, z niepokoju jął znowu wypytywać Czecha, jako to było z tym ślubem i kiedy było.

A Czech na to:

– Mówiłem już wam, poczesny panie, że kiedy było, nie wiem, a czego się domyślam, na to nie przysięgnę.

– Czego się zaś domyślasz?

– Przeciem ja młodego pana nie odstępował w krzypocie[282 - krzypota (daw.) – kaszel, u Sienkiewicza konsekwentnie: choroba. [przypis edytorski]] i w izbie z nim razem spałem. Raz tylko wieczór kazali mi pójść precz, a potem widziałem, jak do pana poszli: sama miłościwa, a z nią panna Jurandówna, pan de Lorche i ksiądz Wyszoniek. Dziwowałem się nawet, bo panna miała wianuszek na głowie, alem myślał, że Sakramenta będą panu dawać… Może to było wtedy… Pamiętam, że pan kazał, abym go przybrał pięknie jak na wesele, ale myślałem też, że to dla przyjęcia Ciała Chrystusowego.

– A potem jakoże? ostali[283 - ostali (daw.) – zostali. [przypis edytorski]] sami?

– I! – nie ostali sami, a choćby i ostali, pan wonczas[284 - wonczas (daw.) – wówczas, w tym czasie. [przypis edytorski]] i jeść nie mógł o swej mocy. A już byli po panienkę ludzie, niby od Juranda, i nad raniem[285 - nad raniem – dziś popr.: nad ranem. [przypis edytorski]] pojechała…

– Nie widziałże jej Zbyszko od tego czasu?

– Oko ludzkie jej nie widziało.

Nastała chwila milczenia.

– Cóż myślisz – zapytał po chwili Maćko – oddadzą ją Krzyżacy czy nie oddadzą?

Czech począł trząść głową, po czym kiwnął ręką ze zniechęceniem.

– Wedle[286 - wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]] mojej głowy – rzekł z wolna – to ona już przepadła na wieki.

– Dlaczego? – zapytał prawie ze strachem Maćko.

– Bo gdyby mówili, że ją mają, to byłaby nadzieja. Można by się było skarżyć alibo okup zapłacić, alibo siłą ją odbić. Ale oni mówią tak: Mieliśmy jakowąś odbitą dziewkę i daliśmy Jurandowi znać, on zaś jej nie przyznał, a za nasze serce ludzi nam tylu nabił, że i dobra potyczka więcej nie kosztuje.

– To Jurandowi pokazywali jakowąś dziewkę?

– Mówią, że pokazywali. Bóg raczy wiedzieć. Może nieprawda, a może pokazali mu inną. To jeno prawda, że ludzi pobił i że oni gotowi przysiąc, że panny Jurandówny nigdy nie porywali. I to jest okrutnie ciężka sprawa. Choćby mistrz dał rozkaz, to mu też odpowiedzą, że jej nie mają. I kto im dowiedzie? Tym bardziej że dworscy w Ciechanowie mówili o Jurandowym liście, w którym stoi, że ona nie u Krzyżaków.

– A może nie u Krzyżaków?

– Prosim waszą miłość!… Już jeśliby ją zbóje porwali, to przecie nie dla czego innego, jeno dla okupu. A przy tym zbóje nie potrafiliby ni listu napisać, ni pieczęci pana ze Spychowa uczynić, ni zacnego pocztu przysłać.

– Prawda jest. Ale co Krzyżakom po niej?

– A pomsta nad Jurandową krwią? Wolą oni pomstę niż miód i wino, a że przyczyny mają, to mają. Straszny im był pan ze Spychowa, a co w ostattku sił uczynił, to do reszty ich rozjadło[287 - rozjadło (daw.) – rozjuszyło, wprawiło we wściekłość. [przypis edytorski]]… Mój pan też, słyszałem, na Lichtensteina rękę podnosił, Rotgiera zabił… Mnie Bóg pomógł, żem psubratu ramię skruszył. Hej!… prosim pięknie: czterech było, zatracona ich mać, a teraz ledwie jeden żywie, i to stary. My też zęby mamy, wasza miłość.

Nastała znów chwila milczenia.

– Roztropny z ciebie giermek – rzekł wreszcie Maćko. – A jakoże myślisz, co z nią uczynią?

– Kniaź[288 - kniaź – książę. [przypis edytorski]] Witold[289 - Witold Kiejstutowicz, zwany Wielkim – (ok. 1350–1430), wielki książę litewski, brat stryjeczny Władysława Jagiełły. W latach 1382–1385 oraz 1390 przejściowo sprzymierzony z Krzyżakami przeciw Jagielle. [przypis edytorski]] – potężny kniaź; mówią, że i cesarz niemiecki w pas mu się kłania – a co uczynili z jego dziećmi? Mało tu u nich zamków? mało podziemi? mało studzien? mało powrozów i pętli na szyję?

– Dla Boga żywego! – zawołał Maćko.

– Daj Bóg, żeby młodego pana nie pochowali, choć z książęcym listem i panem de Lorche pojechał, któren[290 - któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]] jest pan możny i książętom pokrewny. Hej, nie chciałem ja tu jechać, bo tam łatwiej by się potykać zdarzyło. Ale mi kazał. Słyszałem, jako raz mówił do starego pana ze Spychowa: „Zaliście wy chytrzy? – powiada – bo ja chytrością nie wskóram nic, a z nimi tego trzeba! Oj! powiada, stryk Maćko, ten by się tu przydał!” I z tej przyczyny mnie wysłał. Ale Jurandówny to i wy, panie, nie najdziecie[291 - naleźć – dziś popr.: znaleźć. [przypis edytorski]], bo ona może już na tamtym świecie – a przeciwko śmierci by[292 - by – tu: choćby. [przypis edytorski]] i największa chytrość nie pomoże…

Maćko zamyślił się i dopiero po długim milczeniu rzekł:

– Ha! to nie ma i rady! Przeciwko śmierci chytrość nie pomoże. Ale gdybym tam pojechał, a dowiedział się choć tego, że tamtą zgładzili, to Spychów zostałby i tak Zbyszkowi, a sam mógłby tu wrócić i inną dziewkę brać…

Tu odetchnął Maćko, jakby jakiś ciężar zrzucił z serca, a Głowacz spytał nieśmiałym, cichym głosem:

– Panienkę ze Zgorzelic?…

– Ano! – odpowiedział Maćko – tym bardziej że sierota, a Cztan z Rogowa i Wilk z Brzozowej coraz gorzej na nią nastają[293 - nastawać (daw.) – upierać się przy czymś, domagać się czegoś. [przypis edytorski]].

Lecz Czech zerwał się na równe nogi:

– Panienka sierota? Rycerz Zych?…

– To nie wiesz o niczym?

– Na miły Bóg! cóż się stało?

– Ba, prawda, jakoże masz wiedzieć, kiedyś tu prosto zajechał, a gadaliśmy jeno o Zbyszku! Sierota jest! Zych zgorzelicki po prawdzie nigdy w domu miejsca nie przygrzał, chyba że miał gości. Inaczej zaraz mu się w Zgorzelicach cniło[294 - cnić się (daw.) – tęsknić za czymś, martwić się, nudzić. [przypis edytorski]]. Pisał ci tedy[295 - tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]] do niego opat[296 - opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]], że jedzie w gości do księcia Przemka oświęcimskiego[297 - Przemysław Oświęcimski – (ok. 1365–1406), książę cieszyński, zginął zamordowany w podróży. Kronika Długosza podaje błędną datę zajścia (1 stycznia 1400) lepiej, bo z dokładnością do miesiąca, dopasowaną do czasu akcji powieści. [przypis edytorski]] i jego z sobą prosi. A Zychowi w to graj, ile że z księciem się znał i nieraz się z nim weselił. Przybywa zatem Zych do mnie i powiada tak: „Jadę do Oświęcimia, a potem do Glewic, a wy tu miejcie oko na Zgorzelice”. Mnie zaś zaraz coś tknęło i powiadam tak: „Nie jedźcie! pilnujcie dziedziny i Jagienki, bo wiem, że Cztan z Wilkiem coś ci złego zamyślają”. A trzeba ci wiedzieć, że opat[298 - opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]] ze złości na Zbyszka chciał dla dziewki Wilka albo Cztana, ale później, poznawszy ich obyczaj, sprał kiedyś obu lagą[299 - laga – laska, kij. [przypis edytorski]] i ze Zgorzelic wyrzucił. I dobrze, ale nie bardzo, bo się okrutnie zawzięli. Teraz jest trochę spokoju, gdyż się wzajem poszczerbili i leżą, ale przedtem nie było i chwili pewnej. Wszystko na mojej głowie: obrona i opieka. A teraz Zbyszko znów chce, abym jechał… Jako tu będzie z Jagienką – nie wiem, ale tymczasem dopowiem ci o Zychu. Nie zważał na moje gadanie – pojechał. No i ucztowali, weselili się! Z Glewic jechali do ojca księcia Przemka, do starego Nosaka[300 - Przemysław I Noszak – (ok. 1336–1410), książę cieszyński, bytomski i siewierski. [przypis edytorski]], któren w Cieszynie włada. Aż tu Jaśko, książę raciborski[301 - Jan II Raciborski, zwany Żelaznym – (ok. 1365–1424), książę raciborski od ok. 1380. [przypis edytorski]], z nienawiści ku księciu Przemkowi zbójów pod przewodem Czecha Chrzana[302 - Jerzy Chrzan – morderca księcia Przemysława Oświęcimskiego, stracony w publicznej egzekucji. [przypis edytorski]] na nich nasadził[303 - nasadzić (daw.) – nasłać. [przypis edytorski]]. I książę Przemko legł, a z nim razem i Zych zgorzelicki, strzałą w tchawicę ugodzon. Opata cepem żelaznym ogłuszyli, tak że dotychczas głową trzęsie, o świecie nie wie i mowę bodaj na zawsze utracił. No, Chrzana stary książę Nosak od pana na Zampachu kupił i tak go udręczył, że najstarsi ludzie o podobnej męce nie słyszeli – aleć ni sobie męką żalu po synu nie zmniejszył, ni Zycha nie wskrzesił, ni Jagience łez nie otarł. Ot im zabawa… Sześć niedziel[304 - niedziela (daw.) – tydzień. [przypis edytorski]] temu przywieźli tu Zycha i pochowali.

– Taki tęgi pan!… – mówił z żalem Czech. – Nie byłem ci ja już pod Bolesławcem ułomek, a on i jednego pacierza ze mną się nie zabawił i w niewolę mię wziął. Ale taka to była niewola, żebym jej był i za wolę nie pomieniał… Dobry, zacny pan! Dajże mu Boże światłość wiekuistą. Hej, żal, żal! ale największy panienki, niebogi.

– Bo i szczera nieboga. Poniektóra i matki tak nie miłuje, jako ona ojca miłowała. I do tego nieprzezpieczno[305 - nieprzezpieczno (daw.) – niebezpiecznie. [przypis edytorski]] jej siedzieć w Zgorzelicach. Po pogrzebie – jeszcze śniegiem nie zasypało Zychowej mogiły, już Cztan i Wilk na zgorzelicki dwór nastąpili. Szczęściem dowiedzieli się moi ludzie przedtem, więcem z parobkami w pomoc skoczył, i Bóg dał, żeśmy ich godnie[306 - godnie (daw.) – porządnie, solidnie. [przypis edytorski]] sprali. Dopieroż po bitce dziewka, kiedy to nie ułapi mnie za kolana: „Nie mogem być Zbyszkowa, prawi, nie będem niczyja, jeno mnie od tych odmieńców ratujcie, bo prawi, wolałabym śmierć niż ich…” To ci mówię, nie poznałbyś teraz Zgorzelic, bom z nich kasztel[307 - kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]] prawy uczynił. Następowali[308 - następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]] jeszcze dwa razy potem, ale wiera, nie mogli dać rady. Teraz na czas jakiś jest spokój, bo jakom ci rzekł, poszczerbili się wzajem, tak że żaden ni ręką, ni nogą ruszyć nie może.

Głowacz nie odrzekł na to nic, tylko słuchając o Cztanie i Wilku, zgrzytać począł tak, jakoby kto skrzypiące drzwi otwierał i zamykał, a potem jął wycierać o uda swe potężne dłonie, w których widocznie uczuł swędzenie. Wreszcie z ust wyszło mu z trudem jedno tylko słowo:

– Zatraceny[309 - zatraceny (z czes.) – zatraceni, skazani na potępienie (przekleństwo). [przypis edytorski]]…

Lecz w tej chwili głosy jakieś ozwały się w sieni, drzwi otworzyły się nagle i do izby wbiegła pędem Jagienka, a z nią najstarszy z jej braci, czternastoletni Jaśko, podobny tak do niej jak bliźniak. Ona, dowiedziawszy się od zgorzelickich chłopów, którzy po drodze widzieli poczet, że jakowiś ludzie pod wodzą Czecha Hlawy jechali do Bogdańca, przeraziła się równie jak Maćko, a gdy powiedzieli jej jeszcze, że Zbyszka między nimi nie widziano, była niemal pewna, że stało się nieszczęście, więc przyleciała jednym tchem do Bogdańca, by się prawdy dopytać.

– Co się stało?… na miły Bóg! – poczęła wołać od proga[310 - proga – dziś popr.: progu. [przypis edytorski]].

– Co się miało stać? – odpowiedział Maćko. – Żyw Zbyszko i zdrowy.

Czech skoczył ku pani i klęknąwszy na jedno kolano, począł całować kraj jej sukni, lecz ona wcale tego nie zauważyła, gdyż usłyszawszy odpowiedź starego rycerza, odwróciła głowę od ognia w cień i dopiero po chwili, jakby przypomniawszy sobie, że trzeba się przywitać, rzekła:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

– Na wieki wieków – odpowiedział Maćko.

A ona, spostrzegłszy teraz Czecha u swych kolan, pochyliła się ku niemu.

– Radam ci, Hlawo, z duszy, ale czemuś to pana ostawił?

– Wysłał mnie, panienko miłościwa.

– Co przykazał?

– Przykazał jechać do Bogdańca.

– Do Bogdańca?… I co jeszcze?

– Wysłał po radę… i z pokłonem, z pozdrowieniem.

– Do Bogdańca, i tyla? No – dobrze. A sam gdzie?

– Między Krzyżaki pojechał do Malborga.

Na twarzy Jagienki odbił się znów niepokój.

– Zali mu życie niemiłe? Czegóż?

– Szukać, miłościwa panienko, tego, czego nie odnajdzie.

– Wiera, nie odnajdzie! – wtrącił Maćko. – Jako ćwieka[311 - ćwiek – gwóźdź. [przypis edytorski]] nie utwierdzisz bez młota, tako i woli ludzkiej bez boskiej.

– Cóże prawicie? – zapytała Jagienka.

Lecz Maćko na pytanie odpowiedział takim pytaniem:

– Gadałże ci co Zbyszko o Jurandównie, bo jako słyszałem, to gadał?

Jagienka zrazu nie odpowiedziała nic i dopiero po chwili, przytłumiwszy westchnienie, odrzekła:

– Ej! gadał! A co mu wadziło[312 - wadzić (daw.) – przeszkadzać. [przypis edytorski]] gadać!

– To i dobrze, bo przez to łacniej[313 - łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]] mi prawić – odrzekł stary.

I począł jej opowiadać, co od Czecha słyszał, sam dziwiąc się, że chwilami opowiadanie przychodzi mu jakoś nieskładnie i trudno. Że jednak istotnie był człek chytry, a szło mu o to, by na wszelki wypadek nie „zlisić[314 - zlisić (daw.) – zrazić, zniechęcić. [przypis edytorski]]” Jagienki, więc mocno nastawał na to, w co zresztą sam wierzył, że Zbyszko w rzeczy[315 - w rzeczy (daw.) – w rzeczywistości. [przypis edytorski]] nigdy nie był mężem Danusi i że ona przepadła już na wieki.

Czech przyświadczał mu kiedy niekiedy, to kiwając głową, to powtarzając: „Przez Bóg, jako żywo!” lub: „Tak ono, nie inak[316 - inak (daw.) – inaczej. [przypis edytorski]]” – dziewczyna zaś słuchała ze spuszczonymi rzęsami na jagody[317 - jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]], o nic już nie dopytująca i tak cicha, że aż jej milczenie zaniepokoiło Maćka.

– No i cóż ty? – pytał skończywszy opowiadanie.

A ona nie odrzekła nic, tylko dwie łzy zabłysły jej pod spuszczonymi rzęsami i stoczyły się po policzkach.

Po chwili zaś zbliżyła się do Maćka i pocałowawszy go w rękę, rzekła:

– Niech będzie pochwalony.

– Na wieki wieków – odrzekł stary. – Tak ci to pilno do domu? Ostańże z nami.

Lecz ona nie chciała zostać tłumacząc się, że w domu nie wydała na wieczerzę. Maćko zaś, choć wiedział, że w Zgorzelicach jest stara szlachcianka Sieciechowa, która mogłaby ją zastąpić, nie zatrzymywał jej zbyt natarczywie, rozumiejąc, że smutek nierad[318 - nierad (daw.) – niechętnie. [przypis edytorski]] świeci ludziom łzami i że człowiek jest jako ryba, która, poczuwszy w sobie grot ości, chowa się jak może najgłębiej na dno.

Więc pogładził tylko dziewczynę po głowie, a następnie odprowadził ją wraz z Czechem na dziedziniec. Ale Czech wywiódł konia ze stajni, dosiadł go i pojechał za panienką.

Maćko zaś wróciwszy, westchnął i kiwając głową, począł mruczeć:

– Głupi ten Zbyszko to ci jest!… Aże pachnie po onej dziewce w izbie!

I rozżalił się stary w sobie. Pomyślał, że gdyby tak Zbyszko zaraz po powrocie był ją brał, to może by już do tego czasu była radość i uciecha! Zaś teraz co? Byle go wspomnieć, to wnet jej łza z oka kapnie, a chłopisko światami chodzi[319 - światami chodzić (daw.) – daleko podróżować. [przypis edytorski]] i będzie tam gdzieś o tyny[320 - tyny (daw.) – ogrodzenie, tu: mur. [przypis edytorski]] malborskie łbem bił, póki go nie rozbije, a w chałupie pusto, jeno zbroiska ze ścian się szczerzą. Nijaki pożytek z gospodarki, na nic zabiegliwość, na nic Spychów i Bogdaniec, skoro nie będzie ich komu zostawić.

Tu gniew począł burzyć w duszy Maćka.

– Poczekaj, powsinogo[321 - powsinoga (daw.) – włóczęga. [przypis edytorski]] – rzekł głośno – nie pojadę ja za tobą, a ty rób, co chcesz!

Lecz w tej samej chwili zdjęła go jak na złość okrutna tęsknota za Zbyszkiem. „Ba, nie pojadę – pomyślał – a w domu to zaś usiedzę? Nie usiedzę! Skaranie boskie! Bo żeby tego juchy[322 - jucha (daw.) – krew, tu jako przekleństwo. [przypis edytorski]] choć raz w życiu nie obaczyć – nijak nie może być! – Znowu tam jednego psubrata rozszczepił – i łup pobrał… Inny posiwieje, nim pas zyszcze[323 - zyszczeć (daw.) – zyskać. [przypis edytorski]], a jego już tam książę opasał… I słusznie, bo siła[324 - siła (daw.) – wielu. [przypis edytorski]] jest chwackich[325 - chwacki (daw.) – śmiały, dzielny. [przypis edytorski]] pachołków między szlachtą, ale takiego drugiego chyba nie ma”.

I rozczuliwszy się całkiem, począł naprzód spoglądać po zbrojach, po mieczach i po toporach, które czerniały w dymie, jakby rozważając, co z sobą brać, a co zostawić, po czym wyszedł z izby, raz dlatego, że nie mógł w niej wytrzymać, a po wtóre, by kazać wysmarować wozy i dać koniom podwójny obrok.

Na podwórcu, na którym się już mroczyło, przypomniał sobie Jagienkę, która tu przed chwilą na koń siadała, i nagle zatroskał się znowu.

– Jechać, to jechać – rzekł sobie – ale kto tu będzie dziewczyny przed Cztanem i Wilkiem bronił! Bogdaj[326 - bogdaj – oby (od: Boże, daj). [przypis edytorski]] w nich piorun trzasł!…

Jagienka zaś jechała tymczasem wraz z małym Jaśkiem drogą leśną ku Zgorzelicom, a Czech wlókł się w milczeniu za nimi, z sercem przepełnionym miłością i żalem… Widział przedtem łzy dziewczyny, patrzał teraz na jej ciemną postać, zaledwie widną[327 - widny (daw.) – tu: widoczny. [przypis edytorski]] w mroku leśnym, i odgadywał jej smutek i ból. Zdawało mu się też, że lada chwila wyciągną się po nią z pomroki i gęstwiny drapieżne ręce Wilka lub Cztana – i na tę myśl porywała go dzika żądza bitki. Żądza ta stawała się chwilami tak nieprzeparta, że brała go ochota chwycić za topór lub miecz i razić[328 - razić (daw.) – uderzać. [przypis edytorski]] bodaj sosny przy drodze. Czuł, że gdyby się dobrze zmachał, to by mu ulżyło. Rad by był wreszcie choć konia cwałem puścić, ale oni tam w przedzie jechali właśnie wolno, noga za nogą, nic prawie nie rozmawiając, gdyż i mały Jaśko, choć zwykle mowny[329 - mowny (daw.) – gadatliwy. [przypis edytorski]], widząc po kilku próbach, że siostra nie chce rozmawiać, pogrążył się także w milczeniu.

Lecz gdy już byli blisko Zgorzelic, żal w sercu Czecha przeważył nad gniewem na Cztana i Wilka. „Nie pożałowałbym ci ja i krwi – mówił sobie – byle cię pocieszyć, ale cóż, nieszczęsny, uczynię? Co ci powiem? Powiem chyba, że on ci się pokłonić kazał, i dajże Boże, aby ci to za pociechę starczyło”. Tak pomyślawszy, przysunął konia do konia Jagienki:

– Panienko miłościwa…

– To jedziesz z nami? – zapytała dziewczyna, ocknąwszy się jak ze snu. – A co powiesz?

– Bom zapomniał, co mi pan kazał wam powiedzieć. Na odjezdnym w Spychowie zawołał mnie i powiedział tak: „Podejmij pod nogi panienkę ze Zgorzelic, bo czy w złej, czy w dobrej doli nigdy jej nie zabaczę[330 - zabaczyć (daw.) – zapomnieć. [przypis edytorski]], a za to, powiada, co dla stryjca i dla mnie uczyniła, niech jej Bóg zapłaci i w zdrowiu ją zachowa”.

– Bóg zapłać i jemu za dobre słowo – odrzekła Jagienka.

Po czym dodała takim jakimś dziwnym głosem, że w Czechu stopniało serce do reszty.

– I tobie, Hlawo.

Rozmowa urwała się na czas, lecz giermek rad był z siebie i z tego, co panience powiedział, w duszy bowiem mówił sobie: „Przynajmniej tego nie pomyśli, że ją niewdzięcznością nakarmiono”. Zaczął też zaraz wyszukiwać w swej poczciwej głowie, co by jej jeszcze znów takiego powiedzieć, i po chwili znów począł:

– Panienko…

– Co?

– To… niby… chciałem rzec, jakom i staremu panu z Bogdańca mówił, że tamta już przepadła na wieki i że on jej nigdy nie odnajdzie, choćby mu sam mistrz pomagał.

– To żona jego – odrzekła Jagienka.

A Czech jął kręcić głową:

– Taka ona i żona…

Jagienka nie odpowiedziała już na to nic, lecz w domu po wieczerzy, gdy Jaśko i młodsi bracia spać poszli, kazała przynieść dzban miodu i zwróciwszy się do Czecha, spytała:

– A może wolałbyś spać, bom chciała krzynę[331 - krzynę (daw.) – trochę. [przypis edytorski]] ugwarzyć[332 - ugwarzyć (daw.) – porozmawiać. [przypis edytorski]].

Czech, choć był zdrożon, gotów był gwarzyć choćby do rana, więc poczęli rozmawiać, a raczej on opowiadał znów szczegółowo wszystkie przygody Zbyszka, Juranda, Danusi i swoje.




Rozdział dziewiąty


Maćko gotował[333 - gotować się (daw.) – przygotowywać się. [przypis edytorski]] się do drogi, a Jagienka nie pokazywała się w Bogdańcu przez dwa dni, spędziła je bowiem na naradach z Czechem. Spotkał ją stary rycerz dopiero dnia trzeciego, w niedzielę, w drodze do kościoła. Jechała do Krześni z bratem Jaśkiem i ze znacznym pocztem zbrojnych pachołków, albowiem nie była pewna, czy Cztan i Wilk leżą jeszcze i czy nie uczynią na nią jakowejś napaści.

– Chciałam i tak wstąpić po mszy do Bogdańca – rzekła powitawszy Maćka – bo pilną mam do was sprawę, ale możemy i zaraz o niej gadać.

To rzekłszy, wysunęła się na przodek orszaku, nie chcąc widocznie, by pachołkowie słyszeli rozmowę, a gdy Maćko znalazł się przy niej, zapytała:

– To już pewno jedziecie?

– Da Bóg, jutro, nie później.

– I do Malborga?

– Do Malborga albo i nie. Gdzie wypadnie.

– To posłuchajcie teraz i mnie. Długo myślałam, co mi trzeba uczynić, a teraz chcę się i was o radę spytać. Drzewiej[334 - drzewiej (daw.) – dawniej. [przypis edytorski]], wiecie, póki tatulo był żyw, a opat miał moc w sobie, było co innego. Cztan i Wilk myśleli też, że jednego z nich wybiorę, i hamowali się wzajem. A teraz ostanę bez nijakiej obrony i albo będę w Zgorzelicach za ostrokołem jako w więzieniu siedzieć, albo niechybnie stanie mi się tu od nich krzywda. Sami powiedzcie, czy nie tak?

– Ba – rzekł Maćko – myślałem o tym i ja.

– I coście wymyślili?

– Nie wymyśliłem nic, ale to jeno ci muszę powiedzieć, że u nas przecie polski kraj i że za przemoc nad dziewką okrutne są kary w statucie[335 - statut – dokument spisujący prawa. [przypis edytorski]].

– To dobrze, ale granicę nietrudno przeskoczyć. Jużci wiem, że i Śląsk polski kraj, a wżdy[336 - wżdy (daw.) – przecież. [przypis edytorski]] tam książęta sami się z sobą wadzą i na się wzajem następują[337 - następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]]. Żeby nie to, żyłby mój tatulo kochany. Nalazło tam już Niemców i burzą a krzywdy czynią, więc kto się chce między nimi skryć, to się i skryje. Pewnie, że łatwo bym się ni Cztanowi, ni Wilkowi nie dała, ale chodzi mi też i o braci. Nie będzie tu mnie, będzie spokój, a jeśli w Zgorzelicach ostanę, Bóg wie, co się przygodzi[338 - przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]]. Zdarzą się napaści, bitki, a Jaśkowi już czternaście roków i żadna, a nie dopieroż moja, moc go nie utrzyma. Ostatni raz, kiedyście to nam w pomoc przyszli, już on się rwał ku przodowi i jak Cztan prasnął w kupę buławą[339 - buława (daw.) – broń o kulistej głowicy. [przypis edytorski]], mało mu o głowę nie zawadził. Hej! gadał już Jaśko czeladzi[340 - czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]], że obu tamtych pozwie na udeptaną ziemię. Nie będzie, mówię wam, ni dnia spokoju, bo i młodszych może co złego spotkać.

– Wiera! psubraty oni są, i Cztan, i Wilk – rzekł żywo Maćko – wszelako na dzieci ręki nie podniosą. Tfu! Taką rzecz chyba Krzyżak uczyni.

– Na dzieci ręki nie podniosą, ale w zgiełku albo, czego Boże broń, w razie ognia o przygodę nietrudno. Co tu gadać! Miłuje braci stara Sieciechowa jak rodzonych i opieki a zaś starunku[341 - starunek (daw.) – staranie, opieka. [przypis edytorski]] im nie zbraknie, jeno beze mnie byłoby przezpieczniej[342 - przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]] niż ze mną.

– Może być – odrzekł Maćko.

Po czym spojrzał bystro na dziewczynę:

– Czegoż ty chcesz?

A ona odrzekła przyciszonym głosem:

– Weźcie mnie z sobą.

Na to Maćko, choć nietrudno mu już było domyślić się zakończenia rozmowy, zdumiał się jednak mocno, zatrzymał konia i zawołał:

– Bój się Boga, Jagienka!

Ona zaś spuściła głowę i odrzekła jakby z nieśmiałością i zarazem smutkiem:

– Moiście wy! Jako co do mnie, wolę szczerze mówić niż taić. I Hlawa, i wy powiadacie, że Zbyszko już tamtej nigdy nie odnajdzie, a Czech gorzej się jeszcze spodziewa. Bóg mi świadek, nie życzę jej nijakiego zła. Niech mu ją tam, niebogę, Matka Boska strzeże i uchroni. Milsza ona była ode mnie Zbyszkowi, no i nie ma rady! taka moja dola. Ale widzicie, póki jej Zbyszko nie odnajdzie albo jeśli, jako wierzycie, nigdy nie odnajdzie, to to…

– To co? – spytał Maćko, widząc, że dziewka coraz się więcej miesza i zacina.

– To ja nie chcę być ni Cztanowa, ni Wilkowa, ni niczyja.

Maćko odetchnął z zadowoleniem.

– Myślałem, żeś go już zahaczyła[343 - zahaczyć – tu: skreślić, zrezygnować z niego. [przypis edytorski]] – rzekł.

A ona odpowiedziała jeszcze smutniej:

– Hej!…

– To i czegoż chcesz? Jakoże mi między Krzyżaki cię brać?

– Niekoniecznie między Krzyżaki. Chciałabym teraz choć do opata, który w Sieradzu chorością złożon. Nie ma on tam jednej życzliwej duszy przy sobie, bo szpylmany[344 - szpylman (z niem.) – grajek. [przypis edytorski]] pewnikiem[345 - pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]] dzbana więcej pilnują niż jego, a to przecie mój krzestny i dobrodziej. A choćby zdrów był, to też bym szukała jego opieki, bo ludzie się go boją.

– Nie będę ja się tam sprzeczał – rzekł Maćko, który w gruncie rzeczy rad był z postanowienia Jagienki, znając bowiem Krzyżaków, wierzył głęboko, że Danuśka nie wyjdzie żywa z ich rąk. – Ale to ci jeno rzekę, że w drodze z dziewką okrutny kłopot.

– Może z inną, ale nie ze mną. Nie potykałam ja się dotychczas nigdy, ale nie nowina mi z kuszy dziać[346 - dziać (daw.) – strzelać z łuku bądź z kuszy. [przypis edytorski]] i trudy na łowach znosić. Jak trzeba, to trzeba, nie bójcie się. Wezmę szatki Jaśkowe, pątlik[347 - pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]] na włosy, kordzik[348 - kordzik a. kord – krótki miecz. [przypis edytorski]] przypaszę i pojadę. Jaśko, choć młodszy, ni na włos nie mniejszy, a z gęby taki ci do mnie podobny, że jak bywało, przebieraliśmy się na zapusty, to i tatulo nieboszczyk nie umiał rzec, które on, a które ja… Obaczycie, że nie pozna mnie ni opat, ni – kto inny.

– Ni Zbyszko?

– Jeśli go obaczę…

Maćko zamyślił się przez chwilę, po czym uśmiechnął się nagle i rzekł:

– A Wilk z Brzozowej i Cztan z Rogowa to chyba się powściekają!

– A niech się powściekają. Gorzej, że może za nami pojadą.

– No! nie boję się. Stary ja, ale lepiej mi pod pięść nie włazić. I wszystkim Gradom też!… Zbyszka już przecie spróbowali.

Tak rozmawiając, dojechali do Krześni. W kościele był i stary Wilk z Brzozowej, który kiedy niekiedy rzucał posępne spojrzenia na Maćka, ale ów o to nie dbał. I z lekkim sercem powracał po mszy wraz z Jagienką do domu. Lecz gdy na rozstaju pożegnali się z sobą i gdy znalazł się sam w Bogdańcu, poczęły mu przychodzić do głowy mniej wesołe myśli. Rozumiał, że ni Zgorzelicom, ni rodzeństwu Jagienki na wypadek jej wyjazdu istotnie nic nie grozi. „Po dziewkę by sięgali – mówił sobie – bo to jest inna rzecz, ale na sieroty albo na ich mienie ręki nie podniosą, gdyż okryliby się hańbą okrutną i kto żyw, ruszyłby przeciw nim jakoby przeciw prawdziwym wilkom. Ale Bogdaniec zostanie na łasce Bożej!… Kopce poprzesypują, stada zagarną, kmieciów odmówią!… Da Bóg, jak wrócę, to odbiję, zapowiedź poślę i do sądu pozwę, boć nie sama pięść, ale i prawo u nas rządzi… Jeno czy wrócę i kiedy wrócę?… Strasznie się oni na mnie zawzięli, że im do dziewki przeszkadzam, a gdy ona pojedzie za mną, to będą jeszcze zawziętsi”.

I chwycił go żal, bo już zagospodarował się był w Bogdańcu jako się patrzy, a teraz był pewien, że gdy powróci, zastanie znów pustkę i zniszczenie.

„Ano! trzeba radzić” – pomyślał.

Jakoż po obiedzie kazał okulbaczyć[349 - okulbaczyć (daw.) – osiodłać. [przypis edytorski]] konia, siadł na niego i pojechał wprost do Brzozowej.

Przyjechał już mrokiem. Stary Wilk siedział w przodowej izbie[350 - przodowa izba (daw.) – pomieszczenie od frontu. [przypis edytorski]] za dzbanem miodu, młody zaś, poszczerbion przez Cztana, leżał na pokrytej skórami ławie i pił także. Maćko wszedł niespodzianie do izby i stanął w progu z twarzą surową, wysoki, kościsty, bez zbroi, ale z tęgim kordem[351 - kord – krótki miecz. [przypis edytorski]] przy boku, oni zaś poznali go natychmiast, bo na oblicze padał mu jasny blask płomienia, i w pierwszej chwili zarówno ojciec, jak i syn zerwali się piorunem na równe nogi i skoczywszy ku ścianom, chwycili za oręż, jaki im wpadł pod rękę.

Lecz stary bywalec, znający na wylot ludzi i obyczaje, nie zmieszał się bynajmniej, dłonią nie sięgnął do kordą, tylko wsparł się pod bok i rzekł spokojnym głosem, w którym drgało nieco szyderstwa:

– Jakoże? Taka ślachecka gościna w Brzozowej?

Na te słowa tamtym opadły zaraz ręce, a po chwili stary wypuścił z brzękiem na ziemię miecz, młody – dzidę, i stali z powyciąganymi ku Maćkowi szyjami mając twarze jeszcze złowrogie, ale już zdumione i zawstydzone.

Ów zaś uśmiechnął się i rzekł:

– Pochwalony Jezus Chrystus!

– Na wieki wieków.

– I święty Jerzy.

– Służym mu.

– Po somsiedzkum[352 - somsiedzkum – dziś popr.: po sąsiedzku. [przypis edytorski]] przyjechał – z dobrą wolą.

– Z dobrą wolą witamy. Święta osoba gość.

Dopieroż stary Wilk skoczył ku Maćkowi, a za starym młody i obaj poczęli ściskać mu prawicę, a następnie usadzili na poczesnym miejscu za stołem. W mig dołożono szczap do komina, nakryto kilimkiem stół, postawiono misy pełne jadła, łagwie piwa, dzbańce miodu i poczęli jeść i pić. Młody Wilk rzucał od czasu do czasu na Maćka szczególnym wzrokiem, w którym cześć dla gościa usiłowała przezwyciężyć nienawiść do człowieka, ale służył mu jednak tak pilnie, że aż pobladł ze zmęczenia, gdyż był ranny i pozbawion zwykłej siły. I ojca, i syna paliła ciekawość, z czym Maćko przyjechał, żaden jednak nie zapytał go o nic, czekając, póki sam mówić nie zacznie. Ów zaś, jako człowiek znający obyczaj, chwalił jadło, napitek i gościnność i dopiero gdy się dobrze nasycił, spojrzał przed się z powagą i rzekł:

– Zdarzy się nieraz ludziom wadzić, ba! i potykać, ale somsiedzki mir[353 - mir (daw.) – pokój. [przypis edytorski]] nade wszystko!

– Nie masz nad mir godniejszej rzeczy – odpowiedział z równą powagą stary Wilk.

– Bywa też – rzekł znów Maćko – że gdy człeku w daleką drogę jechać trzeba, to chociaż z kim w nieprzyjaźni żył, przecie mu go żal i bez pożegnania nie chce odjechać.

– Bóg zapłać za szczere słowo.

– Z duszy radziśmy wam. Przyjeżdżajcie choćby i co dzień.

– Bogdajem mógł i was w Bogdańcu uczcić, jako się należy ludziom znającym rycerską cześć, ale mi rychło[354 - rychło (daw.) – wkrótce. [przypis edytorski]] w drogę czas.

– Na wojnę zaś alibo do jakowegoś świętego miejsca?

– Wolej by to lub tamto, ale gorzej, bo między Krzyżaki.

– Między Krzyżaki? – zakrzyknęli jednocześnie ojciec i syn.

– Tak jest! – odparł Maćko. – A kto między nich, nie będąc im przyjacielem, jedzie, temu się lepiej i z Bogiem, i z ludźmi pojednać, aby zaś nie tylko żywota, ale i wiekuistego zbawienia nie stradał.

– To aż dziw – rzekł stary Wilk. – Jeszczem też takiego człeka nie widział, który by się z nimi zetknął, a krzywdy i uciemiężenia nie doznał.

– Tak jak i całe nasze królestwo! – dodał Maćko. – Ni Litwa przed krztem świętym, ni Tatarzy nie byli mu ciężsi od tych diabelskich mnichów.

– Rzetelna prawda, ale bo też wiecie: zbierało się i zbierało, póki się nie nazbierało, a teraz czas by skończyć, ot jak!

To rzekłszy, stary splunął z lekka w obie dłonie, młody zaś dodał:

– Nie może już inaczej być.

– I pewnie będzie, ale kiedy? – nie nasza w tym głowa, jeno królewska. Może prędko, może nieprędko… Bóg to wie, a tymczasem trzeba mi do nich jechać.

– A czy nie z wykupem za Zbyszka?

Na wzmiankę uczynioną przez ojca o Zbyszku twarz młodego Wilka pobladła w jednej chwili z nienawiści i uczyniła się złowroga.

Lecz Maćko odpowiedział spokojnie:

– Może i z wykupem, ale nie za Zbyszka.

Słowa te wzmogły jeszcze ciekawość obu dziedziców Brzozowej, więc stary, nie mogąc już dłużej wytrzymać, rzekł:

– Wola wasza mówić albo nie mówić, po co tam jedziecie.

– Powiem! powiem! – rzekł kiwając głową Maćko. – Ale pierwej[355 - pierwej (daw.) – najpierw. [przypis edytorski]] powiem wam co innego. Oto, uważcie, po moim wyjeździe Bogdaniec zostanie na opiece Bożej… Drzewiej[356 - drzewiej (daw.) – dawniej. [przypis edytorski]], kiedyśmy to oba ze Zbyszkiem wojowali pod księciem Witoldem, miał oko na naszą chudobę[357 - chudoba – skromny dobytek. [przypis edytorski]] opat, ba, trochę i Zych ze Zgorzelic, a teraz nie będzie i tego. Strasznie markotno pomyśleć człowiekowi, że po próżnicy zabiegał i pracował… A przecie rozumiecie, jako to bywa: ludzi mi odmówią[358 - odmówić (daw.) – namówić do porzucenia dotychczasowego miejsca pracy a. przebywania. [przypis edytorski]], granicę zaorzą, ze stad też urwie każdy, co będzie mógł, i choćby Pan Jezus pozwolił szczęśliwie wrócić, to wrócim znów do pustki… Jeden na to sposób i jedno poratowanie: dobry sąsiad. Przeto tum przyjechał prosić was po sąsiedzku, abyście Bogdaniec w opiekę wzięli i krzywdy nie dali uczynić.

Usłyszawszy tę prośbę, spojrzał stary Wilk na młodego, a młody na starego i obaj zdumieli się niepomiernie[359 - niepomiernie (daw.) – bardzo. [przypis edytorski]]. Nastała chwila milczenia, gdyż na razie żaden nie zdobył się na odpowiedź. Maćko zaś podniósł do ust czarę miodu, wypił ją, po czym mówił dalej tak spokojnie i poufnie, jakby ci obaj byli mu od lat najbliższymi przyjaciółmi.

– To już powiem wam szczerze, od kogo się tu najwięcej szkód boję. Jużci nie od kogo innego, jeno od Cztana z Rogowa. Od was, choćbyśmy i w nieprzyjaźni się rozstali, nie bałbym się, a to z takiej przyczyny, żeście ludzie rycerscy, którzy do oczu nieprzyjacielowi staną, wszelako niegodnej pomsty za jego oczyma nie wywrą. Hej! z wami całkiem co innego… Co rycerz, to rycerz! Ale Cztan jest prostak, a od prostaka wszystkiego się można spodziewać, tym bardziej że jako wiecie, okrutnie on na mnie zawzięty za to, że mu do Jagienki Zychówny przeszkadzam.

– Którą dla bratanka chowacie! – wybuchnął młody Wilk.

A Maćko spojrzał na niego i przez chwilę trzymał go pod zimnym wzrokiem, następnie zwrócił się do starego i rzekł spokojnie:

– Wiecie, mój bratanek z jedną mazurską dziedziczką się ożenił i wiano[360 - wiano (daw.) – posag. [przypis edytorski]] zacne wziął.

Nastało ponowne, głębsze jeszcze milczenie; ojciec i syn patrzyli przez jakiś czas na Maćka z otwartymi ustami, na koniec starszy ozwał się:

– Hę! jakże to? Bo gadali… Powiedzcie?…

A Maćko, niby nie zważając na pytanie, mówił dalej:

– Dlatego właśnie trzeba mi jechać i dlatego proszę was: wejrzyjcie też od czasu do czasu na Bogdaniec i nie dajcie mi nikomu krzywdy uczynić, a zwłaszcza od najścia Cztanowego mnie ustrzeżcie, jako godni i uczciwi somsiedzi[361 - somsiedzi – dziś popr.: sąsiedzi. [przypis edytorski]]!…

Przez ten czas młody Wilk, który miał rozum dość bystry, prędko pomiarkował, że skoro Zbyszko się ożenił, to Maćka lepiej jest mieć przyjacielem, albowiem i Jagienka miała do niego ufność, i we wszystkim gotowa była iść za jego radą. Nagle całkiem nowe widoki otworzyły się przed oczyma młodego paliwody[362 - paliwoda (daw.) – człowiek gwałtowny i/lub lekkomyślny. [przypis edytorski]]. „Nie dość się Maćkowi nie sprzeciwić, trzeba go jeszcze zjednać!” – rzekł sobie. Więc choć był trochę napity, wyciągnął wartko pod stołem rękę, ułapił ojca za kolano, ścisnął mocno na znak, żeby czegoś niepotrzebnego nie powiedział, sam zaś rzekł:

– Wy się Cztana nie bójcie! Oho! niechby jeno spróbował! Poszczerbił mnie on krzynę[363 - krzynę (daw.) – trochę. [przypis edytorski]] – prawda! – alem też mu za to tak ten włochaty pysk pochlastał, że go rodzona mać nie poznała. Nie bójcie się niczego! Jedźcie spokojnie. Nie zginie wam i jedna wrona z Bogdańca!

– To widzę, zacni z was ludzie. Przyrzekacie?

– Przyrzekamy! – zawołali obaj.

– Na rycerską cześć?

– Na rycerską cześć.

– I na klejnot?

– I na klejnot! ba! i na krzyż! Tak nam dopomóż Bóg!

Maćko uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym rzekł:

– No, tegom się po was i spodziewał. A kiedy tak, to wam jeszcze coś rzekę… Zych, jako wiecie, mnie zdał opiekę nad dziećmi. Dlategom to Cztanowi i tobie, młodziaku, przeszkadzał, kiedyście to siłą chcieli wtargnąć do Zgorzelic. A teraz, jak będę w Malborgu albo Bóg wie gdzie, taka to będzie i opieka… Prawda, że nad sierotami jest Bóg i że takiemu, który by je chciał pokrzywdzić, nie tylko by szyję toporem ucięto, aleby go i za bezecnego ogłoszono. Wszelako markotno mi, że jadę. Okrutnie markotno. Obiecajcieże mi, jako i sierot Zychowych nie tylko sami nie pokrzywdzicie, ale i nikomu ich pokrzywdzić nie dacie.

– Przysięgamy! przysięgamy!

– Na rycerską cześć i na klejnot?

– Na rycerską cześć i na klejnot!

– I na krzyż także?

– I na krzyż!

– Bóg słyszał. Amen! – zakończył Maćko.

I odetchnął głęboko, bo wiedział, że takiej przysięgi dotrzymają, choćby każden[364 - każden – dziś popr.: każdy. [przypis edytorski]] miał sobie pięści z gniewu i złości poobgryzać.

I począł się zaraz żegnać, ale oni zatrzymali go prawie przemocą. Musiał pić i pokumał się ze starym Wilkiem, młody zaś, choć zwykle po pijanemu zwady szukał, tym razem odgrażał się tylko na Cztana, a koło Maćka zabiegał tak gorliwie, jakby zaraz jutro miał dostać od niego Jagienkę. Przed północą jednak omdlał z wysiłku, a gdy go docucono, zasnął kamieniem. Stary poszedł wkrótce za przykładem syna, tak że Maćko zostawił ich obu jak nieżywych przy stole.

Sam jednak, mając głowę nad miarę wytrzymałą, nie był pijany, tylko nieco rozochocon, więc wracając do domu, rozmyślał prawie z radością o tym, czego dokazał.

– No! – mówił sobie. – Bogdaniec bezpieczny i Zgorzelice bezpieczne. Powściekają się z przyczyny Jagienkowej jazdy, a strzec i mojego, i jej dobra będą, bo muszą. Pan Jezus dał człeku obrotność… Jak gdzie nie można pięścią, to trzeba rozumem… Jeśli wrócę, nie bez tego będzie, żeby mnie stary w pole nie pozwał, ale mniejsza o to… Bóg by dał, żeby tak i Krzyżaków usidlić… Ale z nimi trudniej… Nasz, choć trafi się i psubrat, wszelako gdy na rycerską cześć i klejnot przysięże, to i zdzierży[365 - zdzierżyć (daw.) – dotrzymać. [przypis edytorski]], a dla nich przysięga tyle, co plucie na wodę. Ale może mnie Matka Pana Chrystusowa wesprze, że przydam się na coś Zbyszkowi, jakom się teraz Zychowym dzieciom i Bogdańcowi przydał…

Tu przyszło mu do głowy, że po prawdzie mogłaby dziewczyna nie jechać, bo dwaj Wilkowie będą jej strzegli jak źrenicy oka. Po chwili jednak porzucił tę myśl: „Wilkowie będą jej strzegli, ale za to Cztan będzie tym bardziej nastawał. Bóg wie, kto kogo zmoże[366 - zmóc (daw.) – pokonać. [przypis edytorski]], a rzecz pewna, że zdarzą się bitki i napaści, w których ucierpieć mogą Zgorzelice, Zychowe sieroty i sama nawet dziewczyna. Wilkom pilnować samego Bogdańca będzie łatwiej, a dla dziewki lepiej w każdym razie, by była z dala od tych dwóch zabijaków i zarazem blisko bogatego opata”. Maćko nie wierzył w to, by Danusia mogła wyjść żywa z rąk krzyżackich, więc nie wyzbył się jeszcze nadziei, że gdy czasem Zbyszko wróci wdowcem, wówczas niechybnie poczuje ku Jagience wolę Bożą.

– Hej, mocny Boże! – mówił sobie – żeby tak, mając Spychów, jeszcze potem Jagienkę wziął z Moczydołami i z tym, co jej opat ostawi, nie pożałowałbym i kamienia[367 - kamień – dawna jednostka wagi, nazwa pochodzi od kamieni będących częścią żaren. [przypis edytorski]] wosku na świece!

Na podobnych rozmyślaniach prędko zeszła mu droga z Brzozowej, jednakże przybył późną już nocą i zdziwił się, ujrzawszy mocno oświecone błony okien. Parobcy też nie spali, bo zaledwie wjechał na oborę[368 - obora – dawniej także: dziedziniec. [przypis edytorski]], wybiegł ku niemu stajenny.

– Goście jakowiś czy co? – zapytał Maćko, zsiadając z konia.

– Jest panicz ze Zgorzelic z Czechem – odrzekł stajenny.

Maćka zdziwiły te odwiedziny. Jagienka obiecała przyjechać nazajutrz do dnia i mieli zaraz ruszać. Czemu więc przyjechał Jaśko i to tak późno.

Stary rycerz pomyślał, że mogło się coś przytrafić w Zgorzelicach, i z pewnym niepokojem w duszy wszedł do domu.

Ale w izbie, w wielkim glinianym kominie, który zastąpił we dworze zwykle ułożone na środku izby ognisko, paliły się jasno i wesoło żywiczne szczypki, a nad stołem płonęły w żelaznych kunach dwie pochodnie, przy których blasku ujrzał Maćko Jaśka, Czecha Hlawę i jeszcze jednego młodego pachołka, z twarzą rumianą jak jabłuszko.

– Jakoże się miewasz, Jaśku, a co tam z Jagienką? – zapytał stary szlachcic.

– Jagienka kazała wam powiedzieć – rzekł całując go w rękę chłopak – że się rozmyśliła i woli zostać doma.

– Bójcieże się Boga! a to co? jak? Cóż jej tam do głowy strzeliło?

A chłopak podniósł na niego modre oczęta i począł się śmiać.

– Czegoż się rzechoczesz[369 - rzechoczesz – dziś popr.: rechoczesz. [przypis edytorski]]?

Lecz w tej chwili Czech i drugi pachołek wybuchnęli także wesołym śmiechem.

– Widzicie! – zawołał mniemany chłopak – któż mnie pozna, skoroście wy nie poznali?

Dopieroż Maćko przypatrzył się wdzięcznej figurce uważniej i zawołał:

– W imię Ojca i Syna! Czyste[370 - czysty – prawdziwy (por. „czysty zysk”). [przypis edytorski]] zapusty[371 - zapusty (daw.) – karnawał, przebierańce. [przypis edytorski]]! A ty tu, skrzacie, czego?

– Ba! czego?… Komu w drogę, temu czas!

– Miałaś przecie jutro świtaniem przyjechać?

– Jużci! Jutro świtaniem, żeby wszyscy widzieli! Jutro pomyślą w Zgorzelicach, żem u was w gościnie, i nie opatrzą się[372 - opatrzyć się (daw.) – zorientować się. [przypis edytorski]] aż pojutrze. Sieciechowa i Jaśko wiedzą, ale Jaśko obiecał na rycerską cześć, że powie dopiero wtedy, gdy poczną[373 - począć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] się niepokoić. Ale nie poznaliście mnie – co?

Więc z kolei począł się Maćko śmiać.

– A niechże ci się ta jeszcze przyjrzę… Hej! okrutnie śwarny[374 - śwarny (daw.) – ładny. [przypis edytorski]] z ciebie pacholik!… i osobliwy, bo z takiego można się i przychowku[375 - przychówek – potomstwo. [przypis edytorski]] doczekać… Sprawiedliwie mówię! Żebym to nie był stary – no! Ale i tak ci powiadam: waruj się[376 - warować się (daw.) – strzec się, chronić się, pilnować się. [przypis edytorski]], dziewko, włazić mi w oczy! waruj się!…

I począł jej przygrażać[377 - przygrażać – dziś popr.: wygrażać. [przypis edytorski]] palcem, śmiejąc się, ale patrzył na nią z wielkim upodobaniem, albowiem takiego pachołka nigdy w życiu nie widział.

Na głowie miała pątliczek[378 - pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]] jedwabny czerwony, na sobie zielony sukienny kubrak, a zaś spodenki buchaste[379 - buchasty (daw.) – bufiasty, szeroki. [przypis edytorski]] przy biodrach, a dalej obcisłe, w których jedna nogawiczka była barwy pątlika, druga w podłużne pasy. I z bogatym kordzikiem przy boku, z uśmiechniętą i jasną jak zorza twarzą wyglądała tak ślicznie, że oczu nie można było od niej oderwać.

– Boga mi! – mówił rozweselony Maćko. – Alibo cudne jakoweś paniątko, alibo kwiatuszek czy co?

Po czym zwrócił się do drugiego pachołka i zapytał?

– A ten tu?… pewnikiem też jaki odmieniec?

– A wżdy to Sieciechówna – odrzekła Jagienka. – Nieskładnie by mi było samej między wami, bo jakże? To dlatego wzięłam z sobą Anulkę, że we dwie raźniej, i pomoc jest, i sługa. Jej też nikt nie pozna.

– Masz ci babo wesele! Mało było jednej, będzie dwie.

– Nie przekomarzajcie się.

– Nie przekomarzam się ja, ale przecie w dzień każdy pozna i ją, i ciebie.

– Ba! a po czym?

– Bo ci kolana k'sobie[380 - k'sobie (daw.) – do siebie. [przypis edytorski]] idą – i jej też.

– Dajcie spokój!…

– Jużci dam, bo mi nie pora, ale czy i Cztan z Wilkiem dadzą, Bóg wie. Wiesz ty, bąku, skąd wracam? Z Brzozowej.

– Na miły Bóg! Co też mówicie?

– Prawdę, jako i to prawda, że Wilkowie będą bronili od Cztana i Bogdańca, i Zgorzelic. No! pozwać nieprzyjaciół i pobić się z nimi łatwo, ale z nieprzyjaciół stróżów własnego dobra uczynić to nie byle cap potrafi.

Tu Maćko począł opowiadać o swoich odwiedzinach u Wilków, jak ich sobie zjednał i na hak przywiódł[381 - na hak przywieść (daw.) – złapać, poskromić, jak psa łańcuchowego. [przypis edytorski]], a ona słuchała z wielkim zdumieniem, a gdy wreszcie skończył, rzekła:

– Chytrości to Pan Jezus wam nie poskąpił, i miarkuję[382 - miarkować (daw.) – myśleć. [przypis edytorski]], że wszystko tak zawsze będzie, jak chcecie.

Lecz Maćko począł na to kiwać głową jakby ze smutkiem.

– Ej, dziewczyno, kiedy by tak wszystko było, jako ja chcę, to ty byś dawno już była gospodynią w Bogdańcu!

Na to Jagienka popatrzyła na niego czas jakiś swymi modrymi[383 - modry (daw.) – niebieski. [przypis edytorski]] oczyma, po czym zbliżywszy się, pocałowała go w rękę.

– Czegóż mnie boćkasz[384 - boćkać (daw.) – całować. [przypis edytorski]]? – zapytał stary.

– Nic!… Mówię jeno dobranoc, bo późno, a jutro trzeba nam do dnia[385 - do dnia (daw.) – rano. [przypis edytorski]] ruszyć.

I zabrawszy Sieciechównę, odeszła, a Maćko zaprowadził Czecha do alkierza[386 - alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]], gdzie ległszy na żubrzych skórach, zasnęli obaj snem mocnym i krzepiącym.




Rozdział dziesiąty


Jakkolwiek po zniszczeniu, pożodze[387 - pożoga (daw.) – pożar. [przypis edytorski]] i rzezi, którą w 1331 r. wyprawili[388 - wyprawić (daw.) – urządzić. [przypis edytorski]] w Sieradzu Krzyżacy, Kazimierz Wielki[389 - Kazimierz Wielki – (1310–1370), ostatni król Polski z dynastii Piastów (od 1333), znacząco poprawił sytuację gospodarczą kraju i standardy cywilizacyjne. [przypis edytorski]] odbudował zrównane z ziemią miasto – nie było ono jednak zbyt świetne i nie mogło iść w porównanie z innymi grodami Królestwa. Ale Jagienka, której życie płynęło dotychczas między Zgorzelicami a Krześnią, nie posiadała się ze zdumienia i podziwu na widok murów, wież, ratusza, a zwłaszcza kościołów, o których drewniany krześnieński nie dawał najmniejszego pojęcia. W pierwszej chwili straciła tak dalece zwykłą rezolutność[390 - rezolutny (daw.) – śmiały, zaradny. [przypis edytorski]], że nie śmiała mówić głośno i tylko szeptem wypytywała Maćka o te wszystkie cuda, od których olśniewały jej oczy, gdy zaś stary rycerz upewniał ją, że Sieradzowi tak do Krakowa jako zwyczajnej głowni[391 - głownia – palący się lub spalony kawałek drewna, tu: pochodnia. [przypis edytorski]] do słońca, uszom nie chciała wierzyć, albowiem wydawało się jej prostym niepodobieństwem, aby mógł istnieć drugi równie wspaniały gród na świecie.

W klasztorze przyjął ich ten sam zgrzybiały przeor[392 - przeor – przełożony domu zakonnego lub wyższy duchowny. [przypis edytorski]], który pamiętał jeszcze z dziecinnych lat rzeź krzyżacką i który poprzednio przyjmował Zbyszka. Wiadomości o opacie[393 - opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]] sprawiły im smutek i kłopot. Mieszkał on długo w klasztorze, ale przed dwoma tygodniami wyjechał do swego przyjaciela, biskupa płockiego. Chorzał ciągle. Za dnia, z rana bywał przytomny, ale wieczorami tracił głowę, zrywał się, kazał sobie nakładać pancerz i pozywał na bitwę księcia Jana z Raciborza[394 - Jan II Raciborski, zwany Żelaznym – (ok. 1365–1424), książę raciborski od ok. 1380. [przypis edytorski]]. Klerykowie waganci[395 - wagant – śrdw. kleryk lub żak, żyjący w sposób prowokacyjnie swobodny, często zajmujący się twórczością poetycką bądź aktorstwem. [przypis edytorski]] musieli go siłą trzymać w łożu, co nie przychodziło bez wielkich trudności, a nawet i niebezpieczeństwa. Przed dwoma dopiero tygodniami oprzytomniał całkiem i pomimo że osłabł jeszcze bardziej, kazał się zaraz wieźć do Płocka.

– Mówił, że nikomu tak nie ufa jako biskupowi płockiemu – kończył przeor – i że z jego rąk chce przyjąć Sakramenta, a przy tym i testament u niego zostawić. Przeciwialiśmy się tej podróży, jakeśmy mogli, bo był mdły[396 - mdły (daw.) – słaby. [przypis edytorski]] bardzo, i baliśmy się, że i mili żyw nie ujedzie. Ale przeciwić mu się niełatwo, więc szpylmany[397 - szpylman (z niem.) – grajek, aktor. [przypis edytorski]] wymościli wóz i powieźli go, daj Boże, szczęśliwie.

– Gdyby był zamarł gdzieś blisko Sieradza, to bylibyście przecie słyszeli – rzekł na to Maćko.

– Bylibyśmy słyszeli – odparł staruszek – toteż tak myślim, że nie zamarł i że przynajmniej do Łęczycy ostatniej pary nie puścił, ale co się dalej mogło przygodzić[398 - przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]], nie wiemy. Jeśli pojedziecie za nim, to się po drodze dowiecie.

Maćko zatroskał się tymi wiadomościami i udał się na naradę do Jagienki, która już przez Czecha dowiedziała się, dokąd opat[399 - opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]] wyjechał.

– Co robić? – spytał jej – i co z sobą uczynisz?

– Pojedziecie do Płocka, a ja z wami – odrzekła krótko.

– Do Płocka! – zawtórowała jej cienkim głosikiem Sieciechówna.

– Patrzcie, jako to się rządzą! Tak ci od razu do Płocka jak sierpem rzucić?

– A jakoże mi samej z Sieciechówną wracać? Miałabym z wami dalej nie jechać, to lepiej było wcale nie wyjeżdżać. Zali[400 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] nie myślicie, że tamci się gorzej jeszcze rozsierdzili[401 - rozsierdzić się (daw.) – rozzłościć się, rozgniewać. [przypis edytorski]] i zawzięli?

– Wilkowie cię przed Cztanem obronią.

– Boję ja się tak samo Wilkowej obrony jak Cztanowej napaści, a to też widzę, że wy się przeciwicie, byle się przeciwić, ale nieszczerze.

Maćko rzeczywiście nie sprzeciwiał się szczerze. Owszem, wolał, by Jagienka z nim jechała, niż żeby miała wracać, więc usłyszawszy jej słowa, uśmiechnął się i rzekł:

– Spódnicy się wyzbyła, to jej się rozumu zachciewa.

– Rozum nie gdzie indziej, jeno w głowie.

– Ale mnie z drogi przez Płock.

– Mówił Czech, że nie z drogi, a do Malborga to i bliżej.

– To jużeście z Czechem uradzali?

– A pewnie, i powiedział jeszcze tak: jeśli, powiada, młody pan popadł w jakowe złe terminy[402 - terminy (daw.) – sytuacje a. wydarzenia niepomyślne. [przypis edytorski]] w Malborgu, to przez księżnę Aleksandrę płocką[403 - Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]] siła[404 - siła (daw.) – wiele. [przypis edytorski]] można by wskórać, bo ona, rodzona[405 - rodzona – siostra. [przypis edytorski]] królewska i prócz tego będąc osobliwszą[406 - osobliwy (daw.) – szczególny. [przypis edytorski]] przyjaciółką Krzyżakom, wielkie ma między nimi zachowanie[407 - zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]].

– Prawda, jak mi Bóg miły! – zawołał Maćko. – Wszyscy o tym wiedzą i gdyby chciała dać list do mistrza, przezpiecznie[408 - przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]] byśmy jeździli po wszystkich ziemiach krzyżackich. Miłują ci oni ją, bo i ona ich miłuje… Dobra to rada i niegłupi chłop – ten Czech!

– Jeszcze i jak! – zawołała z zapałem Sieciechówna, wznosząc ku górze niebieskie oczki.

Maćko zaś zwrócił się nagle ku niej:

– A ty tu czego?

Więc dziewczyna zmieszała się okrutnie i opuściwszy długie rzęsy, zapłoniła[409 - zapłonić się (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]] się jak róża.

Jednakże widział Maćko, że nie ma innej rady, tylko trzeba obie dziewczyny dalej z sobą brać, że zaś i w duszy miał na to ochotę, więc nazajutrz, pożegnawszy staruszka przeora, ruszyli w dalszą podróż. Z przyczyny tajania śniegów i wezbranych wód jechali z większym trudem niż poprzednio. Po drodze dopytywali o opata i trafili na wiele dworów, plebanij, a gdzie ich nie było, to nawet i karczem, w których zatrzymywał się na noclegi. Łatwo było iść w jego tropy, gdyż rozdzielał hojne jałmużny, zakupował msze, dawał na dzwony, wspomagał podupadłe kościoły, więc niejeden dziadyga chodzący „po pytaniu[410 - po pytaniu (daw.) – po prośbie, na żebry. [przypis edytorski]]”, niejeden klecha, ba, nawet i niejeden pleban wspominali go z wdzięcznością. Mówiono ogólnie, że „jechał jakoby anioł” – i modlono się za jego zdrowie, chociaż tu i ówdzie dawały się słyszeć obawy, że bliżej mu już do wiekuistego zbawienia niż do doczesnego zdrowia. W niektórych miejscach popasał dla zbytniej słabości po dwa i trzy dni. Maćkowi wydawało się też prawdopodobnym, że go dogonią.

Jednakże pomylił się w rachubie, gdyż zatrzymały ich wezbrane wody Neru i Bzury. Nie dojechawszy do Łęczycy, przez dni cztery zmuszeni byli zamieszkać w pustej karczmie, z której gospodarz wyniósł się, widocznie z obawy powodzi. Droga wiodąca od karczmy ku miastu, jakkolwiek wymoszczona pniami drzew, pogrążyła się i zaklęsła na znacznej przestrzeni w błotnistą topiel. Pachołek Maćków[411 - Maćków (daw.) – Maćka, Maćkowy. [przypis edytorski]] Wit, rodem z tych stron, słyszał coś wprawdzie o przejściu lasami, ale nie chciał podjąć się przewodnictwa, albowiem wiedział również, że w błotach łęczyckich miały swoje pielesze[412 - pielesze (daw.) – dom, strony rodzinne. [przypis edytorski]] siły nieczyste, a mianowicie możny Boruta[413 - Boruta – diabeł z polskich legend, związany z Łęczycą. [przypis edytorski]], który rad[414 - rad (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]] naprowadzał ludzi na bezdenne mokradła, a następnie tylko za cenę duszy ratował. Sama karczma miała także złą sławę i jakkolwiek w owych czasach podróżni wozili z sobą żywność, za czym nie obawiali się i głodu, przecie pobyt w takim miejscu nabawiał nawet starego Maćka niepokoju.

Nocami słyszano harce na dachu gospody, a czasem pukało coś i we drzwi. Jagienka i Sieciechówna śpiące w alkierzu[415 - alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]], tuż koło wielkiej izby, słyszały też w ciemnościach jakoby szelest drobnych stóp po polepie[416 - polepa (daw.) – gliniana podłoga. [przypis edytorski]], a nawet i po ścianach. Nie przerażało ich to zbytnio, albowiem obie przywykły były w Zgorzelicach do skrzatów, które stary Zych nakazywał swego czasu karmić i które wedle powszechnego w tych czasach mniemania, byle im kto nie żałował okruszyn, nie bywały złośliwe. Lecz pewnej nocy rozległ się w pobliskich gąszczach głuchy i złowrogi ryk, a nazajutrz odkryto ślady ogromnych racic na błocie. Mógł to być żubr albo tur[417 - tur – wymarły dziki ssak z rzędu parzystokopytnych. [przypis edytorski]], lecz Wit utrzymywał, że i Boruta, choć nosi postać ludzką, a nawet szlachecką, ma zamiast stóp racice, buty zaś, w których się pokazuje między ludzi, zdejmuje dla oszczędności na błotach. Maćko zasłyszawszy, że można go sobie przejednać napitkiem, namyślał się przez cały dzień, czyby nie było grzechem uczynić sobie złego ducha przyjacielem, i radził się nawet w tym względzie Jagienki.

– Powiesiłbym na noc na płocie wołową mecherę[418 - mechera (daw.) – pęcherz. [przypis edytorski]] pełną wina albo miodu – rzekł – i jeśliby go w nocy co wypiło, to byśmy przynajmniej wiedzieli, że krąży.

– Byle mocy niebieskich przez to nie obrazić – odrzekła dziewczyna – bo nam błogosławieństwo potrzebne, abyśmy Zbyszkowi szczęśliwie poratowanie dać mogli.

– Toż i ja tego się boję, ale tak myślę, że co miód, to przecie nie dusza. Duszy nie dam, a co tam dla mocy niebieskich jedna mechera miodu znaczy!

Po czym zniżył głos i dodał:

– Że ślachcic ślachcica, choćby największego zawalidrogę[419 - zawalidroga – osoba sprawiająca kłopoty. [przypis edytorski]], poczęstuje, to zwykła rzecz, a ludzie gadają, że on ci ślachcic.

– Kto? – zapytała Jagienka.

– Nie chcę nieczystego imienia wspominać.

Jednakże tegoż wieczora zawiesił Maćko na płocie własnymi rękoma duży wołowy pęcherz, w jakich pospolicie wożono napitki – i nazajutrz okazało się, że pęcherz został do dna wypity.

Wprawdzie Czech, gdy o tym opowiadano, uśmiechał się jakoś dziwnie, ale nikt na to nie zważał, Maćko zaś rad był w duszy, albowiem spodziewał się, że gdy przyjdzie przeprawiać się przez błota, nie zajdą przy tym jakieś niespodziane przeszkody i wypadki.

– Chybaby nieprawdę powiadali, że zna jakowąś cześć – mówił sobie.

Przede wszystkim należało jednak zbadać, czy nie ma jakowegoś przejścia przez lasy. Mogło to być, albowiem tam, gdzie grunt utrwalon był przez korzenie drzew i zarośli, ziemia nie rozmiękała łatwo od dżdżów[420 - dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]]. Wszelako Wit, który jako miejscowy mógł najlepiej spełnić tę czynność, na samą o niej wzmiankę począł krzyczeć: „Zabijcie, panie! nie pójdę!” Próżno mu tłumaczono, że w dzień siły nieczyste nie mają władzy. Maćko chciał sam iść, ale skończyło się na tym, że Hlawa, któren[421 - któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]] był pachołek zuchwały i rad wobec ludzi, a zwłaszcza wobec dziewcząt, puszył[422 - puszyć – tu: pokazywać. [przypis edytorski]] odwagę, wziął za pas topór, w rękę kosztur[423 - kostur – kij podróżny, laska. [przypis edytorski]] i poszedł.

Poszedł do dnia i spodziewano się, że koło południa wróci, a gdy go nie było widać, poczęto się niepokoić. Próżno czeladź[424 - czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]] nasłuchiwała od strony lasu i po południu. Wit machał tylko ręką: „Nie wróci albo jeśli wróci, to gorze[425 - gorze (ze starop. gorzeć: palić się) – biada, nieszczęście, niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]] nam, bo Bóg wie, czy nie z wilczą mordą, na wilkołaka przemienion!” Słysząc to, bali się wszyscy; sam Maćko był nieswój, Jagienka czyniła, zwracając się ku borowi, znaki krzyża. Anulka zaś Sieciechówna próżno szukała co chwila na swych ubranych w spodenki kolanach fartucha i nie znajdując nic, czym by mogła oczy przysłonić, przysłaniała je palcami, które wnet stawały się mokre od łez jedna za drugą kapiących.

Jednakże w porze wieczornego udoju, właśnie gdy słońce miało zachodzić, Czech wrócił – i nie sam, jeno z jakąś ludzką postacią, którą pędził przed sobą na powrozie. Wypadli zaraz wszyscy ku niemu z okrzykami i radością, ale umilkli na widok owej postaci, która była mała, kosołapa[426 - kosołapy (daw.) – o krótkich rękach. [przypis edytorski]], zarosła, czarna i przybrana w skóry wilcze.

– W imię Ojca i Syna, cożeś to za bezerę[427 - bezera (daw.) – łajdak, niegodziwiec. [przypis edytorski]] sprowadził? – zawołał ochłonąwszy Maćko.

– A co mi tam – odrzekł giermek – powiada, że człowiek i smolarz[428 - smolarz – człowiek wytwarzający smołę i dziegieć, a przy okazji węgiel drzewny. [przypis edytorski]], ale czy prawda – nie wiem.

– Oj, nie człowiek to, nie człowiek! – ozwał się Wit.

Lecz Maćko nakazał mu milczenie, za czym jął bacznie przypatrywać się schwytanemu i nagle rzekł:

– Przeżegnaj się! duchem[429 - duchem (daw.) – szybko. [przypis edytorski]] mi się tu przeżegnaj!…

– Pochwalony Jezus Chrystus! – zawołał jeniec i przeżegnawszy się co prędzej, odetchnął głęboko, spojrzał z większą ufnością na zgromadzonych i powtórzył:

– Pochwalony Jezus Chrystus! – bom ja też nie wiedział, czylim w krześcijańskich, czy w diabelskich rękach. O Jezu!…

– Nie bój się. Między krześcijany jesteś, którzy radzi[430 - radzi (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]] mszy świętej słuchają. Cóżeś zacz[431 - cóżeś zacz? (daw.) – kim jesteś? [przypis edytorski]]?

Smolarz, panie, budnik[432 - budnik – człowiek mieszkający w „budzie”, tj. w szałasie. [przypis edytorski]]. Jest nas siedmiu w budach z babami i dziećmi.

– Jakoż daleko stąd?

– O dziesięć stajań[433 - stajanie a. staje – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]] niespełna.

– Którędyż do miasta chadzacie?

– Mamy swoją drogę za Czarcim Wądołem.

– Za czarcim? Przeżegnaj no się jeszcze raz!

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen.

– To dobrze. A wóz tą drogą przejdzie?

– Teraz grząsko wszędy[434 - wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]], chociaż tam nie tak jak na gościńcu, bo wądołem[435 - wądół – rozpadlina, niewielki wąwóz. [przypis edytorski]] wiater dmie i błoto suszy. Jeno do Bud bieda, ale i do Bud znający bór pomału przeprowadzi.

– Za skojca[436 - skojec – średniowieczna moneta, 1/24 grzywny. [przypis edytorski]] przeprowadzisz? ba! niechby za dwa!

Smolarz podjął się chętnie, wyprosiwszy jeszcze pół bochenka chleba, bo w lesie, chociaż głodem nie przymierali, ale chleba z dawna nie widzieli.

Ułożono, że wyjadą nazajutrz rano, gdyż pod wieczór było „niedobrze”.

O Borucie mówił smolarz, że okrutnie czasem „burzy” w boru, ale prostactwu krzywdy nie czyni i zazdrosnym będąc o księstwo łęczyckie, innych diabłów po chrustach gania. Źle tylko spotkać się z nim w nocy, zwłaszcza gdy człek napity[437 - napity – pijany. [przypis edytorski]]. W dzień i po trzeźwemu nie ma przyczyny bać się.

– A wszelakoś się bał? – rzekł Maćko.

– Bo mnie ten rycerz niespodzianie chycili[438 - chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]] z mocą taką, że myślałem, iże nie człowiek.

Więc Jagienka poczęła się śmiać, że to oni wszyscy smolarza poczytali[439 - poczytać (daw.) – uznać. [przypis edytorski]] za coś „paskudnego”, a smolarz ich. Śmiała się z nią razem i Anula Sieciechówna, aż Maćko rzekł:

– Jeszcze ci ślepia[440 - ślepia – oczy. [przypis edytorski]] nie obeschły po płakaniu za Hlawą, a teraz się już szczerzysz?

Więc Czech spojrzał na jej różaną twarz i widząc, że rzęsy ma jeszcze mokre, zapytał:

– Po mnieście płakali?

– Ej, nie! – odrzekła dziewczyna – jeno[441 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] się bałam, i tyla.

– Przecieście szlachcianka, a szlachciance wstyd. Pani wasza nie taka bojąca. Cóż się wam mogło złego przygodzić w dzień i między ludźmi?

– Mnie nic, ale wam.

– A powiadacie przecie, że nie po mnieście płakali?

– Bo nie po was.

– A zaś czemu?

– Ze strachu.

– A teraz się nie boicie?

– Nie.

– A zaś czemu?

– Boście wrócili.

Na to Czech spojrzał na nią z wdzięcznością, uśmiechnął się i rzekł:

– Ba, takim sposobem można by do jutra gadać. Okrutnieście chytrzy.

Ale ją było prędzej o wszystko inne niż o chytrość posądzić i Hlawa, który sam był pachołek przebiegły, rozumiał to dobrze. Rozumiał również, że dziewczyna lgnie do niego z każdym dniem więcej. Sam on miłował Jagienkę, ale tak jako poddany miłuje córkę króla, wiec z pokorą i czcią największą, a bez żadnej nadziei. Tymczasem podróż zbliżała go z Sieciechówną.

W czasie pochodów stary Maćko jechał zwykle w pierwszą parę z Jagienką, a on z Anulą, że zaś chłop był jak tur, a krew miał jak ukrop, więc gdy w czasie drogi spoglądał w jej jasne oczki, na płowe[442 - płowy (daw.) – o włosach: jasny. [przypis edytorski]] kosmyki włosów, które nie chciały trzymać się pod pątlikiem[443 - pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]], na całą postać smukłą a urodziwą, a zwłaszcza na cudne, jakby utoczone[444 - utoczony – wykonany na tokarce, tu: krągły. [przypis edytorski]] nogi, obejmujące wronego[445 - wrony – o koniu: kary, czarny. [przypis edytorski]] podjezdka[446 - podjezdek – koń mniejszej wartości, słaby a. młody. [przypis edytorski]], to ciarki przechodziły go od stóp do głów. Nie mógł też się wstrzymać od coraz częstszego i coraz bardziej łakomego spoglądania na te wszystkie doskonałości i mimo woli myślał, że gdyby diabeł zmienił się w takiego pachołka, to łatwo zdołałby go przywieść na pokuszenie.

A był to przy tym słodki jak miód pacholiczek, zarazem tak posłuszny, że tylko w oczy patrzył, i wesoły jak wróbel na dachu. Czasem dziwne myśli przychodziły Czechowi do głowy, i raz gdy przyzostali z Anulą nieco w tyle, przy jucznych koniach, zwrócił się nagle do niej i rzekł:

– Wiecie? tak tu wedle was jadę jako wilk wedle[447 - wedle (daw.) – obok. [przypis edytorski]] jagnięcia.

A jej aż białe ząbki rozbłysły wraz od szczerego śmiechu.

– Chcielibyście mnie zjeść? – zapytała.

– Ba! z kosteczkami!

I spojrzał na nią takim wzrokiem, że spłonęła[448 - spłonąć a. spłonić się (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]] pod nim, po czym zapadło między nimi milczenie i tylko serca biły im mocno, jemu z żądzy, jej z jakiejś słodkiej, odurzającej bojaźni.

Lecz początkowo żądza przemagała w Czechu całkiem nad tkliwością i mówiąc, iż patrzy na Anulkę jak wilk na jagnię, mówił prawdę. Dopiero tego wieczora, w którym ujrzał jej mokre od łez policzki i rzęsy, zmiękło w nim serce. Wydała mu się dobra i jakaś bliska, i jakaś swoja, że zaś i sam miał naturę uczciwą, a zarazem rycerską, nie tylko więc nie wzbił się w pychę i nie zhardział na widok tych słodkich łez, ale stał się nieśmielszy i więcej na nią uważający. Opuściła go dawna niefrasobliwość w mowie i choć jeszcze trochę dworował[449 - dworować (daw.) – żartować. [przypis edytorski]] przy wieczerzy z bojaźliwości dziewczyny, ale już inaczej, i przy tym służył jej tak, jak rycerski giermek obowiązany był służyć szlachciance. Stary Maćko, pomimo iż głównie myślał o jutrzejszej przeprawie i dalszej podróży, spostrzegł to jednak, ale pochwalił go tylko za górne[450 - górny – tu: wzniosły. [przypis edytorski]] obyczaje, których jak mówił, musiał przy Zbyszku na dworze mazowieckim nabrać.

Po czym, zwróciwszy się do Jagienki, dodał:

– Hej! Zbyszko!… Ten ci się choć i u króla znajdzie!

Ale po owej służbie przy wieczerzy, gdy przyszło rozchodzić się na noc, Hlawa po ucałowaniu ręki Jagienki podniósł z kolei do ust i dłoń Sieciechówny, przy czym rzekł:

– Wy się nie tylko o mnie nie bójcie, ale i przy mnie niczego nie bójcie, bo ja was nikomu nie dam.

Po czym mężczyźni pokładli się w przodowej izbie, zaś Jagienka z Anulą w alkierzu[451 - alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]] na jednym, ale szerokim i dobrze wymoszczonym tapczanie. Obie nie mogły jakoś prędko zasnąć, a zwłaszcza Sieciechówna kręciła się co chwila na drelichowym gieźle, więc po niejakim czasie Jagienka przysunęła do niej głowę i poczęła szeptać:

– Anula?

– A co?

– Bo… mi się tak zdaje, że ty okrutnie nawidzisz[452 - nawidzieć (daw.) – lubić, kochać. [przypis edytorski]] tego Czecha… Jakoże?

Ale pytanie pozostało bez odpowiedzi, więc Jagienka znów poczęła szeptać:

– Przecie ja to rozumiem… Powiadaj…

Sieciechówna nie odpowiedziała i teraz, tylko przywarła ustami do policzka swej pani i poczęła ją raz po razu całować.

A biednej Jagience również raz po razu westchnienia jęły podnosić pierś dziewczęcą.

– Oj, rozumiem, rozumiem! – szepnęła tak cicho, że Anula zaledwie mogła ułowić uchem jej słowa.




Rozdział jedenasty


Nazajutrz po nocy mglistej, miękkiej przyszedł dzień wietrzny, chwilami jasny, chwilami z powodu chmur, które gnane wiatrem cwałowały stadami po niebie – posępny. Maćko kazał poruszać tabor[453 - tabor – wozy konne w podróży. [przypis edytorski]] równo z brzaskiem. Smolarz, który podjął się przewodniczyć do Bud, twierdził, że konie wszędy[454 - wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]] przejdą, ale wozy miejscami trzeba będzie rozbierać i przenosić je częściowo, również jak i łuby[455 - łuby (daw.) – kosze; tu: bagaż podróżny. [przypis edytorski]] z odzieżą i zapasami żywności. Nie mogło to przyjść bez wysiłku i mitręgi[456 - mitręga – męcząca i niedająca się szybko wykonać praca; zwlekanie. [przypis edytorski]], ale hartowni i przywykli do trudu ludzie woleli trud największy niż gnuśny wypoczynek w pustej karczmie, z ochotą więc ruszyli w drogę. Nawet i bojaźliwy Wit, ośmielony słowy i obecnością smolarza[457 - smolarz – człowiek wytwarzający smołę i dziegieć, a przy okazji węgiel drzewny. [przypis edytorski]], nie okazywał przestrachu.

Zaraz za karczmą weszli w wysokopienny, niepodszyty[458 - niepodszyty – pozbawiony podszycia, bez krzewów. [przypis edytorski]] bór, w którym przy zręcznym prowadzeniu koni można się było, nawet nie rozbierając wozów, między chojarami[459 - chojar (daw.) – wysokie drzewo iglaste. [przypis edytorski]] wykręcić. Wicher chwilami ustawał, chwilami zrywał się z mocą niesłychaną, uderzał jakby olbrzymimi skrzydłami w konary gonnych sosen, przeginał je, wykręcał, wywijał nimi niby śmigami[460 - śmigi (daw.) – części śmigła. [przypis edytorski]] wiatraka, łamał; bór giął się pod tym rozpętanym tchnieniem i nawet w przerwach między jednym a drugim uderzeniem nie przestawał huczeć i grzmieć jakby z gniewu na ową napaść i przemoc. Kiedy niekiedy chmury przesłaniały całkiem blask dzienny; siekło dżdżem[461 - dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]] pomieszanym ze śnieżnymi krupami i czyniło się tak ciemno, jakby nastawała wieczorna pomroka. Wit tracił wówczas znowu ducha i wołał, iż to „złe zawzięło się i przeszkadza”, ale nikt go nie słuchał, nawet trwożliwa Anula nie brała do serca jego słów, zwłaszcza że Czech był tak blisko, iż mogła strzemieniem trącić o jego strzemię, patrzał zaś przed się tak zuchwale, jakby samego diabła chciał wyzwać na rękę.

Za borem wysokopiennym zaczynał się podszyty, a potem gąszcz, przez który nie można było przejechać. Tu musieli rozebrać wozy, ale uczynili to sprawnie i w mgnieniu oka. Koła, dyszle i przodki[462 - przodek – tu: przednia część wozu. [przypis edytorski]] przenieśli krzepcy pachołkowie na barkach, a także toboły i zapasy żywności. Było takiej złej drogi trzy stajania[463 - stajanie a. staje – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]], jednakże zaledwie pod wieczór stanęli w Budach, gdzie smolarze przyjęli ich gościnnie i zapewnili, że Czarcim Wądołem, a ściślej biorąc wzdłuż niego, można było dostać się do miasta. Ludzie ci, zżyci z puszczą, rzadko widywali chleb i mąkę, ale nie przymierali głodem, gdyż wszelkich wędlin, a zwłaszcza wędzonych piskorzów[464 - piskorz – ryba o brązowym, wydłużonym ciele, żyjąca w słabo natlenionych wodach. [przypis edytorski]], od których roiły się wszystkie błota, mieli w bród. Częstowali też nimi hojnie, wyciągając w zamian łakome ręce po placki. Były między nimi niewiasty i dzieci, wszystko czarne od smolistego dymu, a był także i jeden stary chłop, przeszło stuletni, który pamiętał rzeź Łęczycy dokonaną w 1331 roku i zupełne zburzenie miasta przez Krzyżaków. Maćko, Czech i dwie dziewczyny, jakkolwiek słyszeli takie samo niemal opowiadanie przeora[465 - przeor – przełożony domu zakonnego lub wyższy duchowny. [przypis edytorski]] w Sieradzu, słuchali ciekawie i tego dziada, który siedząc przy ognisku i grzebiąc w nim, zdawał się odgrzebywać zarazem straszne wspomnienia swej młodości. Tak! w Łęczycy, równie[466 - równie (daw.) – (daw.) tak samo. [przypis edytorski]] jak w Sieradzu, nie oszczędzono nawet kościołów i księży, a krew starców, niewiast i dzieci spłynęła po nożach zdobywców. Krzyżacy, wiecznie Krzyżacy! Myśli Maćka i Jagienki ulatywały ustawicznie ku Zbyszkowi, który przebywał właśnie jakoby w paszczy wilczej, wśród wrażego[467 - wraży – dziś: wrogi. [przypis edytorski]] plemienia nie znającego ni litości, ni praw gościnnych. Sieciechównie mdlało także serce, nie była bowiem pewna, czy w gonitwie za opatem nie przyjdzie im aż między tych okrutnych ludzi zajechać…

Lecz stary począł następnie opowiadać o bitwie pod Płowcami[468 - bitwa pod Płowcami – rozegrana 27 września 1331 r. między wojskami Władysława Łokietka a oddziałami krzyżackimi, przerwała krzyżacką kampanię przeciw Polsce. [przypis edytorski]], która zakończyła najazd krzyżacki, a w której on brał udział z cepem żelaznym w ręku jako pacholik w piechocie wystawionej przez gminę kmiecą[469 - gmina kmieca – jednostka dawnego samorządu chłopskiego. [przypis edytorski]]. W tej to bitwie wyginął przecie cały niemal ród Gradów, więc Maćko znał dobrze wszelkie jej szczegóły, a jednak słuchał i teraz jak nowiny opowiadania o strasznym pogromie Niemców, gdy jak łan pod wichrem położyli się pod mieczami rycerstwa polskiego i króla Łokietka[470 - Władysław I Łokietek – (ok. 1260–1333), król Polski od 1320, przedtem długo walczył o zjednoczenie kraju po okresie rozbicia dzielnicowego. [przypis edytorski]] potęgą…

– Ha! Jużci pamiętam – mówił dziad. – Naszli tę ziemię, popalili grody i zamki, ba! dzieci w kolebkach rzezali[471 - rzezać (daw.) – zabijać. [przypis edytorski]], ale im przyszło na czarny koniec. Hej! godna ci była bitwa. Ano! co przymknę oczy, to ono[472 - ono (daw.) – to. [przypis edytorski]] pole widzę…

I przymknął oczy, i umilkł, z lekka tylko węgle we watrze poruszał, póki Jagienka, nie mogąc się dalszego opowiadania doczekać, nie spytała:

– Jakoż to było?

– Jakoż to było? – powtórzył dziad. – Pole pamiętam, jakobym tera[473 - tera – dziś popr.: teraz. [przypis edytorski]] patrzył: były chruśniaki i w prawo młaka[474 - młaka – teren podmokły. [przypis edytorski]], i szmat rżyska[475 - rżysko – pole po skoszeniu zboża. [przypis edytorski]] jakoby poletko niewielgie[476 - niewielgie – dziś popr.: niewielkie. [przypis edytorski]]. Ale po bitwie nie było widać ni chruśniaków[477 - chruśniak – krzaki, zarośla. [przypis edytorski]], ni młaki, ni rżyska, jeno[478 - jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]] żelaziwo wszędy, miecze, topory, dzidy i zbroje piękne, jedna na drugiej, jakoby kto całą świętą ziemię nimi przykrył… Nigdy ja tyla pobitego narodu na kupie nie widział i tyla krwi ludzkiej płynącej…

Pokrzepiło się[479 - pokrzepić się (daw.) – wzmocnić się. [przypis edytorski]] znowu tym wspomnieniem Maćkowe serce, więc rzekł:

– Prawda! Pan Jezus miłosierny! Ogarnęli oni wówczas to Królestwo jako pożoga[480 - pożoga (daw.) – pożar. [przypis edytorski]] alibo zaraza. Nie tylko Sieradz i Łęczycę, ale i wiele innych miast napsowali[481 - napsować (daw.) – zniszczyć. [przypis edytorski]]. I co? Jest nasz naród okrutnie żywięcy[482 - żywięcy (daw.) – żywotny. [przypis edytorski]] i moc w sobie też ma niepożytą[483 - niepożyty (daw.) – niedający się pokonać. [przypis edytorski]]. Choć ta i chycisz[484 - chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]] go, krzyżacki psubracie, za grzdykę[485 - grdyka – tu: gardło. [przypis edytorski]], zdławić go nie podolisz[486 - podolić (daw.) – zdołać. [przypis edytorski]], jeszcze ci zęby wybije… Bo jeno patrzcie: król Kazimierz i Sieradz, i Łęczycę tak zacnie odbudował, że lepsze są, niż były, i zjazdy[487 - zjazd – tu: zebranie szlachty z danego regionu, mające na celu uchwalenie praw. [przypis edytorski]] się w nich po staremu odprawują[488 - odprawować się (daw.) – odbywać się. [przypis edytorski]], a Krzyżaków, jak ci sprali pod Płowcami, tak tam leżą i gniją. Daj Bóg zawdy taki koniec!

Stary chłop, słysząc te słowa, począł z początku kiwać głową na znak przytakiwania, lecz w końcu rzekł:

– Ponoś nie leżą i nie gniją. Kazał król nam piechocie po bitwie rowy kopać, i chłopy też przyszli z okolicy pomagać w robocie, aże łopaty warczały. Poukładaliśmy potem Niemców w rowach i przysypali na porządek, by się z nich jakoweś choróbska nie wylęgły, ale oni tam nie ostali.

– Jak to nie ostali? Cóż im się przygodziło[489 - przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]]?

– Ja tam tego nie widział, jeno rzekę, jako ludzie potem prawili[490 - prawić (daw.) – mówić. [przypis edytorski]]. Nastała po bitwie wieja sroga, która trwała bez dwanaście niedziel[491 - niedziela (daw.) – tydzień. [przypis edytorski]], ale tylko nocami. W dzień słonko świeciło jako się patrzy, a w nocy wiater bez mała włosów ze łba nie zdzierał. To ci diabły całymi chmarami kotłowały się we wichurze, każden[492 - każden – dziś popr.: każdy. [przypis edytorski]] z widłami, i co który nadleciał, to siup widłami w ziemię i Krzyżaka se wydobył, a potem do piekła poniósł. Słyszeli we Płowcach ludziska harmider taki, jakby psi stadami wyli, ale tego nie mogli wyrozumieć, czy to Niemcy wyli ze strachu a zaś żałości, czyli też diabły z wesela. Było tego, póki księża rowów nie poświęcili i póki ziem[493 - ziem – dziś popr.: ziemia. [przypis edytorski]] na Nowy Rok nie zamarzła tak, że i widły nie brały.

Tu umilkł i po chwili dodał:

– Ale daj Bóg, panie rycerzu, taki koniec, jakoście mówili, bo chociaż ja tego nie dożyjem, ale tacy pachołeckowie, jako ci dwaj, dożyją i nie będą tego widzieli, na co oczy moje patrzyły.

To rzekłszy, począł przyglądać się Jagience, to Sieciechównie i dziwić się ich cudnym twarzom, i głową kręcić.

– Nikiej[494 - nikiej (gw.) – niby, tak jak. [przypis edytorski]] mak we zbożu – rzekł. – Takich ja jeszcze nie widział.

W podobny sposób przegwarzyli[495 - przegwarzyć (daw.) – przegadać. [przypis edytorski]] część nocy, potem pokładli się spać w budach na mchach miękkich jak puch, ciepłymi skórami pokrytych, a gdy sen mocny pokrzepił ich członki, ruszyli nazajutrz dobrze już za widna dalej. Droga wzdłuż wądołu[496 - wądół – rozpadlina, mały wąwóz. [przypis edytorski]] nie była wprawdzie zbyt łatwa, ale też i nie trudna, tak że jeszcze przed zachodem słońca ujrzeli zamek łęczycki. Miasto było na nowo z popiołów wzniesione, w części z czerwonej cegły, a nawet i z kamienia. Mury miało wysokie, wieżami bronne[497 - bronny (daw.) – tu: broniony, wzmocniony. [przypis edytorski]], kościoły jeszcze od sieradzkich wspanialsze. U dominikanów łatwo zasięgnęli wieści o opacie. Był, mówił, że mu lepiej, radował się nadzieją, że całkiem ozdrowieje, i przed kilku dniami wyruszył w dalszą drogę. Maćkowi nie chodziło już zbytnio o doścignięcie go w drodze, gdyż postanowił już wieźć obie dziewki aż do Płocka, gdzie i tak byłby je opat zawiózł, ale że mu pilno było do Zbyszka, więc zakłopotał się srodze inną nowiną: że już po opatowym wyjeździe rzeki tak wezbrały, iż całkiem nie można było jechać dalej. Dominikanie, widząc rycerza ze znacznym pocztem, któren[498 - któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]], jak mówił, do księcia Ziemowita jechał, przyjęli i podejmowali ich gościnnie, a nawet opatrzyli[499 - opatrzyć (daw.) – zaopatrzyć. [przypis edytorski]] Maćka na drogę drewnianą, oliwną tabliczką, na której wypisana była po łacinie modlitwa do anioła Rafała, patrona podróżnych.

Przez dwa tygodnie trwał przymusowy pobyt w Łęczycy, przy czym jeden z giermków zamkowego starosty odkrył, że pachołkowie przejezdnego rycerza byli dziewczynami, i z miejsca zakochał się na umór w Jagience. Czech chciał go zaraz pozywać za to na udeptaną ziemię, ale że stało się to wigilią[500 - wigilią (daw.) – w przeddzień. [przypis edytorski]] wyjazdu, więc Maćko odradzał mu ten postępek.

Gdy wyruszyli w dalszą ku Płockowi drogę, wiatr osuszył nieco gościńce, bo jakkolwiek przychodziły dżdże[501 - dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]] częste, ale jak zwykle wiosną trwały krótko. Były też ciepłe i duże, albowiem wiosna nastąpiła zupełna. Na polach świeciły w bruzdach jasne pasy wody, od zagonów dolatywał z powiewem mocny zapach mokrej ziemi. Bagna pokryły się kaczeńcem, w lasach zakwitły przylaszczki – i piegże[502 - piegża – mały ptak wędrowny. [przypis edytorski]] podnosiły między gałęziami świergot radosny. W serca podróżnych wstąpiła też nowa ochota i nadzieja, zwłaszcza że jechało im się dobrze i że po szesnastu dniach podróży stanęli u bram Płocka.

Ale przyjechali w nocy, gdy bramy grodu były już zamknięte, więc musieli nocować u tkacza za murami. Dziewczyny, poszedłszy spać późno, pospały się po trudach i niewygodach długiej podróży kamiennym snem. Maćko, którego żaden trud nie mógł obalić, nie chciał ich budzić, ale sam równo z otwarciem bram poszedł do miasta, łatwo odnalazł katedrę i dom biskupi, w którym pierwszą nowiną, którą usłyszał, była wiadomość, że opat zmarł przed tygodniem.

Zmarł przed tygodniem, ale wedle[503 - wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]] ówczesnego zwyczaju odprawiano msze przy trumnie i stypy żałobne od dni sześciu, pogrzeb zaś miał nastąpić dziś dopiero, a po nim wspominki i stypa ostatnia dla uczczenia pamięci zmarłego.

Maćko od wielkiego frasunku[504 - frasunek (daw.) – smutek, zmartwienie. [przypis edytorski]] nawet się nie rozglądał po mieście, które zresztą znał nieco z tych czasów, gdy jeździł z listem księżny Aleksandry[505 - Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]] do mistrza – tylko wracał co prędzej do domu tkacza za murami i po drodze mówił sobie:

– Ha, zmarło mu się i wieczny odpoczynek! Nie masz na to rady we świecie, ale co ja teraz z tymi dziewkami zrobię?

I począł się nad tym zastanawiać, czyby je lepiej u księżny Aleksandry zostawić, czy u księżny Anny Danuty[506 - Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]], czy może do Spychowa wieźć. Bo nieraz przychodziło mu do głowy w czasie tej drogi, że gdyby się pokazało, iż Danuśka nie żyje, to nie wadziłoby[507 - wadzić (daw.) – przeszkadzać. [przypis edytorski]], by Jagienka była blisko Zbyszka. Nie wątpił, że Zbyszko długo będzie tamtej, nad wszystkie inne umiłowanej, żałował i długo po niej płakał, ale nie wątpił też, że taka dziewczyna, tuż pod bokiem, zrobi swoje. Pamiętał, jak chłopaka, chociaż serce rwało mu się hen za bory i lasy na Mazowsze, ciągoty[508 - ciągoty – tu: pożądanie. [przypis edytorski]] jednak brały przy Jagience. Z tych powodów i wierząc przy tym głęboko, że Danuśka przepadła, myślał nieraz, by na wypadek śmierci opata nie odsyłać nigdzie Jagienki. Ale że był nieco łapczywy na ziemskie dobro, więc chodziło mu i o majętność po opacie. Opat gniewał się wprawdzie na nich i zapowiadał, że nic im nie zostawi, ale nuż ogarnęła go skrucha przed śmiercią? Że zapisał coś Jagience, to było pewne, bo nieraz odzywał się z tym w Zgorzelicach, więc przez Jagienkę mogłoby to i tak nie minąć Zbyszka. Chwilami brała też Maćka ochota zostać w Płocku, dowiedzieć się jak i co, i zająć się tą sprawą, ale wnet pokonywał w sobie takie myśli. „Ja tu będę – myślał – o majętność zabiegał, a mój chłopaczysko może tam do mnie z jakowego krzyżackiego podziemia ręce wyciąga i ratunku ode mnie czeka”. Była wprawdzie jedna rada: zostawić Jagienkę pod opieką księżny i biskupa z prośbą, by jej nie dali skrzywdzić, jeśli jej opat co zostawił. Ale rada ta nie całkiem podobała się Maćkowi. „Dziewczyna ma i tak – mówił sobie – wiano[509 - wiano – posag. [przypis edytorski]] zacne, jeśli zaś i po opacie odziedziczy, weźmie ją który Mazur, jak Bóg na niebie, a ona też długo nie wytrzyma, bo to jeszcze i nieboszczyk Zych powiadał, że już wtedy jako po węglach chodziła”. I zląkł się tej myśli stary rycerz, gdyż pomyślał, że w takim razie i Danusia, i Jagienka mogłyby Zbyszka ominąć, tego zaś nie chciał za nic na świecie.

– Którą mu Bóg przeznaczył, tę niech ma, ale jedną musi mieć.

Postanowił też w końcu przede wszystkim ratować Zbyszka, a Jagienkę, jeśli trzeba będzie się z nią rozstać, zostawić albo w Spychowie albo u księżny Danuty, nie zaś tu w Płocku, gdzie dwór był nierównie świetniejszy i pięknych rycerzy na nim niemało.

Obarczon tymi myślami, szedł wartkim[510 - wartki (daw.) – szybki. [przypis edytorski]] krokiem ku domowi tkacza, aby Jagience opatową śmierć oznajmić, w duchu zaś obiecywał sobie, że jej tego od razu nie powie, gdyż niespodziana a zła wieść łatwo dech by w dziewce zaprzeć i niepłodną ją potem uczynić mogła. Przybywszy do domu, zastał już obie ubrane, nawet przystrojone i wesołe jak gajówki, więc siadłszy na zydlu[511 - zydel – mebel do siedzenia, podobny do taboretu. [przypis edytorski]], zawołał na tkackich czeladników[512 - czeladnik – rzemieślnik po egzaminie, pracujący pod okiem mistrza. [przypis edytorski]], by mu misę grzanego piwa przynieśli, po czym, nachmurzywszy surowe i bez tego oblicze, rzekł:

– Słyszysz, jako w mieście dzwonią? Zgadnijże, dlaczego dzwonią, boć przecie nie niedziela, a jutrznię[513 - jutrznia – pierwsza z godzin liturgicznych, ogłaszanych biciem w dzwony. [przypis edytorski]] przespałaś. Chciałabyś widzieć opata?

– Pewnie, żebym chciała – rzekła Jagienka.

– No, to tak go zobaczysz jak króla Ćwieka.

– Zaśby pojechał gdzie dalej?

– Jużci, że pojechał. A to nie słyszysz, że dzwonią?

– Pomer[514 - pomer – dziś popr.: umarł. [przypis edytorski]]? – zawołała Jagienka.

– Zmów wieczny odpoczynek.

Więc natychmiast uklękły obie z Sieciechówną i poczęły mówić wieczny odpoczynek dźwięcznymi jak dzwonki głosami. Po czym łzy ciurkiem jęły[515 - jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] płynąć po twarzy Jagienki, bo bardzo kochała opata, który choć zapalczywy z ludźmi, krzywdy nie wyrządził nikomu, a dobro obu rękoma czynił, ją zaś, która była jego chrześniaczką, miłował jak córkę rodzoną. Maćko wspomniawszy, że to był jego i Zbyszków krewny, wzruszył się także i nieco zapłakał, a dopiero gdy im część boleści łzami spłynęła, zabrał Czecha i obie dziewczyny na pogrzeb do kościoła.

Pogrzeb był wspaniały. Prowadził kondukt sam biskup Jakub z Kurdwanowa[516 - Jakub z Kurdwanowa – biskup płocki w latach 1396-1425. [przypis edytorski]], byli wszyscy księża i wszyscy mnisi w Płocku konwenty[517 - konwent – zakon. [przypis edytorski]] mający, bito we wszystkie dzwony, mówiono mowy, których nikt prócz duchownych nie rozumiał, bo je mówiono po łacinie, po czym wrócili duchowni i świeccy na ucztę obfitą do biskupa.

Poszedł na nią Maćko, wziąwszy ze sobą dwóch pacholików, gdyż jako krewny zmarłego i znajomek biskupa miał wszelkie prawo. Biskup też przyjął go jako krewnego nieboszczyka chętliwie[518 - chętliwie – dziś popr.: chętnie. [przypis edytorski]] i z odznaczeniem, lecz zaraz przy przywitaniu rzekł mu:

– Są tu jakoweś bory dla was Gradów z Bogdańca zapisane, ale co ostaje, a na klasztory i na opactwo nie idzie, to ma być krześniaczki jego, niejakiej Jagienki ze Zgorzelic.

Maćko, który się niewiele spodziewał, rad był i z borów, biskup zaś nie zauważył, że jeden z pacholików starego rycerza podniósł na wzmiankę o Jagience ze Zgorzelic zroszone i modre[519 - modre (daw.) – niebieskie. [przypis edytorski]] jak chabry oczy w górę i rzekł:

– Bóg mu zapłać, ale wolałabym, by żył.

Więc Maćko zwrócił się i rzekł gniewnie:

– Cichaj, bo wstydu sobie narobisz.

Lecz nagle urwał, w oczach błysnęło mu zdumienie, po czym twarz uczyniła mu się sroga i wilcza, gdyż opodal od siebie, obok drzwi, przez które wchodziła właśnie księżna Aleksandra[520 - Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]], ujrzał zgiętego w dworskiej, układnej postawie Kunona Lichtensteina, tego samego, przez którego omal nie zginął Zbyszko w Krakowie.

Jagienka w życiu nie widziała takiego Maćka: oblicze miał skurczone jak paszcza złego psa, spod wąsów błysnęły mu zęby, w jednej chwili okręcił na sobie pas i ruszył ku znienawidzonemu Krzyżakowi.

Lecz w pół drogi zatrzymał się i począł wodzić szeroką dłonią po włosach. Przypomniał sobie w porę, że Lichtenstein może być na dworze płockim tylko albo gościem, albo co prawdopodobniej, posłem i że gdyby chciał, nie pytając o nic, bić w niego, postąpiłby właśnie tak samo jak Zbyszko na drodze z Tyńca.

Więc, mając więcej rozumu i doświadczenia od Zbyszka, pohamował się, odkręcił na powrót pas, wypogodził oblicze, poczekał, a następnie gdy księżna po przywitaniu się z Lichtensteinem poczęła rozmawiać z księdzem Jakubem z Kurdwanowa, zbliżył się do niej i skłoniwszy się głęboko, przypomniał jej, co zacz jest i że za swą dobrodziejkę ją poczytuje z przyczyny owego listu, którym go swego czasu opatrzyła.

Księżna zaledwie pamiętała jego twarz, ale przypomniała sobie z łatwością i list, i całą sprawę. Było jej także wiadomym to, co stało się na sąsiednim dworze mazowieckim; słyszała o Jurandzie, o uwięzieniu jego córki, o małżeństwie Zbyszka i o śmiertelnym jego pojedynku z Rotgierem. Wszystko to zaciekawiało ją niezmiernie, tak jak jakaś opowieść rycerska lub jedna z takich pieśni, jakie wygłaszali u Niemców minstrele[521 - minstrel (daw.) – dworski śpiewak lub recytator poezji. [przypis edytorski]], a na Mazowszu gądkowie[522 - gądek – śpiewak, grajek; od „gędźba” – muzyka. [przypis edytorski]]. Krzyżacy nie byli jej wprawdzie tak nienawistni jak żonie Janusza, Annie Danucie, zwłaszcza że chcąc ją sobie zjednać, przesadzali się dla niej w hołdach, pochlebstwach i obsypywali ją hojnie darami; lecz w tym razie[523 - w tym razie (daw.) – w tym wypadku. [przypis edytorski]] serce jej było po stronie kochanków. Gotowa była im pomóc – i przy tym cieszyło ją, iż ma przed sobą człowieka, który mógł jej najdokładniej przebieg zdarzeń opowiedzieć.

Maćko zaś, który przedtem już postanowił uzyskać jakimkolwiek sposobem opiekę i protekcję wpływowej księżny, widząc, z jakim słucha zajęciem, chętnie prawił jej o nieszczęsnych losach Zbyszka i Danuśki i prawie do łez ją wzruszył, a to tym bardziej że sam niedolę bratanka lepiej niż ktokolwiek odczuwał i z całej duszy nad nią ubolewał.

– Nic rzewliwszego[524 - rzewliwy (daw.) – smutny, pobudzający do płaczu. [przypis edytorski]] w życiu nie słyszałam – rzekła wreszcie księżna. – A największa żałość chwyta mnie wskróś tej przyczyny[525 - wskróś tej przyczyny (daw.) – z tego powodu. [przypis edytorski]], że on już tę dzieweczkę zaślubił, już ci była jego, a żadnej szczęśliwości nie zaznał. Wszelako – wiecie–li na pewno, że nie zaznał?

– Hej, mocny Boże! – odparł Maćko – żeby choć był zaznał, ale on ją zaślubił, obłożnie chorym będąc, wieczorem, a o świtaniu już ją wzięli!

– I myślicie, że Krzyżacy? Bo u nas powiadali o zbójach, którzy Krzyżaków zwiedli, inną dziewkę im oddając. Mówili też o Jurandowym pisaniu…

– To już nie ludzkie sądy rozstrzygnęły, jeno boski. Wielki to był, prawią, rycerz ten Rotgier, który najtęższych[526 - najtęższy (daw.) – najsilniejszy. [przypis edytorski]] zwyciężał, a przecież z ręki dzieciucha poległ.

– No, taki to i dzieciuch – rzekła uśmiechając się księżna – co mu przezpieczniej[527 - przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]] w drogę nie włazić. Krzywda jest – prawda! I słusznie się krzywdujecie[528 - krzywdować się (daw.) – czuć się pokrzywdzonym. [przypis edytorski]], a jednako z tamtych czterech trzech już nie żywie[529 - żywie – dziś popr.: żyje. [przypis edytorski]], a ten stary, który ostał, ledwie także, jako słyszałam, wydarł się śmierci.

– A Danuśka? a Jurand? – odrzekł Maćko – gdzież oni są? Bóg też wie, czy i ze Zbyszkiem co złego się nie stało, któren do Malborga pojechał.

– Wiem, ale Krzyżacy nie całkiem tacy psubraci, jako myślicie. W Malborgu przy boku mistrza i jego brata Ulryka, który jest człowiek rycerski, nic się złego bratankowi waszemu stać nie mogło, który przecie miał pewnikiem[530 - pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]] i listy od księcia Janusza. Chyba że tam jakiego rycerza pozwał i poległ, bo w Malborgu siła[531 - siła (daw.) – wielu. [przypis edytorski]] zawsze najsławniejszych rycerzy ze wszystkich stron świata przebywa.

– Ej, nie bardzo już się tam tego boję – rzekł stary rycerz. – Byle go do podziemia nie zamknęli, byle zdradą nie ubili i byle jakoweś żelaziwo miał w garści – to nie bardzo się boję. Raz tylko znalazł się od niego tęższy, któren[532 - któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]] go w szrankach[533 - szranki – ogrodzenie placu turniejowego a. miejsca pojedynku, przenośnie: sam turniej rycerski. [przypis edytorski]] rozciągnął, a to właśnie książę mazowiecki Henryk, ten, co był tu biskupem i co się w gładkiej Ryngalle rozmiłował.

Ale Zbyszko zgoła[534 - zgoła (daw.) – całkiem. [przypis edytorski]] był wówczas pacholęciem[535 - pacholę (daw.) – dziecko. [przypis edytorski]]. Przy tym jednego byłby on tylko jako amen w pacierzu pozwał, tego, któremu i ja ślubowałem, a któren tu jest.

To rzekłszy, pokazał oczyma na Lichtensteina, który z wojewodą płockim rozmawiał.

Lecz księżna zmarszczyła brwi i rzekła surowym, oschłym głosem, którym zawsze mówiła, gdy gniew poczynał ją chwytać:

– Ślubowaliście mu czy nie ślubowali, a to pamiętajcie, że on u nas w gościnie; kto naszym gościem chce być, powinien obyczajności przestrzegać.

– Wiem, miłościwa pani – odrzekł Maćko. – Toćżem już okręcił pas i do niegom szedł, alem się pohamował pomyślawszy, że może posłuje.

– Bo i posłuje. A człek jest między swymi znaczny, na którego radach sam mistrz siła polega i nie byle czego mu odmówi. Bóg to może zdarzył, że go w Malborgu podczas bytności waszego bratanka nie było, ile że Lichtensteina, choć z zacnego rodu idzie, powiadają zawziętym i mściwym. Poznałże was?

– Nie bardzo mógł poznać, bo mię mało widział. Na drodze tynieckiej byliśmy w hełmach, a potem raz tylko byłem u niego w Zbyszkowej sprawie, ale wieczorem, gdyż było pilno, i raz widzieliśmy się w sądzie. Zmieniłem się na gębie od tego czasu i broda znacznie mi posędzielała[536 - posędzieleć (daw.) – posiwieć. [przypis edytorski]]. Uważałem też teraz, że patrzył na mnie, ale widać jeno dlatego, że przydłużej z miłościwą panią rozmawiam, gdyż potem oczy całkiem spokojnie w inną stronę obrócił. Zbyszka to by był poznał – ale mnie zabaczył, a o moim ślubowaniu może i nie słyszał, mając o lepszych do myślenia.

– Jak to o lepszych?

– Bo jemu pono ślubowali i Zawisza z Garbowa[537 - Zawisza Czarny z Garbowa – (ok. 1370–1428) polski rycerz, przez pewien czas na służbie króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. [przypis edytorski]], i Powała z Taczewa[538 - Mikołaj Powała z Taczewa – (ok. 1380–ok. 1415), rycerz i dyplomata, powołany do rady wojennej przed bitwą pod Grunwaldem. [przypis edytorski]], i Marcin z Wrocimowic, i Paszko Złodziej[539 - Paszko (Paweł) z Biskupic, zwany Złodziej – rycerz, uczestnik bitwy pod Grunwaldem. [przypis edytorski]], i Lis z Targowiska. Każdy z nich, miłościwa pani, i dziesięciu takim by poradził, a cóż dopiero, że ich kupa! Lepiej jemu się było nie rodzić niżeli jeden takowy miecz mieć nad głową. A ja nie tylko mu o ślubowaniu nie wspomnę, ale jeszcze w pouchwałość[540 - pouchwałość – właśc. poufałość: zażyłość, przyjaźń. [przypis edytorski]] się wejść z nim postaram.

– Czemu zaś tak?

A twarz Maćka stała się naraz chytra, do głowy starego lisa podobna.

– Żeby mi jakowe pismo dał, za którym mógłbym przezpiecznie[541 - przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]] po krajach krzyżackich jeździć i Zbyszkowi w razie potrzeby dać poratowanie.

– Zali[542 - zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]] to godne czci rycerskiej? – zapytała z uśmiechem księżna.

– Godne – odrzekł stanowczym głosem Maćko. – Gdybym na ten przykład w bitwie z tyłu na niego natarł, a nie zawołał, by się obrócił, jużci bym hańbę na się ściągnął, ale czasu pokoju rozumem na hak nieprzyjaciela przywieść[543 - na hak (…) przywieść (daw.) – złapać, poskromić, jak psa łańcuchowego. [przypis edytorski]] – tego się żaden prawy rycerz nie zasroma[544 - zasromać (daw.) – zawstydzić. [przypis edytorski]].

– To was poznajomię – odrzekła księżna.

I skinąwszy na Lichtensteina, poznajomiła z nim Maćka, pomyślawszy, że choćby go Lichtenstein poznał, to i tak nie stałoby się nic wielkiego.

Lecz Lichtenstein nie poznał go, albowiem istotnie na drodze tynieckiej widział go w hełmie, a potem raz tylko jeden z nim rozmawiał, i to wieczorem, gdy Maćko przychodził do niego prosić go o odpuszczenie Zbyszkowej winy.

Skłonił się jednak dość dumnie, dopiero ujrzawszy za rycerzem dwóch cudnych, bogato ubranych pachołków pomyślał, że nie byle kto takich mieć może, i twarz rozjaśniła mu się nieco, jakkolwiek nie przestał wydymać dumnie ust, co czynił zawsze, jeśli nie z panującym miał do czynienia.

A księżna rzekła, ukazując Maćka:

– Jedzie ten rycerz do Malborga i ja sama polecam go łasce wielkiego mistrza, ale on, posłyszawszy o zachowaniu[545 - zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]], jakie w Zakonie macie, pragnąłby i od was mieć pismo.

To rzekłszy, odeszła do biskupa, Lichtenstein zaś utkwił w Maćku swe zimne, stalowe oczy i zapytał:

– Jakiż powód skłania was, panie, do odwiedzenia naszej pobożnej i skromnej stolicy?

– Uczciwy powód i pobożny powód – odrzekł wznosząc źrenice Maćko. – Gdybyć było inaczej, nie uręczałaby za mną miłościwa księżna. Ale prócz ślubów pobożnych, chciałbym też i mistrza waszego poznać, któren pokój na ziemi czyni, a jest najsławniejszym na świecie rycerzem.

– Za kogo księżna miłościwa, pani nasza i dobrodziejka uręcza[546 - uręczać – dziś popr.: ręczyć, zaręczać. [przypis edytorski]], ten nie będzie narzekał na naszą ubogą gościnność; wszelako co do mistrza trudno będziecie go mogli obaczyć, bo przed miesiącem już do Gdańska wyjechał, a stamtąd miał do Królewca i dalej ku granicy ruszyć, gdyż choć miłośnik pokoju, musi przecie od zdradzieckich Witoldowych[547 - Witold Kiejstutowicz, zwany Wielkim – (ok. 1350–1430), wielki książę litewski, brat stryjeczny Władysława Jagiełły. W latach 1382–1385 oraz 1390 przejściowo sprzymierzony z Krzyżakami przeciw Jagielle. [przypis edytorski]] zapędów dziedziny zakonnej bronić.

Usłyszawszy to, Maćko zafrasował[548 - zafrasować się (daw.) – zmartwić się. [przypis edytorski]] się tak widocznie, że Lichtenstein, przed którego oczyma nic nie mogło się ukryć, rzekł:

– Widzę, że równą mieliście chęć poznać wielkiego mistrza jak dopełnić ślubów zakonnych.

– Miałem ci ją, miałem! – odrzekł prędko Maćko. – Więc to już wojna z Witoldem o Żmujdź[549 - Żmudź – historyczna nazwa tzw. Dolnej Litwy, nizinna kraina geograficzna i region administracyjny. [przypis edytorski]] pewna?

– Sam ją rozpoczął, podając wbrew przysięgom pomoc buntownikom.

Nastała chwila milczenia.

– Ha! niech ta Bóg szczęści Zakonowi, jak na to zasługuje! – rzekł wreszcie Maćko. – Nie mogę mistrza poznać, to choć ślubów dopełnię.

Lecz wbrew tym słowom sam nie wiedział, co ma na razie począć, i z uczuciem ogromnego strapienia zadawał sobie w duszy pytanie:

„Gdzie ja mam teraz Zbyszka szukać i gdzie go odnajdę?” Łatwo było przewidzieć, że jeśli mistrz opuścił Malborg i udał się na wojnę, to nie ma co szukać w Malborgu i Zbyszka – a w każdym razie trzeba o nim dokładniejszych wiadomości zasięgnąć. Stary Maćko zatroskał się wielce, ale że był człek prędki do rady, postanowił czasu nie tracić i zaraz nazajutrz ruszyć w dalszą drogę. Uzyskanie listu od Lichtensteina przy poparciu księżny Aleksandry, w której komtur[550 - komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]] miał nieograniczone zaufanie, przyszło mu łatwo. Otrzymał tedy[551 - tedy (daw.) – więc. [przypis edytorski]] polecenie do starosty w Brodnicy i do wielkiego szpitalnika[552 - wielki szpitalnik – u krzyżaków zwierzchnik nad szpitalami zakonnymi, a zarazem komtur elbląski. [przypis edytorski]] w Malborgu, za które darował jednak Lichtensteinowi spory srebrny pucharek, ozdobnie wykuty we Wrocławiu, taki, jaki rycerze mieli zwyczaj stawiać napełniony winem na noc przy łożu, aby w razie bezsenności mieć pod ręką i lekarstwo na sen, i uciechę. Hojność ta Maćkowa zdziwiła nieco Czecha, który wiedział, iż stary rycerz nie był zbyt pochopny[553 - pochopny – działający szybko i w nieprzemyślany sposób. [przypis edytorski]] do obsypywania darami nikogo, a zwłaszcza Niemców – lecz ów rzekł:

– Uczyniłem tak, bom mu ślubował i potykać się z nim muszę, a nijak by mi było nastawać na gardło człeka, który mi usługę oddał. Nie nasz to obyczaj bić w dobrodzieja…

– Ale zacnego pucharka szkoda! – odpowiedział trochę przekornie Czech.

Na to zaś Maćko:

– Nie czynię ja nic przez[554 - przez (daw.) – bez. [przypis edytorski]] rozmysłu, nie bój się! Bo jeśli mi Pan Jezus miłosierny pozwoli Niemca powalić, to jużci i pucharek odzyszczę, i siła innych godnych rzeczy wraz z nim zdobędę.

Po czym jęli[555 - jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] naradzać się obaj, a z nimi Jagienka, co czynić dalej. Maćkowi przechodziło przez rozum, aby i ją, i Sieciechównę zostawić w Płocku pod opieką księżny Aleksandry, a to z powodu opatowego testamentu, który był złożony u biskupa. Lecz dziewczyna sprzeciwiła się temu całą siłą swej niezłomnej woli. Prawda, że sporzej[556 - sporzej (daw.) – tu: łatwiej, lepiej. [przypis edytorski]] by było jechać bez nich, bo nie trzeba by na noclegach osobnych izb wyszukiwać ani też oglądać się na obyczajność, na bezpieczeństwo i różne inne tego rodzaju przyczyny. Ale przecie nie po to wyjechały ze Zgorzelic, by siedzieć w Płocku. Testament, skoro jest u biskupa, to nie przepadnie, a co do nich, gdyby się pokazało, że muszą gdzie po drodze ostać[557 - ostać – dziś popr.: zostać. [przypis edytorski]], to lepiej by im było ostać się na opiece u księżny Anny, nie u Aleksandry, bo na tamtym dworze mniej nawidzą[558 - nawidzieć (daw.) – lubić, kochać. [przypis edytorski]] Krzyżaków, a więcej miłują Zbyszka. Rzekł wprawdzie na to Maćko, że rozum nie niewieścia rzecz i że nie przystoi dziewce „dowodzić”, tak jakby naprawdę ten rozum miała – nie sprzeciwił się jednak stanowczo, a wkrótce ustąpił całkiem, gdy Jagienka, odciągnąwszy go na bok, poczęła mówić ze łzami w oczach:

– Wiecie!… Bóg patrzy na moje serce, że co rania[559 - rania – dziś popr.: rana. [przypis edytorski]] i co wieczora proszę go za oną Danuśkę, ba i o Zbyszkową szczęśliwość! Bóg to w niebiesiech wie najlepiej! Ale i Hlawa, i wy powiadacie, że już ona zginęła i że żywa z krzyżackich rąk nie wyjdzie – co jeśli tak ma być, to ja…

Tu zawahała się nieco, wezbrane łzy stoczyły się jej z wolna po jagodach[560 - jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]] i skończyła po cichu:

– To ja chcę być Zbyszka blisko…

Maćka wzruszyły te łzy i słowa, jednak odrzekł:

– Jeśli tamta zginie, Zbyszko z żałości ani na cię spojrzy.

– Ja też nie chcę, by na mnie spoglądał, jeno chcę być przy nim.

– Wiesz przecie, że ja tego samego bym chciał, co i ty; ale on w pierwszym żalu gotów cię jeszcze zwymyślać…

– Niech tam i zwymyśla – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Ale tego nie uczyni, bo nie będzie wiedział, że to ja.

– Pozna cię.

– Nie pozna. Wyście także nie poznali. Powiecie mu, że to nie ja, jeno Jaśko, a Jaśko przecie całkiem z gęby do mnie podobny. Powiecie mu, że urósł i tyla[561 - tyla – dziś popr.: tyle. [przypis edytorski]], a jemu nawet przez głowę nie przejdzie, by zaś to nie był Jaśko…

Na to stary rycerz wspomniał coś jeszcze o kolanach k'sobie[562 - k'sobie (daw.) – do siebie. [przypis edytorski]], ale że kolana k'sobie miewali czasem i chłopaki, więc nie mogło to być przeszkodą, zwłaszcza że Jaśko miał istotnie twarz prawie taką samą, a włosy po ostatnich postrzyżynach wyrosły mu znów długie – i nosił je w pątliku[563 - pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]], tak jak inne szlachetne pacholęta i sami rycerze. Z tych przyczyn ustąpił Maćko i poczęli mówić już o drodze. Mieli wyruszyć nazajutrz. Postanowił Maćko puścić się w krzyżackie kraje, dotrzeć do Brodnicy, tam zasięgnąć języka i gdyby mistrz był wbrew przewidywaniom Lichtensteina jeszcze w Malborgu, to jechać do Malborga, w razie zaś przeciwnym pociągnąć krzyżacką granicą w stronę Spychowa, przepytując po drodze o młodego polskiego rycerza i jego poczet. Stary rycerz spodziewał się nawet, że łacniej[564 - łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]] się czegoś dowie o Zbyszku w Spychowie lub na dworze księcia Janusza warszawskiego niż gdzie indziej.

Jakoż nazajutrz wyruszyli. Wiosna już uczyniła się zupełna, więc rozlewy wód, a mianowicie Skrwy i Drwęcy, tamowały drogę, tak że dopiero dziesiątego dnia po opuszczeniu Płocka przejechali granicę i znaleźli się w Brodnicy. Miasteczko czyste było i porządne, ale zaraz na wstępie można było poznać twarde rządy niemieckie, albowiem ogromna murowana szubienica, wzniesiona za miastem przy drodze do Gorczenicy, ubrana była ciałami wisielców, z których jedno było kobiece. Na strażniczej wieży i na zamku powiewała chorągiew z czerwoną ręką w białym polu. Samego komtura nie zastali jednak podróżni na miejscu, albowiem pociągnął był z częścią załogi i na czele okolicznej szlachty do Malborga. Objaśnienia te dał Maćkowi stary Krzyżak, ślepy na oba oczy, który był niegdyś komturem Brodnicy, później zaś, przywiązawszy się do miejsca i zamku, przeżywał w nim ostatki żywota. Ów, gdy kapelan miejscowy przeczytał mu list Lichtensteina, przyjął Maćka gościnnie, że zaś, mieszkając wśród polskiej ludności, umiał wybornie po polsku, przeto łatwo było się z nim rozmówić. Zdarzyło się też, iż przed sześciu tygodniami jeździł do Malborga, dokąd wzywano go jako doświadczonego rycerza na radę wojenną, wiedział więc, co się w stolicy działo. Zapytywany o młodego polskiego rycerza, mówił, że nazwiska nie pomni, ale że słyszał o jakowymś, który naprzód budził podziw tym, że pomimo młodych lat przybył jako rycerz już pasowany, a po wtóre potykał się szczęśliwie na turnieju, który wielki mistrz urządził wedle[565 - wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]] zwyczaju dla cudzoziemskich gości przed wyruszeniem na wojenną wyprawę. Powoli przypomniał sobie nawet, iż owego rycerza polubił i wziął w szczególną opiekę mężny i szlachetny brat mistrzów, Ulryk von Jungingen, i że dał mu żelazne listy[566 - list żelazny a. glejt – dokument wystawiony przez władze, dający posiadaczowi prawo do swobodnego poruszania się po danym terenie. [przypis edytorski]], z którymi młodzian później odjechał podobno w stronę wschodnią. Maćko ucieszył się z tych wiadomości ogromnie, nie miał bowiem najmniejszej wątpliwości, że tym młodym rycerzem był Zbyszko. Wobec tego nie było chwilowo po co jechać do Malborga, bo jakkolwiek wielki szpitalnik[567 - wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]] lub inni pozostali tam urzędnicy zakonni i rycerze mogliby może jeszcze dokładniejszych udzielić wskazówek, jednakowoż żadną miarą nie mogli powiedzieć, gdzie na razie bawi Zbyszko. Zresztą sam Maćko wiedział najlepiej, gdzie go znaleźć, nietrudno bowiem było domyślić się, że krąży koło Szczytna albo jeżeli tam Danusi nie znalazł, czyni poszukiwania po dalszych wschodnich zamkach i komturiach[568 - komturia – jednostka administracyjna w zakonie krzyżackim. [przypis edytorski]].

Nie tracąc więc czasu, ruszyli i oni krzyżackim krajem ku wschodowi i Szczytnu. Droga szła im sporo, gdyż gęste miasta i miasteczka połączone były gościńcami, które Krzyżacy, a raczej kupcy w miastach osiedli, w dobrym utrzymywali stanie, prawie nie gorszym niż polskie, które powstały pod opieką gospodarnej i sprężystej króla Kazimierzowej[569 - Kazimierz Wielki – (1310–1370), ostatni król Polski z dynastii Piastów (od 1333), znacząco poprawił sytuację gospodarczą kraju i standardy cywilizacyjne. [przypis edytorski]] ręki. Przy tym pogoda nastała cudna. Noce były gwiaździste, dni jasne, a w porze południowego udoju powiewał ciepły, suchy wiaterek, który napełniał czerstwością[570 - czerstwość (daw.) – zdrowie, siła. [przypis edytorski]] i zdrowiem piersi ludzkie. Zazieleniły się zboża na polach, łaki pokryły się hojnie kwieciem, a lasy sosnowe poczęły ronić woń żywiczną. Przez całą drogę do Lidzbarku, a stamtąd do Działdowa i dalej do Niedzborza podróżni nie widzieli ani chmurki na niebie. W Niedzborzu dopiero w nocy przyszła ulewa z grzmotami, które pierwszy raz tej wiosny słyszano, ale trwała krótko i nazajutrz rozbłysnął znów poranek przejasny, różowy, złoty i tak świetlisty, że jak okiem sięgnąć wszystko lśniło jednym bisiorem[571 - bisior – cienka i kosztowna tkanina, jedwab morski. [przypis edytorski]] brylantów i pereł, cała zaś kraina zdawała się uśmiechać niebu i radować się z bujnego życia.

W taki to ranek wykręcili z Niedzborza ku Szczytnu. Granica mazowiecka nie była daleko i łatwo by im przyszło nawrócić do Spychowa. Była chwila nawet, że Maćko chciał to uczynić, ale rozważywszy wszystko, wolał dotrzeć wprzód do strasznego krzyżackiego gniazda, w którym tak ponuro rozstrzygnęła się część Zbyszkowych losów. Wziąwszy więc chłopa przewodnika, kazał mu prowadzić poczet ku Szczytnu, choć i przewodnik nie był konieczny, albowiem z Niedzborza szedł prosty gościniec, na którym niemieckie mile były białymi kamieniami znaczone.

Przewodnik jechał kilkadziesiąt kroków naprzód, za nim konno Maćko z Jagienką, następnie dość daleko za nimi Czech ze śliczną Sieciechówną, a dalej szły wozy otoczone przez zbrojnych pachołków. Ranek był wczesny. Różana barwa nie zeszła jeszcze ze wschodniej strony nieba, choć słońce świeciło już, zmieniając na opale krople rosy na drzewach i trawach.

– Nie boisz się jechać do Szczytna? – zapytał Maćko.

– Nie boję się – odrzekła Jagienka. – Pan Bóg nade mną, bom sierota.

– Bo tam nijakiej wiary nie dotrzymują. Najgorszy pies był ci wprawdzie ów Danveld, którego Jurand razem z Gotfrydem zgładził… Tak powiadał Czech. Drugi po Danveldzie był Rotgier, który legł od Zbyszkowego topora, ale i ten stary jest okrutnik, diabłu zaprzedan… Ludzie nic dobrze nie wiedzą, wszelako ja tak myślę, że jeśli Danuśka zginęła, to z jego ręki. Gadają, że spotkała go też jakowaś przygoda – ale księżna powiedziała mi w Płocku, że się wykręcił. Z nim to będziemy mieli w Szczytnie sprawę. Dobrze, że mamy pismo od Lichtensteina, bo jego się podobno gorzej psubraty boją niż samego mistrza… Że to, prawią, powagę ma okrutną i zachowanie[572 - zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]] wielkie, a przy tym mściwy jest. Najmniejszej krzywdy nie daruje… Bez tego pisma nie jechałby ja tak spokojnie do Szczytna.

– A ówże stary jako się zowie?

– Zygfryd de Löwe.

– Bóg da, że damy sobie i z nim rady.

– Bóg da!

Tu Maćko roześmiał się i po chwili począł mówić:

– Powiada do mnie księżna w Płocku: „Krzywdujecie[573 - krzywdować się – czuć się krzywdzonym. [przypis edytorski]] się, krzywdujecie jako baranki na wilków, a tu, powiada, z tych wilków trzech już nie żywie[574 - nie żywie – dziś popr.: nie żyje. [przypis edytorski]], bo ich niewinne baranki zdusiły”. I prawdę rzekłszy, tak to i jest…

– A Danuśka? a jej rodzic?

– To samo powiedziałem księżnie. Ale w duszy rad jestem, iże się pokazuje, jako i nas krzywdzić jest nieprzezpieczna[575 - nieprzezpieczny (daw.) – niebezpieczny. [przypis edytorski]] rzecz. Juści wiemy, jak toporzysko[576 - toporzysko – rękojeść od topora a. siekiery. [przypis edytorski]] chycić[577 - chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]] w garść i godnie nim machnąć! A co do Danuśki i Juranda, to prawda. Ja myślę tak samo jak i Czech, że ich już na świecie nie ma, ale w rzeczy[578 - w rzeczy (daw.) – w rzeczywistości, naprawdę. [przypis edytorski]] to nikt dobrze nie wie… Tego Juranda też mi żal, bo i za życia się boleści o dziewczynę najadł, i jeżeli zginął, to ciężką śmiercią.

– Co go kto przy mnie wspomni, to zaraz o tatusiu myślę, którego też na świecie nie ma – odpowiedziała Jagienka.

I tak mówiąc, podniosła zwilżone, śliczne oczy ku górze. Maćko zaś pokiwał głową i rzekł:

– W Bożym on wiecu i w światłości wiekuistej na pewno, bo lepszego od niego człowieka chyba w całym naszym królestwie nie było…

– Oj, nie było ci, nie było! – westchnęła Jagienka.

Lecz dalszą rozmowę przerwał im chłop przewodnik, który powstrzymał nagle źrebca, a następnie zawrócił go, przyleciał pędem do Maćka i zawołał jakimś dziwnym, wylęknionym głosem:

– O dla Boga! Patrzcie no, panie rycerzu, kto to ku nam z pagórka idzie.

– Kto, gdzie? – zawołał Maćko.

– A owdzie! Chyba wielgolud[579 - wielgolud – dziś popr.: wielkolud. [przypis edytorski]] czy co…

Maćko z Jagienką wstrzymali stępaki[580 - stępak – silny i powolny koń, także: koń idący stępa. [przypis edytorski]], spojrzeli we wskazanym przez przewodnika kierunku i istotnie oczy ich ujrzały na wyniosłości pagórka, na pół albo i więcej stajania[581 - staje, stajanie – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]] jakowąś postać, której wymiary zdawały się znacznie przenosić zwykłe ludzkie kształty.

– Sprawiedliwie mówi, że chłop jest duży – mruknął Maćko.

Potem zmarszczył się, splunął nagle w bok i rzekł:

– Na psa urok!

– Czemu zaś zaklinacie? – spytała Jagienka.

– Bom wspomniał, jako w taki sam ranek obaczyliśmy ze Zbyszkiem na drodze z Tyńca do Krakowa takiego samego niby wielkoluda. Powiadali wówczas, że to Walgierz Wdały[582 - legenda o Walgierzu Wdałym – (tj. pięknym) wzięta przez Sienkiewicza z Kroniki Wielkopolskiej (XIV/XV w.), oparta na zachodnioeuropejskim eposie o Walterze i Helgundzie, opowiedziana przez Sienkiewicza w rozdz. 3 tomu I. [przypis edytorski]]. Ba! pokazało się, że to był pan z Taczewa[583 - Mikołaj Powała z Taczewa – (ok. 1380–ok. 1415), rycerz i dyplomata, powołany do rady wojennej przed bitwą pod Grunwaldem. [przypis edytorski]], ale też nic dobrego z tego nie wypadło. Na psa urok.

– To nie rycerz, bo piechtą[584 - piechtą – dziś popr.: piechotą. [przypis edytorski]] idzie – rzekła, wytężając wzrok, Jagienka. – I widzę nawet, że nijakiej broni nie ma, jeno kostur w lewej ręce dzierży…

– I maca nim przed sobą, jakby była noc – dodał Maćko.

– I ledwie się rusza. Pewnie! Ślepy chyba czy co?

– Ślepy jest, ślepy! jako żywo!

Ruszyli końmi i po niejakim czasie zatrzymali się naprzeciw dziada, który schodząc z pagórka niezmiernie powoli, szukał przed sobą kosturem drogi.

Był to starzec rzeczywiście ogromny, chociaż widziany z bliska przestał im się wydawać wielkoludem. Sprawdzili też, że był zupełnie ślepy. Zamiast oczu miał dwie czerwone jamy. Brakło mu również prawej dłoni, na miejscu której nosił węzeł uczyniony z brudnej szmaty. Białe włosy spadały mu aż na ramiona, a broda sięgała pasa.

– Nie ma chudzina[585 - chudzina – biedak. [przypis edytorski]] ni pacholęcia, ni psa i sam omackiem drogi szuka – ozwała się Jagienka. – Dla Boga, nie możem go przecie bez pomocy ostawić. Nie wiem, czy mnie będzie rozumiał, ale przemówię do niego po naszemu.

To rzekłszy, zeskoczyła żywo[586 - żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]] ze stępaka i zatrzymawszy się tuż przed dziadem, poczęła szukać pieniędzy w skórzanej kalecie[587 - kaleta – skórzany woreczek na pieniądze bądź drobiazgi. [przypis edytorski]] wiszącej u jej pasa.

Dziad też, usłyszawszy przed sobą tupot koński i gwar, wyciągnął przed siebie kostur i podniósł do góry głowę, jak czynią ludzie ślepi.

– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekła dziewczyna. – Rozumiecie, dziadku po krześcijańsku?

Ów zaś, usłyszawszy jej słodki, młody głos, drgnął, przez twarz przeleciał mu jakiś dziwny błysk, jakby wzruszenia i rozrzewnienia, nakrył powiekami swe puste jamy oczne i nagle, rzuciwszy kostur, padł przed nią na kolana, z wyciągniętymi w górę ramionami.

– Wstańcie, i tak was wspomogę. Co wam jest? – spytała ze zdziwieniem Jagienka.

Lecz on nie odpowiedział nic, tylko dwie łzy spłynęły mu po policzkach a z ust wyszedł podobny do jęku głos:

– Aa! a!

– Na miłosierdzie boskie! niemowaście czy jak?

– Aa! a!

To wygłosiwszy, podniósł dłoń; naprzód uczynił nią znak krzyża, potem jął wodzić lewą dłonią wzdłuż ust. Jagienka, nie zrozumiawszy, spojrzała na Maćka, który rzekł:

– Chyba coś ci takiego pokazuje, jakby mu język urżnęli.

– Urżnęli wam język? – spytała dziewczyna.

– A! a! a! a! – powtórzył kilkakrotnie dziad, kiwając przy tym głową.

Po czym wskazał palcami na oczy, następnie wysunął prawe ramię bez dłoni, a lewą wykonał ruch do cięcia podobny.

Teraz zrozumieli go oboje.

– Kto wam to uczynił? – spytała Jagienka.

Dziad zrobił znów kilkakrotnie znak krzyża w powietrzu.

– Krzyżacy! – zakrzyknął Maćko.

Starzec opuścił na znak potwierdzenia głowę na piersi.

Nastała chwila milczenia, tylko Maćko i Jagienka spoglądali na się z niepokojem, mieli bowiem przed sobą jawny dowód tego braku miłosierdzia i braku miary w karaniu, jakimi odznaczali się rycerze zakonni.

– Srogie rządy! – rzekł wreszcie Maćko – i ciężko go pokarali, a Bóg wie, czy słusznie. Nie dopytamy się o to. Żeby choć wiedzieć, gdzie go odwieźć, bo to musi być człek z tych okolic. Po naszemu rozumie, gdyż tu prosty naród taki jest jako i na Mazowszu.

– Rozumiecie przecie, co mówimy? – spytała Jagienka.

Dziad potwierdził głową.

– A tutejsiście?

– Nie – odpowiedział na migi starzec.

– Zaś może z Mazowsza?

– Tak.

– Spod księcia Janusza?

– Tak.

– A cóżeście u Krzyżaków robili?

Starzec nie umiał odpowiedzieć, lecz twarz jego przybrała w jednej chwili wyraz tak niezmiernego bólu, że litościwe serce Jagienki zadrgało tym większym współczuciem, a nawet Maćko, chociaż nie byle co wzruszyć go mogło, rzekł:

– Pewnikiem skrzywdzili go, psubraty, może i bez jego winy.

Jagienka zaś wetknęła w dłoń nędzarza kilka drobnych pieniążków.

– Słuchajcie – rzekła. – Nie opuścim was. Pojedziecie z nami na Mazowsze i w każdej wsi będziemy was pytać, czy nie wasza. Może się jako dogadamy. Wstańcie jeno teraz, boć my przecie nie święci.

Lecz on nie wstał, owszem pochylił się i objął jej nogi, jakby w opiekę się oddając i dziękując, przy czym jednak pewne zdziwienie, a nawet jakby zawód mignęły mu na obliczu. Być może, iż miarkując z głosu sądził, iż stoi przed dziewczyną, tymczasem dłoń jego trafiła na jałowicze skórznie[588 - skórznie (daw.) – wysokie, skórzane buty. [przypis edytorski]], jakie w podróży nosili rycerze i giermkowie.

Ona zaś rzekła:

– Tak i będzie. Przyjdą wnet nasze wozy, to sobie odpoczniecie i pożywicie się. Ale na Mazowsze nie od razu pojedziecie, bo przedtem trzeba nam do Szczytna.

Na to słowo starzec zerwał się na równe nogi. Zgroza i zdumienie odbiły mu się na twarzy. Roztworzył ramiona, jakby chcąc zagrodzić drogę, a z ust poczęły mu się wydobywać dzikie i jak gdyby pełne przerażenia dźwięki.

– Co wam? – zawołała przelękniona Jagienka.

Lecz Czech, który już przedtem był z Sieciechówną nadjechał i od pewnego czasu wpatrywał się uporczywie w dziada, zwrócił się nagle do Maćka ze zmienioną twarzą i dziwnym jakimś głosem rzekł:

– Na rany boskie! pozwólcie, panie, bym do niego przemówił, bo ani wiecie, kto on może być!

Po czym, nie pytając o pozwolenie, poskoczył do dziada, położył mu ręce na barkach i jął[589 - jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]] pytać:

– Ze Szczytna idziecie?

Starzec jakby uderzony dźwiękiem jego głosu uspokoił się i skinął głową.

– A nie szukaliście tam dziecka?…

Głuchy jęk był jedyną odpowiedzią na to pytanie.

Wówczas Hlawa przybladł nieco, chwilę jeszcze wpatrywał się swym rysim wzrokiem w rysy starca, po czym rzekł z wolna i dobitnie:

– To wyście Jurand ze Spychowa!

– Jurand! – zakrzyknął Maćko.

Lecz Jurand zachwiał się w tej chwili i omdlał. Przebyte męki, brak pożywienia, trudy podróży obaliły go z nóg. Oto dziesiąty już dzień upływał, jak szedł tak omackiem, błądząc i szukając przed sobą kijem drogi, o głodzie, w utrudzeniu i niepewności, dokąd idzie. Nie mogąc pytać o drogę, w dzień kierował się tylko ciepłem promieni słonecznych, noce spędzał w rowach przy gościńcu. Gdy zdarzyło mu się przechodzić przez wieś, osadę lub gdy spotykał ludzi naprzeciw idących, dłonią i głosem żebrał jałmużny, lecz rzadko kiedy wspomogła go litościwa ręka, powszechnie bowiem brano go za zbrodniarza, którego dosięgła pomsta prawa i sprawiedliwości. Od dwóch dni żywił się korą drzewną i liśćmi i już był zwątpił, czy trafi kiedykolwiek na Mazowsze – aż tu nagle otoczyły go litościwe swojackie serca i swojskie głosy, z których jeden przypomniał mu słodki głos córki – a gdy w końcu wymieniono jeszcze i jego imię, przebrała się wreszcie miara wzruszeń, serce ścisnęło mu się w piersi, myśli zakręciły się wichrem w głowie i byłby zwalił się twarzą w proch gościńca, gdyby nie podtrzymały go krzepkie[590 - krzepki – mocny. [przypis edytorski]]




Конец ознакомительного фрагмента.


Текст предоставлен ООО «ЛитРес».

Прочитайте эту книгу целиком, купив полную легальную версию (https://www.litres.ru/genrik-senkevich/krzyzacy-tom-drugi/) на ЛитРес.

Безопасно оплатить книгу можно банковской картой Visa, MasterCard, Maestro, со счета мобильного телефона, с платежного терминала, в салоне МТС или Связной, через PayPal, WebMoney, Яндекс.Деньги, QIWI Кошелек, бонусными картами или другим удобным Вам способом.



notes



1


zrazu (daw.) – z początku. [przypis edytorski]




2


knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]




3


blanki – zwieńczenie muru obronnego. [przypis edytorski]




4


wygolona głowa – mowa o tzw. tonsurze; tonsura, stosowana od roku 633 do 1972, była kręgiem wygolonym na głowie zakonnika, oznaczającym jego przynależność do stanu duchownego. [przypis edytorski]




5


suknia – szata, ubiór. [przypis edytorski]




6


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




7


Szomberg – nazwisko to, jako zabójcy dzieci księcia Witolda, pojawia się w tekstach pisarza i historyka Karola Szajnochy (1818-1868). [przypis edytorski]




8


Markwart von Salzbach – komtur krzyżacki, ścięty przez wielkiego księcia Witolda po bitwie pod Grunwaldem, ponoć za krzywdę wyrządzoną Birucie. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Markwart von Salzbach był wieloletnim doradcą Witolda i współuczestnikiem bitwy nad Worsklą. [przypis edytorski]




9


terminy (daw.) – wydarzenia, zwł. niepomyślne. [przypis edytorski]




10


łupki – odłupane kawałki drewna, często wykorzystywane jako prowizoryczne usztywnienie złamanej kończyny. [przypis edytorski]




11


na współkę – dziś popr. wspólnie bądź na spółkę. [przypis edytorski]




12


zgrzebny – utkany z grubego, szorstkiego płótna. [przypis edytorski]




13


zapieniony – piana toczona z pyska psa jest objawem wścieklizny. [przypis edytorski]




14


przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]




15


graf – tytuł szlachecki w dawnych Niemczech i w krajach od nich zależnych. [przypis edytorski]




16


skomorocha – wędrowny śpiewak a. aktor, zwł. słowiański. [przypis edytorski]




17


rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]




18


pleczysty (daw.) – o szerokich plecach, silny. [przypis edytorski]




19


grochowiny (daw.) – słoma z wymłóconego grochu. [przypis edytorski]




20


jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




21


tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]




22


kęs czasu (daw.) – długo. [przypis edytorski]




23


lubo (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]




24


niedojda – tu: niedorozwinięta. [przypis edytorski]




25


nie masz (daw.) – nie ma. [przypis edytorski]




26


bękart – dziecko poczęte poza małżeństwem. [przypis edytorski]




27


buhaj – byk. [przypis edytorski]




28


ciżba (daw.) – tłum. [przypis edytorski]




29


posoka – krew. [przypis edytorski]




30


kierz (daw.) – krzak. [przypis edytorski]




31


odyniec – samiec dzika. [przypis edytorski]




32


razić (daw.) – uderzać. [przypis edytorski]




33


między Krzyżaki – dziś popr.: między Krzyżakami. [przypis edytorski]




34


kuna – tu: obręcz. [przypis edytorski]




35


ćmić – zaćmiewać, zasłaniać. [przypis edytorski]




36


nowicjusz – osoba przygotowująca się do wstąpienia do zakonu. [przypis edytorski]




37


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




38


tu czuć siarkę – zapach siarki symbolizował piekło. [przypis edytorski]




39


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




40


knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]




41


niepodobna (daw.) – niemożliwe, nie da się. [przypis edytorski]




42


snadnie (daw.) – łatwo. [przypis edytorski]




43


rad (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]




44


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




45


niski (daw.) – zły, podły, nie zasługujący na szacunek. [przypis edytorski]




46


walny – mający decydujące znaczenie. [przypis edytorski]




47


nieodzowny – niezastąpiony. [przypis edytorski]




48


tedy (daw.) – więc, zatem, wówczas. [przypis edytorski]




49


zasie – dziś popr.: zaś. [przypis edytorski]




50


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




51


żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]




52


popoić (daw.) – upić. [przypis edytorski]




53


niedojda – niedorozwinięta. [przypis edytorski]




54


wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]




55


na karb (daw.) – na odpowiedzialność. [przypis edytorski]




56


kapituła – rada sprawująca władzę w zakonie. [przypis edytorski]




57


folgować (daw.) – traktować łagodniej. [przypis edytorski]




58


chuć (daw.) – żądza. [przypis edytorski]




59


Duch Światłości – być może Sienkiewicz czyni tu aluzję do imienia Lucyfera, pochodzącego od łac. lux ferrens, niosący światło. [przypis edytorski]




60


wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]




61


Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]




62


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




63


warchoł – siejący zamieszanie hulaka a. przestępca. [przypis edytorski]




64


przechodzić (daw.) – przekraczać. [przypis edytorski]




65


Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]




66


samosześć (daw.) – w sześciu ludzi. [przypis edytorski]




67


Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]




68


Władysław II Jagiełło – (ok. 1362–1434), syn wlk. księcia Olgierda, wielki książę litewski, król Polski od małżeństwa z Jadwigą (1386). Dwukrotnie ochrzczony (przez matkę Juliannę w obrządku wschodnim i przez biskupów polskich przed ślubem w obrządku łacińskim), osobiście dowodził w bitwie pod Grunwaldem. [przypis edytorski]




69


rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]




70


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




71


stropić się – wpaść w zakłopotanie, stracić pewność siebie. [przypis edytorski]




72


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




73


odjąć (daw.) – zabrać. [przypis edytorski]




74


knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]




75


rozgłośny (daw.) – głośny, znany. [przypis edytorski]




76


poczytać (daw.) – uznać. [przypis edytorski]




77


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




78


karmia – dziś popr.: karma. [przypis edytorski]




79


kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]




80


piędź – dawna miara długości, ok. 18–22 cm. [przypis edytorski]




81


wżdy (daw.) – przecież. [przypis edytorski]




82


wiano (daw.) – posag. [przypis edytorski]




83


tedy (daw.) – zatem. [przypis edytorski]




84


onego (daw.) – tego. [przypis edytorski]




85


przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]




86


szranki – ogrodzenie placu na turnieju rycerskim. [przypis edytorski]




87


rękojmia (daw.) – poręczenie, gwarancja. [przypis edytorski]




88


szranki – drewniane ogrodzenie placu turniejowego a. miejsca pojedynku. [przypis edytorski]




89


wprzód (daw.) – wcześniej, dawniej. [przypis edytorski]




90


możny (daw.) – potężny. [przypis edytorski]




91


mizerykordia – (od łac. misericordia czyli miłosierdzie), krótki, wąski sztylet do dobijania rannych. [przypis edytorski]




92


odjąć się – tu: uratować się. [przypis edytorski]




93


gonić na ostre – pojedynkować się konno na ostre, nie zaś stępione kopie a. włócznie. [przypis edytorski]




94


Zawisza Czarny z Garbowa – (ok. 1370–1428) polski rycerz, przez pewien czas na służbie króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. [przypis edytorski]




95


ułomek (daw.) – słabeusz. [przypis edytorski]




96


jakośwa (daw.) – jak żeśmy. [przypis edytorski]




97


godnie (daw.) – porządnie, solidnie. [przypis edytorski]




98


w wigilię (daw.) – w przeddzień. [przypis edytorski]




99


włodyka – rycerz, zwł. biedny lub bez pełni praw stanowych. [przypis edytorski]




100


chramać (daw.) – kuleć, przen. nie radzić sobie. [przypis edytorski]




101


boisko – tu: plac boju. [przypis edytorski]




102


Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]




103


Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]




104


chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]




105


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




106


tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]




107


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




108


uradzać (daw.) – radzić, rozmawiać. [przypis edytorski]




109


onej (daw.) – tej. [przypis edytorski]




110


truchła (daw.) – trumna. [przypis edytorski]




111


kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]




112


zadżgali – dziś popr.: zadźgali. [przypis edytorski]




113


wolej (daw.) – lepiej. [przypis edytorski]




114


pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]




115


Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]




116


wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]




117


nie był w możności (daw.) – nie miał władzy. [przypis edytorski]




118


pierwej (daw.) – wcześniej. [przypis edytorski]




119


kajać się – tu: wyrażać żal za grzechy. [przypis edytorski]




120


Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]




121


krużganek – zadaszenie z kolumnadą obiegające budynek bądź jego wewnętrzny dziedziniec. [przypis edytorski]




122


czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]




123


wykusz – część budynku wystająca z fasady a zaczynająca się na pewnej wysokości nad ziemią. [przypis edytorski]




124


potnieć – dziś: pocić się. [przypis edytorski]




125


ozwać się (daw.) – odezwać się. [przypis edytorski]




126


szranki – ogrodzenie placu, na którym odbywał się turniej rycerski a. pojedynek. [przypis edytorski]




127


jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]




128


szmelcowanie – metoda konserwacji metalu, polega na kilkakrotnym pokryciu go olejem jadalnym i każdorazowo wypaleniu. Powstaje wówczas twarda, szklista powłoka. [przypis edytorski]




129


Fryz a. Fryzyjczyk – mieszkaniec Fryzji, krainy nad Morzem Północnym, obecnie stanowiącej pogranicze Niemiec, Danii i Holandii. [przypis edytorski]




130


skórznie (daw.) – wysokie, skórzane buty. [przypis edytorski]




131


zadni (daw.) – tylny. [przypis edytorski]




132


tępa podkowa – autentyczny herb: złoty krzyż pod białą podkową na niebieskim tle. [przypis edytorski]




133


toporzysko – drewniana rękojeść topora a. siekiery. [przypis edytorski]




134


następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]




135


nasamprzód a. najsamprzód (daw.) – najpierw. [przypis edytorski]




136


paliców – dziś popr.: palców. [przypis edytorski]




137


zdarzyć – tu: obdarzyć. [przypis edytorski]




138


chmyz (daw.) – słabeusz (często stosowane do zwierząt). [przypis edytorski]




139


żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]




140


czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]




141


puklerz – okrągła, wypukła tarcza. [przypis edytorski]




142


dosięże – dziś: dosięgnie. [przypis edytorski]




143


bark – ramię. [przypis edytorski]




144


trójgrany (daw.) – o trójkątnym przekroju. [przypis edytorski]




145


mizerykordia – (od łac. misericordia czyli miłosierdzie), krótki, wąski sztylet do dobijania rannych. [przypis edytorski]




146


krzepkość (daw.) – siła. [przypis edytorski]




147


fechtunek (z niem.) – szermierka. [przypis edytorski]




148


sztych – pchnięcie. [przypis edytorski]




149


lubo (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]




150


zapamiętać się (daw.) – zamyślić się a. zająć jedną rzeczą, nie zwracając uwagi na nic innego. [przypis edytorski]




151


raz (daw.) – cios. [przypis edytorski]




152


wraz (daw.) – zaraz, jednocześnie. [przypis edytorski]




153


pomiarkować (daw.) – zorientować się, zauważyć. [przypis edytorski]




154


opona (daw.) – zasłona. [przypis edytorski]




155


tercja – jedna z godzin liturgicznych, sygnalizowanych kościelnymi dzwonami, ok. 9.00 rano. [przypis edytorski]




156


wota – tu: śluby, ślubowania. [przypis edytorski]




157


wydążyć (daw.) – zdążyć, nadążyć. [przypis edytorski]




158


godniej – tu: lepiej. [przypis edytorski]




159


odjąć (daw.) – zabrać. [przypis edytorski]




160


szkarłatny – ciemnoczerwony. [przypis edytorski]




161


łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]




162


próżno (daw.) – bezskutecznie. [przypis edytorski]




163


Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]




164


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




165


zaprzeć się – zaprzeczyć, nie przyznać się. [przypis edytorski]




166


rozjuszyć (daw.) – rozwścieczyć. [przypis edytorski]




167


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




168


nierad (daw.) – niechętny. [przypis edytorski]




169


tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]




170


odstąpić – odejść od kogoś. [przypis edytorski]




171


zadżgał – dziś popr.: zadźgał. [przypis edytorski]




172


pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]




173


onę (daw.) – tę. [przypis edytorski]




174


nuż (daw.) – szybko i gwałtownie (wykrzyknienie). [przypis edytorski]




175


bogdaj (daw.) – chociaż. [przypis edytorski]




176


bez przestanku (daw.) – bez przerwy. [przypis edytorski]




177


samowtór (daw.) – tylko we dwóch. [przypis edytorski]




178


tęższy (daw.) – silniejszy. [przypis edytorski]




179


głową nałożyć – zginąć. [przypis edytorski]




180


żywie (daw.) – żyje. [przypis edytorski]




181


wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]




182


kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]




183


wieczerza (daw.) – kolacja. [przypis edytorski]




184


roków (gw.) – lat. [przypis edytorski]




185


wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]




186


prawo kanoniczne – prawo kościelne. [przypis edytorski]




187


starszy (daw.) – tu: przełożony. [przypis edytorski]




188


dziedzina (daw.) – ziemia, gospodarstwo, dziedzictwo, coś, co się dziedziczy. [przypis edytorski]




189


po próżnicy – na darmo. [przypis edytorski]




190


opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]




191


hoży – zdrowo wyglądający, urodziwy. [przypis edytorski]




192


rozpatrzyć się (daw.) – rozeznać się. [przypis edytorski]




193


rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]




194


włość (daw.) – posiadłość. [przypis edytorski]




195


mozoł – trud, wysiłek. [przypis edytorski]




196


spłonąć (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]




197


żeniaty – dziś popr.: żonaty. [przypis edytorski]




198


wprzód (daw.) – najpierw, wcześniej. [przypis edytorski]




199


dla – tu: ze względu na. [przypis edytorski]




200


wprzódy (daw.) – wcześniej. [przypis edytorski]




201


kaleta – noszony przy pasie skórzany woreczek na pieniądze lub inne drobiazgi. [przypis edytorski]




202


szelma – osoba sprytna a nieuczciwa. [przypis edytorski]




203


odrwić (daw.) – oszukać. [przypis edytorski]




204


maństwo (daw.) – posiadłość, zarząd; od man – lennik, hołdownik. [przypis edytorski]




205


prawy (daw.) – prawdziwy. [przypis edytorski]




206


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




207


kapituła – rada sprawująca władzę w zakonie. [przypis edytorski]




208


na stronie – obok, tu w sensie: neutralni. [przypis edytorski]




209


rojny (daw.) – liczny. [przypis edytorski]




210


niepośledni (daw.) – nie byle jaki. [przypis edytorski]




211


Janusz I Starszy (Warszawski) – (ok. 1346–1429), książę mazowiecki, lennik Władysława Jagiełły. [przypis edytorski]




212


Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]




213


Ziemowit IV – (ok. 1352–1426) książę płocki, prowadzący samodzielną politykę zagraniczną, długo występował jako przeciwnik Jagiełły, dał się poznać jako dobry administrator. [przypis edytorski]




214


Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]




215


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




216


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




217


niechybnie (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]




218


odwłoka (daw.) – zwłoka. [przypis edytorski]




219


wszak (daw.) – przecież. [przypis edytorski]




220


na współkę – dziś popr. wspólnie bądź na spółkę. [przypis edytorski]




221


niezwalczony – niepokonany. [przypis edytorski]




222


Spytko z Melsztyna – (1364–1399), wojewoda krakowski, poległ w bitwie z Tatarami nad Worsklą. [przypis edytorski]




223


wodzić (daw.) – prowadzić. [przypis edytorski]




224


knecht (daw.) – żołnierz piechoty niemieckiej. [przypis edytorski]




225


kociełek – dziś popr.: kociołek. [przypis edytorski]




226


gorzeć (daw.) – palić się. [przypis edytorski]




227


wedle (daw.) – obok. [przypis edytorski]




228


zawdziać (daw.) – przywdziać, ubrać. [przypis edytorski]




229


prawy (daw.) – prawdziwy. [przypis edytorski]




230


kabłączasty (daw.) – krzywy, wygięty w kabłąk. [przypis edytorski]




231


niewyprawny (daw.) – z niewyprawionej skóry. [przypis edytorski]




232


skończyć – tu: umrzeć. [przypis edytorski]




233


zmóc (daw.) – pokonać. [przypis edytorski]




234


sadź a. szadź – biały osad powstały z zamarzniętej mgły. [przypis edytorski]




235


niemocen (daw.) – słaby, chory, pozbawiony sił. [przypis edytorski]




236


płowy (daw.) – o włosach: jasny. [przypis edytorski]




237


gardlany – dziś popr.: gardłowy. [przypis edytorski]




238


wzwyczaić się (daw.) – przyzwyczaić się. [przypis edytorski]




239


matactwo – oszustwo, kłamstwo, wybieg. [przypis edytorski]




240


Jan Luksemburski – (1296-1346), król Czech od 1310, zginął w bitwie pod Crécy. Źródła podają, że był wtedy niewidomy, a walczył przywiązany do dwóch rycerzy. [przypis edytorski]




241


rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]




242


blanki – zwieńczenie muru obronnego. [przypis edytorski]




243


cekhauz (z niem.) – arsenał, zbrojownia. [przypis edytorski]




244


począć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




245


halebardą – dziś popr.: halabardą. [przypis edytorski]




246


mór (daw.) – zaraza. [przypis edytorski]




247


Herr Jesus! (niem.) – Panie Jezu [przypis edytorski]




248


bywaj (daw.) – okrzyk żądający przybycia, zwł. w chwili niebezpieczeństwa. [przypis edytorski]




249


luty (daw.) – groźny, srogi. [przypis edytorski]




250


któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]




251


rad (daw.) – zadowolony. [przypis edytorski]




252


rybitwa (daw.) – rybak. [przypis edytorski]




253


grobla – wał ziemny przecinający jezioro bądź bagno, usypany w celach komunikacyjnych. [przypis edytorski]




254


okrąglak – okorowany pień drzewa. [przypis edytorski]




255


młakach – teren podmokły. [przypis edytorski]




256


niepodobny (daw.) – niemożliwy. [przypis edytorski]




257


przeto (daw.) – więc, zatem, toteż. [przypis edytorski]




258


bawić (daw.) – przebywać. [przypis edytorski]




259


o ziem – dziś popr.: na ziemię. [przypis edytorski]




260


prawić (daw.) – mówić, opowiadać. [przypis edytorski]




261


poczesny – tu: szanowny. [przypis edytorski]




262


zdrożyć się – zmęczyć się drogą. [przypis edytorski]




263


cięgiem (daw.) – ciągle. [przypis edytorski]




264


jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




265


Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]




266


dwie połowie – dziś popr.: dwie połowy (pozostałość tzw. liczby podwójnej). [przypis edytorski]




267


niepośledni (daw.) – nie byle jaki. [przypis edytorski]




268


Fryz a. Fryzyjczyk – mieszkaniec Fryzji, krainy nad Morzem Północnym, obecnie stanowiącej pogranicze Niemiec, Danii i Holandii. [przypis edytorski]




269


udać się (daw.) – spodobać się. [przypis edytorski]




270


łgać (daw.) – kłamać. [przypis edytorski]




271


tur – wymarły dziki ssak z rzędu parzystokopytnych. [przypis edytorski]




272


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




273


wiano – posag. [przypis edytorski]




274


komes – tu: wyższy urzędnik. [przypis edytorski]




275


chudopachołek (daw.) – niezamożny szlachcic. [przypis edytorski]




276


kasztelan – średniowieczny urzędnik, odpowiedzialny za ściąganie podatków, obronę i sądownictwo na terenie kasztelanii, to jest jednostki administracyjnej średniego szczebla. [przypis edytorski]




277


szczebrzuch – słowniki podają znaczenie: wiano panny młodej. Sienkiewicz prawdop. skontaminował to ze słowem ”brzeszczot”. [przypis edytorski]




278


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




279


pofolgować (daw.) – potraktować łagodniej. [przypis edytorski]




280


nie stanie (daw.) – nie będzie więcej. [przypis edytorski]




281


bez pochyby (daw.) – niechybnie, na pewno. [przypis edytorski]




282


krzypota (daw.) – kaszel, u Sienkiewicza konsekwentnie: choroba. [przypis edytorski]




283


ostali (daw.) – zostali. [przypis edytorski]




284


wonczas (daw.) – wówczas, w tym czasie. [przypis edytorski]




285


nad raniem – dziś popr.: nad ranem. [przypis edytorski]




286


wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]




287


rozjadło (daw.) – rozjuszyło, wprawiło we wściekłość. [przypis edytorski]




288


kniaź – książę. [przypis edytorski]




289


Witold Kiejstutowicz, zwany Wielkim – (ok. 1350–1430), wielki książę litewski, brat stryjeczny Władysława Jagiełły. W latach 1382–1385 oraz 1390 przejściowo sprzymierzony z Krzyżakami przeciw Jagielle. [przypis edytorski]




290


któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]




291


naleźć – dziś popr.: znaleźć. [przypis edytorski]




292


by – tu: choćby. [przypis edytorski]




293


nastawać (daw.) – upierać się przy czymś, domagać się czegoś. [przypis edytorski]




294


cnić się (daw.) – tęsknić za czymś, martwić się, nudzić. [przypis edytorski]




295


tedy (daw.) – więc, zatem. [przypis edytorski]




296


opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]




297


Przemysław Oświęcimski – (ok. 1365–1406), książę cieszyński, zginął zamordowany w podróży. Kronika Długosza podaje błędną datę zajścia (1 stycznia 1400) lepiej, bo z dokładnością do miesiąca, dopasowaną do czasu akcji powieści. [przypis edytorski]




298


opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]




299


laga – laska, kij. [przypis edytorski]




300


Przemysław I Noszak – (ok. 1336–1410), książę cieszyński, bytomski i siewierski. [przypis edytorski]




301


Jan II Raciborski, zwany Żelaznym – (ok. 1365–1424), książę raciborski od ok. 1380. [przypis edytorski]




302


Jerzy Chrzan – morderca księcia Przemysława Oświęcimskiego, stracony w publicznej egzekucji. [przypis edytorski]




303


nasadzić (daw.) – nasłać. [przypis edytorski]




304


niedziela (daw.) – tydzień. [przypis edytorski]




305


nieprzezpieczno (daw.) – niebezpiecznie. [przypis edytorski]




306


godnie (daw.) – porządnie, solidnie. [przypis edytorski]




307


kasztel (daw.) – zameczek, niewielka twierdza. [przypis edytorski]




308


następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]




309


zatraceny (z czes.) – zatraceni, skazani na potępienie (przekleństwo). [przypis edytorski]




310


proga – dziś popr.: progu. [przypis edytorski]




311


ćwiek – gwóźdź. [przypis edytorski]




312


wadzić (daw.) – przeszkadzać. [przypis edytorski]




313


łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]




314


zlisić (daw.) – zrazić, zniechęcić. [przypis edytorski]




315


w rzeczy (daw.) – w rzeczywistości. [przypis edytorski]




316


inak (daw.) – inaczej. [przypis edytorski]




317


jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]




318


nierad (daw.) – niechętnie. [przypis edytorski]




319


światami chodzić (daw.) – daleko podróżować. [przypis edytorski]




320


tyny (daw.) – ogrodzenie, tu: mur. [przypis edytorski]




321


powsinoga (daw.) – włóczęga. [przypis edytorski]




322


jucha (daw.) – krew, tu jako przekleństwo. [przypis edytorski]




323


zyszczeć (daw.) – zyskać. [przypis edytorski]




324


siła (daw.) – wielu. [przypis edytorski]




325


chwacki (daw.) – śmiały, dzielny. [przypis edytorski]




326


bogdaj – oby (od: Boże, daj). [przypis edytorski]




327


widny (daw.) – tu: widoczny. [przypis edytorski]




328


razić (daw.) – uderzać. [przypis edytorski]




329


mowny (daw.) – gadatliwy. [przypis edytorski]




330


zabaczyć (daw.) – zapomnieć. [przypis edytorski]




331


krzynę (daw.) – trochę. [przypis edytorski]




332


ugwarzyć (daw.) – porozmawiać. [przypis edytorski]




333


gotować się (daw.) – przygotowywać się. [przypis edytorski]




334


drzewiej (daw.) – dawniej. [przypis edytorski]




335


statut – dokument spisujący prawa. [przypis edytorski]




336


wżdy (daw.) – przecież. [przypis edytorski]




337


następować (daw.) – atakować. [przypis edytorski]




338


przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]




339


buława (daw.) – broń o kulistej głowicy. [przypis edytorski]




340


czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]




341


starunek (daw.) – staranie, opieka. [przypis edytorski]




342


przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]




343


zahaczyć – tu: skreślić, zrezygnować z niego. [przypis edytorski]




344


szpylman (z niem.) – grajek. [przypis edytorski]




345


pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]




346


dziać (daw.) – strzelać z łuku bądź z kuszy. [przypis edytorski]




347


pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]




348


kordzik a. kord – krótki miecz. [przypis edytorski]




349


okulbaczyć (daw.) – osiodłać. [przypis edytorski]




350


przodowa izba (daw.) – pomieszczenie od frontu. [przypis edytorski]




351


kord – krótki miecz. [przypis edytorski]




352


somsiedzkum – dziś popr.: po sąsiedzku. [przypis edytorski]




353


mir (daw.) – pokój. [przypis edytorski]




354


rychło (daw.) – wkrótce. [przypis edytorski]




355


pierwej (daw.) – najpierw. [przypis edytorski]




356


drzewiej (daw.) – dawniej. [przypis edytorski]




357


chudoba – skromny dobytek. [przypis edytorski]




358


odmówić (daw.) – namówić do porzucenia dotychczasowego miejsca pracy a. przebywania. [przypis edytorski]




359


niepomiernie (daw.) – bardzo. [przypis edytorski]




360


wiano (daw.) – posag. [przypis edytorski]




361


somsiedzi – dziś popr.: sąsiedzi. [przypis edytorski]




362


paliwoda (daw.) – człowiek gwałtowny i/lub lekkomyślny. [przypis edytorski]




363


krzynę (daw.) – trochę. [przypis edytorski]




364


każden – dziś popr.: każdy. [przypis edytorski]




365


zdzierżyć (daw.) – dotrzymać. [przypis edytorski]




366


zmóc (daw.) – pokonać. [przypis edytorski]




367


kamień – dawna jednostka wagi, nazwa pochodzi od kamieni będących częścią żaren. [przypis edytorski]




368


obora – dawniej także: dziedziniec. [przypis edytorski]




369


rzechoczesz – dziś popr.: rechoczesz. [przypis edytorski]




370


czysty – prawdziwy (por. „czysty zysk”). [przypis edytorski]




371


zapusty (daw.) – karnawał, przebierańce. [przypis edytorski]




372


opatrzyć się (daw.) – zorientować się. [przypis edytorski]




373


począć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




374


śwarny (daw.) – ładny. [przypis edytorski]




375


przychówek – potomstwo. [przypis edytorski]




376


warować się (daw.) – strzec się, chronić się, pilnować się. [przypis edytorski]




377


przygrażać – dziś popr.: wygrażać. [przypis edytorski]




378


pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]




379


buchasty (daw.) – bufiasty, szeroki. [przypis edytorski]




380


k'sobie (daw.) – do siebie. [przypis edytorski]




381


na hak przywieść (daw.) – złapać, poskromić, jak psa łańcuchowego. [przypis edytorski]




382


miarkować (daw.) – myśleć. [przypis edytorski]




383


modry (daw.) – niebieski. [przypis edytorski]




384


boćkać (daw.) – całować. [przypis edytorski]




385


do dnia (daw.) – rano. [przypis edytorski]




386


alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]




387


pożoga (daw.) – pożar. [przypis edytorski]




388


wyprawić (daw.) – urządzić. [przypis edytorski]




389


Kazimierz Wielki – (1310–1370), ostatni król Polski z dynastii Piastów (od 1333), znacząco poprawił sytuację gospodarczą kraju i standardy cywilizacyjne. [przypis edytorski]




390


rezolutny (daw.) – śmiały, zaradny. [przypis edytorski]




391


głownia – palący się lub spalony kawałek drewna, tu: pochodnia. [przypis edytorski]




392


przeor – przełożony domu zakonnego lub wyższy duchowny. [przypis edytorski]




393


opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]




394


Jan II Raciborski, zwany Żelaznym – (ok. 1365–1424), książę raciborski od ok. 1380. [przypis edytorski]




395


wagant – śrdw. kleryk lub żak, żyjący w sposób prowokacyjnie swobodny, często zajmujący się twórczością poetycką bądź aktorstwem. [przypis edytorski]




396


mdły (daw.) – słaby. [przypis edytorski]




397


szpylman (z niem.) – grajek, aktor. [przypis edytorski]




398


przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]




399


opat – przełożony w męskim zakonie kontemplacyjnym. [przypis edytorski]




400


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




401


rozsierdzić się (daw.) – rozzłościć się, rozgniewać. [przypis edytorski]




402


terminy (daw.) – sytuacje a. wydarzenia niepomyślne. [przypis edytorski]




403


Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]




404


siła (daw.) – wiele. [przypis edytorski]




405


rodzona – siostra. [przypis edytorski]




406


osobliwy (daw.) – szczególny. [przypis edytorski]




407


zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]




408


przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]




409


zapłonić się (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]




410


po pytaniu (daw.) – po prośbie, na żebry. [przypis edytorski]




411


Maćków (daw.) – Maćka, Maćkowy. [przypis edytorski]




412


pielesze (daw.) – dom, strony rodzinne. [przypis edytorski]




413


Boruta – diabeł z polskich legend, związany z Łęczycą. [przypis edytorski]




414


rad (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]




415


alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]




416


polepa (daw.) – gliniana podłoga. [przypis edytorski]




417


tur – wymarły dziki ssak z rzędu parzystokopytnych. [przypis edytorski]




418


mechera (daw.) – pęcherz. [przypis edytorski]




419


zawalidroga – osoba sprawiająca kłopoty. [przypis edytorski]




420


dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]




421


któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]




422


puszyć – tu: pokazywać. [przypis edytorski]




423


kostur – kij podróżny, laska. [przypis edytorski]




424


czeladź (daw.) – służba. [przypis edytorski]




425


gorze (ze starop. gorzeć: palić się) – biada, nieszczęście, niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]




426


kosołapy (daw.) – o krótkich rękach. [przypis edytorski]




427


bezera (daw.) – łajdak, niegodziwiec. [przypis edytorski]




428


smolarz – człowiek wytwarzający smołę i dziegieć, a przy okazji węgiel drzewny. [przypis edytorski]




429


duchem (daw.) – szybko. [przypis edytorski]




430


radzi (daw.) – chętnie. [przypis edytorski]




431


cóżeś zacz? (daw.) – kim jesteś? [przypis edytorski]




432


budnik – człowiek mieszkający w „budzie”, tj. w szałasie. [przypis edytorski]




433


stajanie a. staje – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]




434


wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]




435


wądół – rozpadlina, niewielki wąwóz. [przypis edytorski]




436


skojec – średniowieczna moneta, 1/24 grzywny. [przypis edytorski]




437


napity – pijany. [przypis edytorski]




438


chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]




439


poczytać (daw.) – uznać. [przypis edytorski]




440


ślepia – oczy. [przypis edytorski]




441


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




442


płowy (daw.) – o włosach: jasny. [przypis edytorski]




443


pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]




444


utoczony – wykonany na tokarce, tu: krągły. [przypis edytorski]




445


wrony – o koniu: kary, czarny. [przypis edytorski]




446


podjezdek – koń mniejszej wartości, słaby a. młody. [przypis edytorski]




447


wedle (daw.) – obok. [przypis edytorski]




448


spłonąć a. spłonić się (daw.) – zaczerwienić się. [przypis edytorski]




449


dworować (daw.) – żartować. [przypis edytorski]




450


górny – tu: wzniosły. [przypis edytorski]




451


alkierz (daw.) – izba narożna, często reprezentacyjna. [przypis edytorski]




452


nawidzieć (daw.) – lubić, kochać. [przypis edytorski]




453


tabor – wozy konne w podróży. [przypis edytorski]




454


wszędy (daw.) – wszędzie. [przypis edytorski]




455


łuby (daw.) – kosze; tu: bagaż podróżny. [przypis edytorski]




456


mitręga – męcząca i niedająca się szybko wykonać praca; zwlekanie. [przypis edytorski]




457


smolarz – człowiek wytwarzający smołę i dziegieć, a przy okazji węgiel drzewny. [przypis edytorski]




458


niepodszyty – pozbawiony podszycia, bez krzewów. [przypis edytorski]




459


chojar (daw.) – wysokie drzewo iglaste. [przypis edytorski]




460


śmigi (daw.) – części śmigła. [przypis edytorski]




461


dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]




462


przodek – tu: przednia część wozu. [przypis edytorski]




463


stajanie a. staje – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]




464


piskorz – ryba o brązowym, wydłużonym ciele, żyjąca w słabo natlenionych wodach. [przypis edytorski]




465


przeor – przełożony domu zakonnego lub wyższy duchowny. [przypis edytorski]




466


równie (daw.) – (daw.) tak samo. [przypis edytorski]




467


wraży – dziś: wrogi. [przypis edytorski]




468


bitwa pod Płowcami – rozegrana 27 września 1331 r. między wojskami Władysława Łokietka a oddziałami krzyżackimi, przerwała krzyżacką kampanię przeciw Polsce. [przypis edytorski]




469


gmina kmieca – jednostka dawnego samorządu chłopskiego. [przypis edytorski]




470


Władysław I Łokietek – (ok. 1260–1333), król Polski od 1320, przedtem długo walczył o zjednoczenie kraju po okresie rozbicia dzielnicowego. [przypis edytorski]




471


rzezać (daw.) – zabijać. [przypis edytorski]




472


ono (daw.) – to. [przypis edytorski]




473


tera – dziś popr.: teraz. [przypis edytorski]




474


młaka – teren podmokły. [przypis edytorski]




475


rżysko – pole po skoszeniu zboża. [przypis edytorski]




476


niewielgie – dziś popr.: niewielkie. [przypis edytorski]




477


chruśniak – krzaki, zarośla. [przypis edytorski]




478


jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]




479


pokrzepić się (daw.) – wzmocnić się. [przypis edytorski]




480


pożoga (daw.) – pożar. [przypis edytorski]




481


napsować (daw.) – zniszczyć. [przypis edytorski]




482


żywięcy (daw.) – żywotny. [przypis edytorski]




483


niepożyty (daw.) – niedający się pokonać. [przypis edytorski]




484


chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]




485


grdyka – tu: gardło. [przypis edytorski]




486


podolić (daw.) – zdołać. [przypis edytorski]




487


zjazd – tu: zebranie szlachty z danego regionu, mające na celu uchwalenie praw. [przypis edytorski]




488


odprawować się (daw.) – odbywać się. [przypis edytorski]




489


przygodzić się (daw.) – przydarzyć się. [przypis edytorski]




490


prawić (daw.) – mówić. [przypis edytorski]




491


niedziela (daw.) – tydzień. [przypis edytorski]




492


każden – dziś popr.: każdy. [przypis edytorski]




493


ziem – dziś popr.: ziemia. [przypis edytorski]




494


nikiej (gw.) – niby, tak jak. [przypis edytorski]




495


przegwarzyć (daw.) – przegadać. [przypis edytorski]




496


wądół – rozpadlina, mały wąwóz. [przypis edytorski]




497


bronny (daw.) – tu: broniony, wzmocniony. [przypis edytorski]




498


któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]




499


opatrzyć (daw.) – zaopatrzyć. [przypis edytorski]




500


wigilią (daw.) – w przeddzień. [przypis edytorski]




501


dżdże (daw.) – deszcze. [przypis edytorski]




502


piegża – mały ptak wędrowny. [przypis edytorski]




503


wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]




504


frasunek (daw.) – smutek, zmartwienie. [przypis edytorski]




505


Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]




506


Anna Danuta – (1358–1448), córka księcia trockiego Kiejstuta i Biruty, żona księcia mazowieckiego Janusza (było to najdłużej trwające małżeństwo w dziejach dynastii). [przypis edytorski]




507


wadzić (daw.) – przeszkadzać. [przypis edytorski]




508


ciągoty – tu: pożądanie. [przypis edytorski]




509


wiano – posag. [przypis edytorski]




510


wartki (daw.) – szybki. [przypis edytorski]




511


zydel – mebel do siedzenia, podobny do taboretu. [przypis edytorski]




512


czeladnik – rzemieślnik po egzaminie, pracujący pod okiem mistrza. [przypis edytorski]




513


jutrznia – pierwsza z godzin liturgicznych, ogłaszanych biciem w dzwony. [przypis edytorski]




514


pomer – dziś popr.: umarł. [przypis edytorski]




515


jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




516


Jakub z Kurdwanowa – biskup płocki w latach 1396-1425. [przypis edytorski]




517


konwent – zakon. [przypis edytorski]




518


chętliwie – dziś popr.: chętnie. [przypis edytorski]




519


modre (daw.) – niebieskie. [przypis edytorski]




520


Aleksandra Olgierdówna – (ok. 1370–1434), córka wielkiego księcia Litwy Olgierda, siostra Władysława II Jagiełły, żona księcia mazowieckiego Ziemowita IV. [przypis edytorski]




521


minstrel (daw.) – dworski śpiewak lub recytator poezji. [przypis edytorski]




522


gądek – śpiewak, grajek; od „gędźba” – muzyka. [przypis edytorski]




523


w tym razie (daw.) – w tym wypadku. [przypis edytorski]




524


rzewliwy (daw.) – smutny, pobudzający do płaczu. [przypis edytorski]




525


wskróś tej przyczyny (daw.) – z tego powodu. [przypis edytorski]




526


najtęższy (daw.) – najsilniejszy. [przypis edytorski]




527


przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]




528


krzywdować się (daw.) – czuć się pokrzywdzonym. [przypis edytorski]




529


żywie – dziś popr.: żyje. [przypis edytorski]




530


pewnikiem (daw.) – na pewno. [przypis edytorski]




531


siła (daw.) – wielu. [przypis edytorski]




532


któren – dziś popr.: który. [przypis edytorski]




533


szranki – ogrodzenie placu turniejowego a. miejsca pojedynku, przenośnie: sam turniej rycerski. [przypis edytorski]




534


zgoła (daw.) – całkiem. [przypis edytorski]




535


pacholę (daw.) – dziecko. [przypis edytorski]




536


posędzieleć (daw.) – posiwieć. [przypis edytorski]




537


Zawisza Czarny z Garbowa – (ok. 1370–1428) polski rycerz, przez pewien czas na służbie króla Węgier Zygmunta Luksemburskiego. [przypis edytorski]




538


Mikołaj Powała z Taczewa – (ok. 1380–ok. 1415), rycerz i dyplomata, powołany do rady wojennej przed bitwą pod Grunwaldem. [przypis edytorski]




539


Paszko (Paweł) z Biskupic, zwany Złodziej – rycerz, uczestnik bitwy pod Grunwaldem. [przypis edytorski]




540


pouchwałość – właśc. poufałość: zażyłość, przyjaźń. [przypis edytorski]




541


przezpiecznie (daw.) – bezpiecznie. [przypis edytorski]




542


zali (daw.) – czy. [przypis edytorski]




543


na hak (…) przywieść (daw.) – złapać, poskromić, jak psa łańcuchowego. [przypis edytorski]




544


zasromać (daw.) – zawstydzić. [przypis edytorski]




545


zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]




546


uręczać – dziś popr.: ręczyć, zaręczać. [przypis edytorski]




547


Witold Kiejstutowicz, zwany Wielkim – (ok. 1350–1430), wielki książę litewski, brat stryjeczny Władysława Jagiełły. W latach 1382–1385 oraz 1390 przejściowo sprzymierzony z Krzyżakami przeciw Jagielle. [przypis edytorski]




548


zafrasować się (daw.) – zmartwić się. [przypis edytorski]




549


Żmudź – historyczna nazwa tzw. Dolnej Litwy, nizinna kraina geograficzna i region administracyjny. [przypis edytorski]




550


komtur – zwierzchnik domu zakonnego bądź okręgu w zakonach rycerskich, do których zaliczali się krzyżacy. [przypis edytorski]




551


tedy (daw.) – więc. [przypis edytorski]




552


wielki szpitalnik – u krzyżaków zwierzchnik nad szpitalami zakonnymi, a zarazem komtur elbląski. [przypis edytorski]




553


pochopny – działający szybko i w nieprzemyślany sposób. [przypis edytorski]




554


przez (daw.) – bez. [przypis edytorski]




555


jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




556


sporzej (daw.) – tu: łatwiej, lepiej. [przypis edytorski]




557


ostać – dziś popr.: zostać. [przypis edytorski]




558


nawidzieć (daw.) – lubić, kochać. [przypis edytorski]




559


rania – dziś popr.: rana. [przypis edytorski]




560


jagody (daw.) – policzki. [przypis edytorski]




561


tyla – dziś popr.: tyle. [przypis edytorski]




562


k'sobie (daw.) – do siebie. [przypis edytorski]




563


pątlik – siatka do podtrzymywania włosów. [przypis edytorski]




564


łacniej (daw.) – łatwiej. [przypis edytorski]




565


wedle (daw.) – według. [przypis edytorski]




566


list żelazny a. glejt – dokument wystawiony przez władze, dający posiadaczowi prawo do swobodnego poruszania się po danym terenie. [przypis edytorski]




567


wielki szpitalnik – urzędnik zarządzający krzyżackimi szpitalami, a jednocześnie komtur elbląski. [przypis edytorski]




568


komturia – jednostka administracyjna w zakonie krzyżackim. [przypis edytorski]




569


Kazimierz Wielki – (1310–1370), ostatni król Polski z dynastii Piastów (od 1333), znacząco poprawił sytuację gospodarczą kraju i standardy cywilizacyjne. [przypis edytorski]




570


czerstwość (daw.) – zdrowie, siła. [przypis edytorski]




571


bisior – cienka i kosztowna tkanina, jedwab morski. [przypis edytorski]




572


zachowanie (daw.) – poważanie, cześć, szacunek. [przypis edytorski]




573


krzywdować się – czuć się krzywdzonym. [przypis edytorski]




574


nie żywie – dziś popr.: nie żyje. [przypis edytorski]




575


nieprzezpieczny (daw.) – niebezpieczny. [przypis edytorski]




576


toporzysko – rękojeść od topora a. siekiery. [przypis edytorski]




577


chycić – dziś popr.: chwycić. [przypis edytorski]




578


w rzeczy (daw.) – w rzeczywistości, naprawdę. [przypis edytorski]




579


wielgolud – dziś popr.: wielkolud. [przypis edytorski]




580


stępak – silny i powolny koń, także: koń idący stępa. [przypis edytorski]




581


staje, stajanie – dawna miara długości (odległość, po przebiegnięciu której koń musiał się zatrzymać). [przypis edytorski]




582


legenda o Walgierzu Wdałym – (tj. pięknym) wzięta przez Sienkiewicza z Kroniki Wielkopolskiej (XIV/XV w.), oparta na zachodnioeuropejskim eposie o Walterze i Helgundzie, opowiedziana przez Sienkiewicza w rozdz. 3 tomu I. [przypis edytorski]




583


Mikołaj Powała z Taczewa – (ok. 1380–ok. 1415), rycerz i dyplomata, powołany do rady wojennej przed bitwą pod Grunwaldem. [przypis edytorski]




584


piechtą – dziś popr.: piechotą. [przypis edytorski]




585


chudzina – biedak. [przypis edytorski]




586


żywo (daw.) – szybko. [przypis edytorski]




587


kaleta – skórzany woreczek na pieniądze bądź drobiazgi. [przypis edytorski]




588


skórznie (daw.) – wysokie, skórzane buty. [przypis edytorski]




589


jąć (daw.) – zacząć. [przypis edytorski]




590


krzepki – mocny. [przypis edytorski]


